reklama

13 tydzień. Poronienie zagrażające i tydzień w szpitalu...

Dzień w szpitalu zaczyna się wcześnie. Jeszcze przed 6. Pielęgniarki jednej zmiany muszą wykonać szereg czynności, zanim zastąpią je koleżanki:

zmierzyć wszystkim temperaturę, uzupełnić karty, zmierzyć tętna dzieci – zza ściany słyszę regularne stukanie jakiegoś małego serduszka – czy serce mojego dziecka też tak równo pracuje?

Słysząc pierwsze odgłosy budzącego się dnia, decyduję się wstać do ubikacji. Tu z pewnym rozbawieniem odkrywam, że w wyniku pakowania się na łapu-capu mam komplet kosmetyków, 8 par majtek, 2 wody mineralne, za to zero ręcznika, zero papieru toaletowego i chusteczek higienicznych. Nie pomyślałam, że papier toaletowy to w szpitalu podstawa. Dziewczyna z sąsiedniego łóżka okazuje się być znacznie młodsza ode mnie (nie wiem czemu myślałam, że będzie starsza). Jest w 6 tygodniu ciąży i też trafiła tutaj z krwawieniem. Powoli znajdujemy jakoś wspólny język i czas zaczyna biec szybciej.

Poranny obchód to najważniejszy moment dnia. Ordynator, dyżurujący lekarz, cała masa innego personelu szczelnie zapełniają niewielki w sumie pokoik. Ustalają badania, podejmują decyzje. Mam leżeć, wstawać jak najmniej, brać leki: duphaston, folik, magnez i no-spę, bo zaczęło mnie pobolewać. Wychodzą.

Pora na śniadanie, jestem upiornie głodna, bo wczoraj nie zjadłam kolacji. Nie mogę się doczekać, a zmęczona nieprzespaną nocą, co chwila przysypiam, ale jak tylko zamknę oczy, coś mnie budzi: pielęgniarki przychodzą zmierzyć ciśnienie, pobrać krew na badania, wreszcie o 9 śniadanie: pyszny, świeży chleb smakuje mi jak nigdy.

Szykuję sms-ową listę rzeczy, które mąż mi ma przywieźć z domu: te nieszczęsne ręczniki, papier, ładowarka do telefonu (jak to dobrze, że jest taki cudny środek komunikacji, który mogę mieć przy sobie i w każdej chwili usłyszeć moich bliskich), coś do czytania. Co chwilę przypominam sobie jeszcze coś: klapki pod prysznic, słuchawki, owoce...

Odwiedziny. Rodzinie wolno wejść do pokoju. Nie oficjalnie, ale za cichym przyzwoleniem  ordynatora, który najwyraźniej uważa, że zadowolona pacjentka, to zdrowsza pacjentka. No i zaopatrzona w picie i jedzenie. Najpierw przychodzi mama i chłopak sąsiadki. Potem i mój mąż. Jesteśmy skrępowani, więc tylko krótko mówię jeszcze raz to, co przez telefon, on mi daje wszystkie bambetle, opowiada co u dzieci. Oczywiście z ich wyjazdu nici, ale może to i dobrze, bo zaczęło padać i nie zapowiada się, aby miało być pogodniej.

Pora obiadowa nadchodzi znacznie wcześniej niż się spodziewałam – koło pierwszej. Kolacja też jest przed siódmą. Niestety obiad mi już tak nie smakuje, na szczęście przez kolejne dni  jedzonko przywozi mi mąż. Ponieważ najbardziej brakuje mi gorącego picia (szpitalna herbata tylko kolor ma herbaciany i jest mocno letnia), to przywozi mi też herbatę w termosie.

Wieczór znowu zaczyna się dłużyć. Wprawdzie mamy telewizor (opłacany), ale na nim minimalny wybór programów, a jak ktoś nie jest wciągnięty w te wszystkie seriale... to niewiele mu zostaje do oglądania. Na szczęście mam książkę i komórkę, a w niej dostęp do internetu. Mały ekranik jest wystarczająco duży, żeby znaleźć trochę ciekawostek na temat rozwoju dziecka: zaczęły pracę jego nerki, trzustka, a i wątroba wydziela żółć, dziecko zaczyna też połykać wody płodowe. Jelita wróciły do brzuszka, który urósł na tyle, że mogą się tam pomieścić. Pojawia się odruch ssania, maluszek robi miny. Ma ukształtowane kości, stawy, mięśnie i coraz więcej się rusza, to taka jego gimnastyka, niezbędna do prawidłowego wzrostu. Jest wielkości brzoskwini i waży około 20 gramów. Właściwie jest to koniec I trymestru.

Zastanawiam się nad przyczynami tego wszystkiego: ten wyjazd zaszkodził? Wprawdzie był tydzień temu i przez ten czas nic się nie działo... Może sok malinowy? Nie znalazłam informacji, że w ciąży jest zabroniony, ale kiedyś coś takiego obiło mi się o uszy. Może kąpiel byłą za ciepła? A może mam za mało tych wszystkich hormonów, które są niezbędne do utrzymania ciąży... Lekarz wspomniał też coś o tym, że dziecko jest umieszczone nisko i na przedniej ścianie, więc może blizny po poprzednich cesarkach mają z tym coś wspólnego? No cóż, nikt mi na to jednoznacznie nie odpowie. 

Tak mi mija czas, na szczęście kolejne dni przynoszą stopniową poprawę – krwawię coraz mniej, chociaż wciąż boli. Ordynator zaleca badanie, po nim znowu zaczynam plamić. Zgłaszam to dyżurującej lekarce, a ona bierze mnie na USG, bo „będzie się pani denerwować, a tak sprawdzimy”. Wszystko jest dobrze, dziecko się porusza, serduszko ładnie bije. Po sześciu dniach wracam do domu.

Dalej...14 tydzień ciąży - czytaj

reklama