reklama
Myślałam, że zwariuję ze szczęścia

Myślałam, że zwariuję ze szczęścia

9 czerwca w pracy zaczęły mi się skurcze, ale były słabe i występowały rzadko, bo co 20-30 min. W zasadzie nawet nie byłam pewna, czy to już to, ale te skurcze były inne niż te, które miałam do tej pory. Byłam pełna nadziei.

Wieczorem skurcze przyspieszyły, ale nadal nie były bardzo silne - siedziałam przed telewizorem i rozkoszowałam się nimi.

O 1 w nocy skurcze zrobiły się silne, takie, że o spaniu nie było już mowy, i trwały po 20 sekund co 15-20 minut. Męża nie budziłam, bo wiedziałam, że to jeszcze potrwa, tym bardziej, że po zbadaniu się wiedziałam, że rozwarcie na opuszek, a chciałam, żeby choć on się wyspał. Obudziłam go gdzieś koło 9, dopakowaliśmy torbę, zrobiłam mu smażoną kiełbaskę na śniadanie, a mnie naszła ochota na naleśniki z musem jabłkowym. Więc przy skurczach co 7 minut smażyłam sobie te naleśniki.

Gdy już stwierdziliśmy, że czas iść (skurcze co 5 minut) zobaczyłam, że coś nie tak jest z moim psem. Sunię dręczyło coś w pysku, a i strasznie się śliniła. Zaglądam jej do paszczy -  między jednym skurczem a drugim - a tam psu ząb się kiwa. Byłam taka zdesperowana, że chwyciłam jej tego zęba i wyrwałam palcami. Może psią praktykę dentystyczną powinnam otworzyć :-)

Ostatecznie wylądowaliśmy w szpitalu po 11 i godzinę później byłam na porodówce. Pod wpływem stresu chyba skurcze mi zwolniły i były znowu co jakieś 10 minut i rozwarcie dalej na palec... Siedziałam tak, a właściwie łaziłam po porodówce do 13, skurcze były i to już porządnie silne, ale rozwarcie się nie powiększało. Jak usłyszałam - idziemy na patologię, to myślałam, że sobie w strzelę w łeb. Na patologii wiłam się w skurczach, ale jak podpięli mnie pod KTG to okazywało się, że w momencie, gdy ja czułam skurcz, wartość spadała do 10 (!!!!!) Lekarka powiedziała, że to nie poród, tylko skurcze przepowiadające i że mogą tak potrwać jeszcze 3 dni. Miałam myśli samobójcze, bo nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym wytrzymać tak najbliższą dobę, a co dopiero 3!! I jeszcze ta lekarka mów, że ciekawa jest, jak prawdziwe bóle zniosę... Nie ma to jak wsparcie personelu medycznego :-)

Wróciłam do łóżka, ale stwierdziłam po godzinie męczarni, że idę zrobić awanturę, bo inaczej niczego się nie doczekam. Poszłam znowu do tej lekarki i mówię jej, że musi coś zrobić, bo zacznę wyć - zbadała mnie, stwierdziła, że rozwarcie na 2 cm i odesłałą z powrotem na porodówkę - klasycznie się mnie pozbyła z oddziału, co mnie z resztą nie martwiło, bo miałam wizję, że teraz już urodzę. I że z za skarby świata nie dam się wypchać znowu na patologię.

Gdy na porodówce podpięli mnie od ktg okazało się, że każdy skurcz jest na 120-140. Położna śmiała się z mężem, że przekręciłam budzik i idę na rekord :-) Ja nie wiem, jak oni mnie pod to tg na patologii podłączali, bo skurcze były dokładnie tak samo silne. Jak to zobaczyłam, to jakby jakaś nowa siła we mnie wstąpiła. Skurcze bolały okropnie, ale miałam perspektywę, że każdy przybliża mnie do Oli, więc motywacja rosła z każdą chwilą. Rozwarcie niestety się nie powiększało. O 19 było dalej na 2 palce. Potem piłka, wanna, znowu piłka i w końcu coś ruszyło. Gdzieś koło 20 były już 3 palce i potem już poszło. O 23- 9 cm i odeszły mi wody - do tego momentu skurcze były cały czas tak samo silne, a od odejścia wód zaczęła się ostra jazda. Trochę było strachu, bo przy każdym skurczu Małej spadało tętno do 60 (już po odejściu wód), ale po skurczu wracało do normy, więc tylko zwołali sztab lekarzy na wszelki wypadek i czekali, co będzie dalej. Powiedzieli mi, że muszę szybko urodzić, żeby Ola nie była wymęczona, więc tak się zaparłam, że miałam ją przy sobie jeszcze przed północą i w 3 skurczach. Jak położyli mi ją na piersiach, to myślałam, że zwariuję ze szczęścia. Nic innego nie było ważne - tylko Ona!!

Moja Gwiazdka dostała 10 punktów i po 2 i pół dnia wypisali nas już do domku. Teraz śpi sobie słodko i zupełnie rekompensuje mi trudy porodu. Jest prawdziwym aniołkiem - w nocy przesypia na raz do 6 godzin, potem budzi się co 2 na karmienie, ale nie płacze, tylko kręci się w swoim łóżeczku i czeka, aż się obudzę i ją nakarmię, tak, że całą noc potrafi nawet nie zakwilić. Nie ma żadnych kolek, uczuleń, pozwala mi nawet jeść truskawki!! Bardzo ładnie ssie, nie mam żadnych problemów z karmieniem - nawet nawał pokarmu mnie ominął. Potrafi sama się sobą zająć nawet 20-30 minut - leży sobie i fika nóżkami, tak, że mam czas właściwie na wszystko - od gotowania, po maseczkę :-) I na książkę :-) Oczywiście ma też czas dłuższej aktywności przed kąpielą - potrafi brykać nawet 3 godziny przed 20, gdy ląduje w wanience, ale w ogólnym rozrachunku - anioł nie dziecko :-) Mam nadzieję, że jej to nie przejdzie z czasem.

Uff, ale się rozpisałam... Ale mam nadzieję, że nie zanudziłam was na śmierć :-) aniasorsha

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,55 z 5. Głosów: 40
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama