reklama

12 tydzień. Pechowe dni ...

Zaczęłam 12 tydzień, a mąż zaczął urlop. Na razie leniwie jeździmy sobie nad wodę, panowie moczą wędki, a ja łapię trochę słoneczka, czytam i co chwila dokarmiam ich przysmakami.

Mój mały mieszkaniec zdecydowanie preferuje słone przekąski (zawsze lubiłam chipsy, ale teraz mam na nie ochotę bez przerwy...), chociaż i słodkim nie pogardzi.

Wyobrażam sobie tego sześciocentymetrowego człowieczka, który waży tle co cukierek, jak trąca mnie (bo teraz maluch potrafi już bardzo intensywnie się poruszać): „jeszcze troszkę glukozy poproszę”. Rosną mu paznokietki i pierwsze włoski, które pokrywają całe ciałko i nazywają się bardzo zabawnie – lanugo. Dziecko wprawdzie jeszcze nie słyszy uszami, ale odbiera drgania bezpośrednio przez skórę. Jest też już zdolne do płaczu i może odczuwać ból. Czy to nie dziwne, że zdolny do płaczu jest już taki maluszek? A uśmiechać zaczyna się znacznie później... Staram się zatem być jak najspokojniejsza i przesyłać masę pozytywnych uczuć.

W końcu ustaliliśmy, że mąż z Kajtkiem pojadą w skałki sami. Z dwójką samemu byłoby ciężko, ale z jednym ma szansę miło spędzić czas. W końcu zaczął mu się urlop i nie ma sensu, żebyśmy wszyscy siedzieli w domu. Zdecydowaliśmy, że pojadą w środę, więc cały wtorek 12 sierpnia trwało pakowanie – wyjazd pod namiot ma swoje wymagania: latarki, śpiwory, garnki, jedzenie... Uzbierało się tego sporo.

Wieczorem robi mi się jakoś tak zimno, więc przygotowuję sobie herbatkę z sokiem  malinowym i biorę ciepłą kąpiel. Później siedzimy przy stole, zastanawiamy się czy wszystko spakowane i jaką będą mieli pogodę. Mamy na kolację świeżo wędzonego pstrąga i nie wiem, czy się na niego skusić, bo przecież ze względu na listeriozę wędzone ryby są zabronione. Nagle czuję, że robi mi się mokro. Biegnę do łazienki, to krew. Jest jej tak strasznie dużo, że nie mam żadnych złudzeń. Nie mam żadnych skurczy, nie czuję bólu, nic. Wszystko się dzieje tak kompletnie bezboleśnie.

Mąż dzwoni do mojego lekarza – ten każe nam przyjechać do szpitala, akurat pełni dyżur. Myję się i przebieram zaklinając to Nienarodzone: „nie zostawiaj mnie, proszę, nie zostawiaj”. Staram się doprowadzić łazienkę do jakiego takiego porządku, tyle tej krwi, dzieci się wystraszą. Chaotycznie się pakuję: bielizna, koszula nocna, kosmetyczka, podpaski, dokumenty, woda do picia. W ostatniej chwili przypominam sobie o kapciach i szlafroku. Mówimy chłopcom, że mama się źle czuje i musi jechać do szpitala. Tosiek płacze, jest przerażony, ale ja nie mam głowy do uspokajania go. Zostają pod opieką dziadków.

Jedziemy. Milczymy. Mąż próbuje mnie pocieszać, ale mi się nawet nie chce płakać. Na łzy przyjdzie czas potem. Teraz mam jeszcze tę odrobinę nadziei, że nie wszystko stracone, że może się uda. Jestem spokojna, sama nie wiem czemu, chyba wszystkie uczucia odłożyłam na później. Teraz tylko kołacze się myśl, że człowiek niczego nie może być pewny, a co się ma stać to się stanie. I że życie uczy pokory – jeszcze wczoraj się zastanawiałam nad powrotem do pracy, czy dam radę, a teraz sprawa się sama rozwiązuje.

Podjeżdżamy pod wejście na pogotowie, mąż mnie wysadza (nie zgadzam się na żadne wózki) i jedzie zaparkować samochód, a ja powolutku wchodzę i załatwiam wszelkie papierkowe sprawy. Jest pusto, ciemno, cicho. Dołącza do mnie mąż, przynosi torby – okazuje się, że on też mi spakował jakieś rzeczy. Przychodzi z „góry”, czyli z patologii ciąży, położna, wypełniamy kolejne papierki, przebieram się i windą jedziemy na górę.

Pierwszy raz jestem na tym oddziale, Kajtka rodziłam jeszcze w starym szpitalu, a ponieważ panujące tam warunki były koszmarne, to Tośka urodziłam w Krakowie. Teraz idę przez korytarz tego nowego budynku i jakaś część mojej świadomości rejestruje miłe, pastelowe kolory, funkcjonalność i czystość. Ładnie tu. Wypełniamy jeszcze jakieś ankiety – tyle tych dokumentów! Wreszcie przychodzi lekarz i mnie bada. Krwawienie, które jakby  ucichło, wzmaga się, ale lekarz pociesza, że to nic. Idziemy do innego pokoju na USG. Włączanie aparatu, nakładanie żelu – wszystko to zdaje się trwać wieczność. W końcu pojawia się obraz, na który czekam jak na wyrok i lekarz stwierdza ucieszony: „Jest! Widzi pani? Rusza się, serduszko mu bije”.

Kamień spada mi z serca. Może się uda. Ta odrobinka nadziei, którą miałam, odżywa. Mąż czeka na korytarzu, lekarz go informuje, że zostawi mnie na obserwacji. Dostaję leki i pielęgniarka prowadzi mnie do sali. Sala jest mała, dwuosobowa, z łazienką, drugie łóżko jest zajęte. Pielęgniarka pokazuje gdzie łazienka, a gdzie dzwonek i wychodzi gasząc światło. Wsuwam się pod koc, układam na boku i w tej ciemności skupiam na dziecku. Przyciskam rękę do brzucha i powtarzam w myśli: „Zostań ze mną, tylko zostań ze mną. Żyj. Poradzimy sobie z tym razem, tylko zostań.”

Ta noc ciągnie się w nieskończoność. Boję się ruszyć, boję się obrócić na drugi bok, więc tylko leżę taka skulona. Wymieniamy z mężem kilka sms-ów, czy dojechał, jak dzieci, żeby się nie martwić. Słyszę, że kobieta na sąsiednim łóżku też nie śpi, przewraca się z boku na bok (potem okazuje się, że została przyjęta dwie godziny wcześniej niż ja i była tak samo pełna obaw). Czekam na świt, a czas zdaje się wlec niemiłosiernie.

Dalej... 13 tydzień ciąży - czytaj

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,00 z 5. Głosów: 4
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama