reklama
Było szybko, ale nie było łatwo...

Było szybko, ale nie było łatwo...

A było to tak... Myszeczka nie mogła się urodzić do wtorku wieczorem, bo czekała na Tatusia, aż wróci z delegacji. Tak więc do wtorku wieczorem leniuchowałam na maxa. Środa za to była dniem dyspensy. Pół dnia spędziłam z koleżanką (która miała na wczoraj termin zresztą ale do dziś cisza) łażąc po centrum handlowym zaglądając to tu to tam żeby coś podjeść a to McDonalda, a to jakieś tiramisu a to jeszcze co innego. Stwierdziłam że koniec oszczędzania się – trzeba Lenkę z brzuszka już uwolnić.

Po południu przyszła do mnie przyjaciółka i tak jej mówię, że Mała aktywna jak rzadko bo mi się brzuszek napina – pewnie pupę wypina. Oczywiście już wtedy były to jakieś pierwsze takie zupełnie niebolesne skurcze. A że nie były na całym brzuchu równomiernie, do głowy mi nie przyszło, że może to być skurcz....no i tak sobie te skurcze-nieskurcze trwały cały wieczór, wykąpałam się, niby się nasiliły ale nie na pewno... Nawet nie potrafiłam ich policzyć. Ani ile trwały ani jak często były. No bo weź tu człowieku kontroluj jak nie czujesz nic a nic bólu... Popisałam więc trochę z Joeey na forum i koło 2 poszłam spać. Długo się nie naspałam, bo ok. 3:15 przyśniło mi się, że mnie potwornie brzuch boli. W tym momencie się obudziłam i czuję że boli mnie tak jak we śnie. Koszmarnie mocno. I tak dziwnie jak nigdy mnie nie bolało. Nie jest to do końca taki ból jak przy okresie. Czymś się różni, ale to same się przekonacie bo ja nie jestem w stanie tego opisać. Ból szybciutko minął, pewnie czułam już tylko końcówkę tego co mi się niby śniło a co było faktycznym już skurczem. Skoro się przebudziłam to poszłam na siusiu myśląc, że „a tak se zabolało, to na pewno nie był skurcz”. Jak się podcierałam to odrobinka, dosłownie kropeczka krwi na papierze została. No ale to wcześniej przy odchodzeniu czopu też już było, więc wrażenia na mnie nie zrobiło. Wróciłam do łóżka, odczekałam jeszcze 2 skurcze i myślę „no kurcze pewnie znów fałszywka, środek nocy...co robić?” No i zadzwoniłam do położnej, która powiedziała mi że zaczęło się i że za ok. pół godziny widzimy się w szpitalu.

Wstałam z pełnym spokojem, byłam podniecona faktem że to już, ale jakoś zero stresu. Wzięłam prysznic, Tomek zjadł śniadanie (3:35), spokojnie poszedł do toalety a mnie w tym czasie skurcze dopadły jeszcze bardziej. Już wtedy zaczynałam z bólu tracić cierpliwość i poganiać Tomka bo mi się niewygodnie z tym bólem stało i czekało....  . W samochodzie byliśmy o 3:50 i tam te kilka skurczy (były już bardzo często ale nie bawiłam się w mierzenie częstotliwości) dały mi strasznie popalić. W ciągu 10 minut dojechaliśmy do szpitala, gdzie po drodze na porodówkę (windą 2 piętra-czyli nic), miałam kolejne 2 czy 3 skurcze. Była ok.4. W końcu dotarłam do sali z KTG. Położna już była, jak zobaczyła moją minę i usłyszała pierwsze moje słowa ”gdybym wiedziała że to taki ból to bym się kazała po cesarsku potraktować” to stwierdziła że zbadamy rozwarcie bo pewnie zaraz skurcze parte będę miała więc KTG zrobimy na porodówce. Było 6cm. Za chwilkę przyjechała moja ginekolog. Dostałam swój pokój (w którym się jest od przyjścia do szpitala do II fazy porodu i po porodzie), położna poprosiła żebym jak mogę spróbowała siusiu zrobić. Udało się bez problemu, wszystko to oczywiście przeplatane skurczami co ok. minutę, no i położna ku mojemu wielkiemu zdziwieniu poprosiła na salę porodową od razu. Tam zbadała mnie ginka – rozwarcie było już na 8 cm.

Wszystko działo się w świecie nierzeczywistym tak strasznie szybko, niczego nie kontrolowałam (jak nie ja!  ), byłam skołowana, obolała i tylko Tomkowi powtarzałam że z 5-cioosobowej ekipy wszyscy są oprócz najważniejszej dla mnie osoby w tamtym momencie – pani anestezjolog. W końcu pojawiła się. Miałam ochotę ze szczęścia ją uściskać że w końcu dotarła. Teraz czułam się bezpiecznie i mogłam rodzić! W końcu dostałam moje kochane ZZO i po ok. 3-4 skurczach już działało. Czułam już tylko sam ich szczyt. Był bardzo bolesny, ale bardziej przypominał te bóle z domu niż ten późniejszy koszmar sprzed ZZO! Ginka powiedziała że te moje skurcze były wyjątkowo silne. KTG wykazywało dużo ponad 100 jednostek. Być może to dlatego u mnie wszystko tak strasznie szybko szło. Tuż przed partymi jeszcze popodpisywałam miliony papierów typu zgoda na poród, na cc w razie czego, na ZZO...

Ok. 5 zaczęły się skurcze parte i pierwsze parcia to był luksus! W czasie parcia przestawało boleć a nawet czułam cos w rodzaju ulgi i zadowolenia...jeszcze wtedy nie byłam tak koszmarnie zmęczona. W międzyczasie zrobiono mi nastrój, przygaszono światła, puszczono cichutko muzyczkę relaksacyjną...Przez moment było przyjemnie...Miałam urodzić w 10 minut od początku parcia. Ale nie ma tak, że wszystko jest super...Myszeczka źle zaczęła schodzić do kanału rodnego. Krzywo. I ciągle słyszałam: ”Pani Paulino ślicznie Pani prze, jedzie Pani do przodu jak czołg, proszę tak dalej. Za moment Pani urodzi” I ! Kolejne serie parcia i nic. Ból straszny (pomimo ZZO), kręcenie się w głowie, wyczerpanie max... i nic....Na szczęście nie rodziłam w państwowym szpitalu sama sobie na pastwę losu i męża i ewentualnej życzliwej położnej. Miałam wokół armię ludzi którzy rodzili po części za mnie. Typowa praca zespołowa  hihihi....Ja się trzymałam za takie specjalne uchwyty przy podpórkach do nóg i się do nich przyciągałam prąc. W tym samym czasie neonatolog i pielęgniarka asystująca anestezjologowi - każda z nich stała przed jedną z moich nóg i kazały mi się od nich z całej siły nogami odpychać, położna z głową między moimi nogami coś se tam dłubała, Tomek najpierw głaskał po głowie potem pchał na maxa tą moją głowę do przodu - nie wiem jak to odkryłam, ale baaaardzo mi to pomagało!

Anestezjolog czuwała przy wężyku z lekiem i kroplówce, a ginka stojąc na stołeczku przy moim boku uwalała mi się na brzuch ze wszystkich możliwych stron żeby mi tą Myszeczkę nakierować na dobre tory i pomóc wydać ją na świat. Swoją drogą, chciałabym jako obserwator z boku zobaczyć tą scenę....Ja w pewnym momencie miałam już tak dość, że nawet nie chciałam sobie przerw w parciu robić. Ale moja ginka już siły nie miała na dopychanie Myszki więc musiałam sobie przerwę na 3 oddechy zrobić...I znowu akcja. I dalej nic...Tomek dostał nakaz dopingowania mnie i bardzo mi to pomogło. Cały czas mi powtarzał że jestem dzielna i silna, że już prawie koniec, jeszcze tylko kila parć i Lenusia będzie z nami, nasza kochana mała Myszeczka....itp. i tak przez ostatnie kilka minut. Bardzo mi to dodało sił. Miałam wrażenie, że do każdego parcia wkładam tyle nienawiści do tego całego  bólu i wysiłku, że prę coraz mocniej. To był już prawie koniec ale ja nie wierzyłam że to się szybko skończy... I nagle ból się skończył a na moim brzuchu pojawiła się Lenka. To było dla mnie kolejne zaskoczenie. NIE ZAUWAŻYŁAM KIEDY URODZIŁAM!!!! Myślę, że zajęło mi to z sekundę zanim dotarło do mnie co mi leży na brzuchu...No ja nawet przy porodzie blondzia jestem! 

Myślałam że mi tak od prawie godziny powtarzają że zaraz koniec, bo tak się każdemu mówi, ale one też nie przewidziały takiego obrotu spraw...myślały że naprawdę urodzę po 3 parciach...Jak wiele razy słyszałam i same pisałyśmy – przy porodzie NIC się nie da przewidzieć. Dla mnie myślę najgorsze było to, że zamiast nie myśleć o niczym oprócz parcia, miałam cały czas w świadomości że mi tak dziko przeć nie wolno. To było to, co mogło zagrozić mojej tarczycy. To nie była dla mnie komfortowa sytuacja.... ;-( Ale myślałam że wtedy już było za późno na cc. Jak się okazało moja ginka tylko czekała kiedy się zbuntuję dlatego mi tak dzielnie starała się pomóc żeby zakończyć to jak najszybciej....Była pewna że zażądam cc. Ale ja bym się wtedy już i tak nie wycofała, nawet gdybym wiedziała że mogę...

Potem już nic nie było ważne. Nic nie czułam nawet jak czułam....płakałam powtarzając „jaka ona piękna, moja najkochańsza. Nareszcie ”. Coś mi tam robili jeszcze przez prawie godzinę. Położna pobrała krew pępowinową, wyciągnęła łożysko ze mnie (trochę bolało), potem strasznie długo ginka mnie szyła, mam podobno jakieś wewnętrzne szwy, dlatego ich prawie wcale nie czuję, czuję tylko jakbym była tam strasznie posiniaczona.

I tak szczęśliwie zostałam mamusią...nie bez cierpienia, ale cóż to jest wobec szczęścia jakie mnie teraz dosłownie rozpiera......

P.S. Nie miałam lewatywy, nie ogolono mnie...Potraktowano jak człowieka a nie numer pacjenta.

pamciaw

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 3,75 z 5. Głosów: 24
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama