reklama

10 tydzień. A na imię damy...?

Moje dziecko będzie chyba bezimienne. Zupełnie nic mi się nie podoba, a jak nie mi, to mężowi, tragedia po prostu, nie mamy żadnego pomysłu!

Pierwszy Potwór imię otrzymał w 3 czy 4 miesiącu ciąży. Drugiemu wymyśliliśmy 3 do wyboru i do końca nie wiadomo było które, aż się urodził, czuł się źle, wylądował w inkubatorze i ja w takiej panice powiedziałam mężowi, żeby zdecydował, bo on musi mieć imię, i ja nie mogę tak ciągle nie wiedzieć. Wtedy mąż powiedział, że Tosiek i koniec.

Czego oczekujemy od imienia: musi być mocno zakorzenione w kulturze polskiej, dające dużą możliwość zdrobnień, raczej bez R i w miarę mało popularne, a najlepiej takie, jakiego nie ma w sąsiedztwie. Ciężko coś wymyślić... Typy mojego męża (wypisał w notatniku na pulpicie komputera) to: Matylda, Łucja, Malwina, Alina, Nina, Jadwiga, Ewa. Robię konkurencyjną listę, ja bym chciała Zuzanna (kolega z pracy męża tak dał córce, więc odpada – tak, jakby to miało jakieś znaczenie...), Antonina (tak ma jego szefowa na imię, więc...), Jadwiga (tylko nie Jadźka!), a jak nie, to coś egzotycznego: Tala, Nila, Gaja, może Ada, Ida... (strasznie krótkie).
-    Adalwina – proponuję mężowi na czacie.
-    O matko! - pada odpowiedź – myślałem, że to nazwa lekarstwa i mam iść do apteki.
     Bez komentarza.

Kupuję ręczniki dla dziecka. To taka rzecz, która się zawsze w domu przyda. A ponieważ chcę kupić takie duże i puchate, to niestety trochę kosztują. Chcę, żeby były tej firmy, co mają chłopcy – doskonale się sprawdziły, wprawdzie trochę wyblakły, ale świetnie chłoną wodę. Chłopcy mieli po zielonym i różowym, teraz udaje mi się znaleźć sklep, w którym są, ale w kolorze zielonym i niebieskim. Myślę sobie życzeniowo – będzie dziewczynka, bo skoro chłopcy mieli różowe... Ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu przychodzi przesyłka z ręcznikiem zielonym i... różowym. Czy to wróżba? Będzie chłopak? O ile przy wyborze imion dla dziewczynki propozycji jest za wiele, to przy chłopcu za mało. Ignacy? A może coś takiego bardzo, bardzo zwyczajnego: Jan?

Spodnie robią się coraz ciaśniejsze, na razie sięgam do szafy po te, które do tej pory były za luźne (jak się sporo schudnie, to człowiekowi nagle robi się dużo zbyt obszernych rzeczy), ale zaczynam się już rozglądać za ubraniami ciążowymi. Znajduję bardzo fajne ogrodniczki – takie zwyczajne, nie ciążowe, ale na początek będą w sam raz i kupuję je. Są idealne na lato: z cienkiego płótna, więc przewiewne i wygodne. A co najważniejsze nie będą gniotły w powiększający się brzuszek.

Odkrywam też, że od czasu moich poprzednich ciąż pojawiło się mnóstwo ciekawych, „na ciążowych” pomysłów, na przykład spodnie z rozciągliwym pasem materiału z takiego jakby ściągacza, szale-pasy z zabawnymi napisami ukrywające zbyt krótkie bluzki i słodko eksponujące brzuszek, tuniki, bluzki wiązane. Rzeczy luźne i obcisłe. Podobają mi się.

Za nami druga (ale tak właściwie pierwsza porządna) wizyta u ginekologa. Tym razem pan doktor wypełnił mi kartę, zważył, zbadał, wpisał wyniki zrobionych przeze mnie badań (ogólne krwi, moczu, grupę krwi (mam już robioną 2 razy, więc trzeci nie robiłam), odczyn Wassermana, Hbs, glukozę na czczo). Obliczył też datę porodu i popełnił komiczny błąd: zapisał, że termin wypada 29 lutego 2009 (ten rok nie jest przestępny i luty ma ich tylko 28...), a poza tym luty w tym roku już był.

Nastąpił też tak długo oczekiwany przez mnie moment – badanie USG – namacalny dowód, że mały człowiek tam jest, że rośnie. Oczywiście poprosiłam o wydruk. Po wyjściu z wizyty dałam go mężowi „nasze 2,5 centymetra dziecka”. W domu wciąż sięgam po to „zdjęcie”. Niewiele na nim widać: zarys głowy i tułowia. Z opisów wiem, że chociaż tego jeszcze nie widać, zaczyna przypominać miniaturowego człowieka, a jego narządy są już utworzone, teraz będą tylko rosły. 

Udało mi się ten pierwszy okres ciąży przejść bez przeziębień, chorób i konieczności brania leków. Ciągle czuję potrzebę głaskania się po brzuchu, jakbym tym dotykiem mogła pogłaskać maluszka i dać mu do zrozumienia: „cieszę się, że jesteś, że rośniesz, że za jakiś czas się zobaczymy...”. Jego oczy przesunęły się na przód twarzy, a powieki urosły i zasłoniły je. Paluszki rąk i stóp zaczynają coraz bardziej przypominać to, co zobaczę po porodzie, nie ma już między nimi błony. Zniknął też ogonek! Moja kijanka teraz bardziej przypomina żabkę. Niedużą, bo ważącą zaledwie 4-5 gramów. To tyle co cztery spinacze biurowe lub ząbek czosnku. No i wreszcie przestała być zarodkiem, a stała się płodem. Wciąż zaledwie wielkości pestki brzoskwini, ale jednak...

Dalej... 11 tydzień ciąży - czytaj

reklama