reklama
Mój poród był chyba najdłuższy na świecie!

Mój poród był chyba najdłuższy na świecie!

Dwa tygodnie temu, w niedzielę, pojechałam wieczorem do szpitala, ponieważ miałam ból w dole brzucha. Po badaniu stwierdzono, że szyjka skróciła się o 75 % i zostawili mnie w szpitalu, dali kroplówki na zahamowanie ewentualnej akcji porodowej. W poniedziałek lekarz stwierdził, że mam rozwarcie na "ołówek" - dali leki.

Ból dalej był - pomimo tych leków. Zrobili mi usg, żeby stwierdzić, czy termin z ostatniej miesiączki zgadza się z usg, a ponieważ miałam krótkie cykle, zmienili mi go z 9 .X. na 3 X. Wieczorem miałam rozwarcie na palec, ale czekałam na ranek, czy ordynator coś zadecyduje.

W środę na badaniu ginekolog zbadał mnie - akurat miałam skurcz i rozwarcie na 2 palce, więc zdecydował, że odstawiamy leki na zatrzymanie i rodzimy... Zrobiono mi lewatywę i bez jedzonka chodziłam po korytarzu... Miałam skurcze co 10 min, chodziłam na mierzenie tętna, ciśnienia i czekałam... Kiedy położna powiedziała że mam się nie spieszyć, bo są teraz dwa porody i nie ma sali, tak mi skoczyło ciśnienie, że musieli mi podłączyć kroplówkę na obniżenie! Leżałam, leżałam, a skurcze... ustąpiły, razem z moim wysokim ciśnieniem.

Rano ordynator zlecił zastrzyk, a w sobotę kroplówkę na wywołanie. I nic, skurcze wciąż były nieregularne. I znów byłam po lewatywie, mąż siedział ze mną na porodówce od 8 do 14. Miałam taką blokadę psychiczną, że nic nie pomagało... Wyglądało to jakbym zawzięła się, że nie rodzę i już:)

Chociaż odszedł mi czop, chciałam do domu. W niedzielę powiedziałam sobie, że dzisiaj nie rodzę - uciekłam na 1,5 godziny ze szpitala do domciu. Pielęgniarce powiedziałam, że idę z mężem na spacer. Zobaczyłam wózek, który zamówiliśmy - i nie musiałam długo namawiać męża na naturalną metodę wywołania porodu, czyli sex... Do szpitala wróciłam jak nowo narodzona... A dzidzia była już w kanale - tak nisko, że ciągle wydawało mi się, że chcę iść siku - a tu żadnej kropelki.

W poniedziałek miałam pozytywne nastawienie. Myślę sobie - szpital ma 5 pięter, więc jakby tak na piechotkę, z góry na dól, do tego małą czarną kawusię - nie będzie mi potrzebna żadna kroplówka na wywołanie! Kiedy ordynator powiedział mi, że wciąż czekamy, wyjęłam wenflon, poszłam do sklepu po śniadanko. Przychodzę, a tu czeka położna i oznajmia, że idziemy na porodówkę, bo jednak ordynator zdecydowała o wywołaniu... Przeżyłam szok, powiedziałam, żeby dała mi 10 minut, bo wlaśnie jedzie mój mąż...

Jak mnie Jarek zobaczył, to wiedział już, o co chodzi. Kazał mi się uspokoić, bo mi ciśnienie skoczy i znowu się wszystko przeciągnie...

Więc poszliśmy, położna powiedziała, że lewatywy nie zrobią teraz, że znowu kroplówka może nie zadziałać i się zobaczy później... O 10.15 podłączyła, od 11 skurcze były co 7 min. Po 12 zaczęły się co 3 min, położna zbadała - rozwarcie na 2 palce, czekaliśmy dalej. I znów zastrzyk1, skurcze co 3 min, siedzę, staję, znowu siedzę, mówię do misia , że chyba jednak dzisiaj urodzimy, ale nie dzwoniliśmy do nikogo, żeby nie zapeszać...

Misiek poleciał na salę po trochę suchej bułki, przemycił mi na porodówkę. Troszkę zjadłam, piłam tylko mineralną... Około 16 czuję, że cosik popuszczam w majty - których nie miałam. Misiek dał mi ręcznik papierowy, no patrzę mokry, ok może to nie wody... siedzę dalej, poczułam jakby Kuba kopnął mnie w brzuch ... pociekły powoli wody. przyszła położna, mówimy o wodach, kazała mi wstać, jak mi poleciały, to byłam w szoku, że aż ich tyle-  przy pierwszej ciąży była ich może szklanka, a tu chyba z dwa litry!

Odejście wód o 16.15. Położna mnie zbadała - 2,5 palca rozwarcie. Kazała iść pod prysznic, zrobiła lewatywę i mieliśmy wrócić na porodówkę o 17. Skurcze były dalej co 3 min, ale boleśniejsze niż wcześniej. Wróciliśmy na porodówkę o 17. Dalej leciała kroplówka, a ja nie mogłam już wysiedzieć przy skurczach, więc wstałam. Poleciała mi po nogach krew, starałam się nie myśleć, czy tak ma być, czy nie. I dalej w skurczach opierałam się o męża, a on powtarzał, żebym oddychała powoli. Nawet nie wiecie, jak mi pomagał... Bóle były nie do zniesienia, ale przy nim jakby mniej bolało. Położnej przy nas nie było, mieliśmy ją zawołać, jak zacznę mieć silne bóle...

Około 18.40 powiedziałam Miśkowi, że idę siku. Wysikałam się, ale poczułam, że chcę mi się kupkę, więc poprosiłam, żeby poczekał za drzwiami. Wstałam z kibelk,a bo poczułam, że nadchodzi skurcz. Oparłam się o futrynę w drzwiach -  o kurde, jak zabolał! Jak nigdy wcześniej! Pomyślałam, że najwyżej - przepraszam za wyrażenie - zesram się na podłogę... Wytrzymałam. Wszedł mąż, chciał mnie zabrać na fotel, ale nadszedł drugi skurcz, tak samo mocny jak poprzedni.

Wydarłam się z bólu, przypomniałam sobie - z pierwszego porodu - to napieranie... To skurcz party! Wleciała położna, usłyszała krzyk, położyła na kozetce. Zbadała i stwierdziła, że główka wychodzi, w mig rozłożyli fotel do porodu, zwołała resztę ekipy, zawlekli mnie dwa metry na fotel. Ledwo doszłam między skurczami. Znowu skurcz, a położna kazała mi nie przeć, bo jeszcze nie wszystko przygotowali! Dzwoniła po lekarza, powiedzieli że nie będą nacinać, zgolili tylko miejsce, gdzie wiedzieli, że mogę sama pęknąć. Uwaga skurcz... Mam przeć, wdech... wymiana na powietrza i znowu parcie...

I słyszę krzyk! Moje maleństwo - jesteś! Pępowina krótka, więc mąż nie mógł przyciąć, położyli Kubę na brzuchu. Jaki on słodki... Jarek całuje mnie i dziękuje mi za to cudo... łzy lecą... zabrali małego i Jarka na noworodki, a ja rodziłam łożysko. Wszystko minęło, nie czułam bólu, tylko radość... miałam kilka otarć śluzówki, jeden szew na okrętkę., tam gdzie pękłam... Położna i lekarka dopiero wtedy powiedziały mi, że są w szoku! Myślały, że urodzę o 22-23 najwcześniej, a tu proszę - 18.55. A ja im na to: Chciałam zdążyć na "M jak miłość", a teraz to nawet na "Samo życie" zdążył.

Leżałam 1,5 godz na obserwacji, a koło mnie był szczęśliwy tatuś i nasz Kubuś, który był już bardzo głodny i paluszki wcinał. Dopiero wtedy dzwoniliśmy po rodzinie, że Kuba się urodził. Następnego dnia na wizycie mówili o moim porodzie, to naprawdę był szok dla wszystkich, no i dla nas samych w sumie też...

kika77

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,04 z 5. Głosów: 69
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama