reklama

14 tydzień. Jak dobrze znów być w domu ...

Z dnia na dzień nasze otoczenie się zmienia, rośliny rosną, dzieciom przybywa siniaków na kolanach, ale w codziennym zabieganiu, między kuchnią a odkurzaczem, tak naprawdę nie zważamy tego, co się dzieje wokół nas.

Chyba, że są to jakieś radykalne zmiany. Wystarczy jednak tydzień pobytu poza domem, aby po powrocie dostrzec, że zieleń liści jest jakaś inna i że tak właściwie to lato jest już za nami.

Jeszcze słońce przygrzewa dość mocno, ale o upałach można zapomnieć. Tak to już jest w górach – lato to najkrótsza pora roku. W sumie to mnie nawet cieszy, bo upały znoszę kiepsko, a w ciąży to już w ogóle fatalnie.

Moja ciąża zaczyna być coraz bardziej widoczna – brzuszek mi się nieco zaokrąglił. Niedużo, ale zawsze. Pod skórą można wyczuć niewielką piłeczkę, wielkości sporej pomarańczy. Po powrocie ze szpitala zrobiłam listę tego, co niezbędne, piżamy poprasowałam, zakupiłam nową kosmetyczkę, no i właśnie wczoraj dopakowałam resztki tego, co w szpitalu trzeba mieć, bo jakoś tak zabobonnie wierzę, że jak będę gotowa na wyjazd w każdej chwili, to nie będę musiała jechać. A potem nagle do mnie dociera, że cokolwiek się stanie, szpital mnie nie ominie...

Właśnie, który szpital? Teoretycznie mogę iść rodzić do każdego, który mi się zamarzy, ale praktycznie... Wiadomo, że najlepiej iść rodzić do tego szpitala, w którym pracuje „swój” lekarz. No i wiem na 100%, że muszę urodzić przez cesarskie cięcie. Po dwóch poprzednich to raczej konieczność, zwłaszcza, że pierwotna przyczyna, z powodu której nie wolno mi było rodzić naturalnie – wada wzroku – wcale nie zniknęła. Najlepiej byłoby w okolicach terminu ustalić planowany zabieg – tak przynajmniej proponuje lekarz. Wiadomo zatem, że należałoby zaplanować to wszystko w szpitalu, w którym on pracuje, a nie szukać nie wiadomo czego i nie wiadomo gdzie. Uff, kolejna decyzja podjęta, a mi w związku z tym robi się lżej. 

Staram się jak najwięcej leżeć. Oczywiście ubieram się w normalne ubrania (leżąc w ciągu dnia w piżamie człowiek od razu gorzej się czuje) i zalegam pod kocem na kanapie, ale nie jest to wcale takie lekkie zadanie. Ktoś mógłby się oburzyć, że narzekam: przecież tylko leżę! No tak, ale towarzyszy mi nieustanny lęk. Cały czas boję się, że to się powtórzy, że znowu zacznę krwawić. Przedtem bałam się, kiedy coś mnie pobolewało. Teraz boję się też, kiedy nie boli. W dodatku mam pełną świadomość tego, co powinno być w domu zrobione, a nie jest.

Musieliśmy przeorganizować dość mocno nasze życie: na męża i dzieci spada większość moich obowiązków. Kajtek zadziwiająco dobrze radzi sobie z praniem: segreguję ja (przy okazji wizyty w łazience), ale on je wstawia, wyjmuje i wiesza, a potem składa i odnosi do szafek. Z kolei Tosiek potrafi pozamiatać podłogę czy rozpakować zmywarkę, paruje też skarpetki i odkłada je do szuflad. Cudowne jest też to, że stale mogę liczyć na ich pomoc: podanie picia, przyniesienie czegoś, zrobienie herbaty. Bez nich byłoby mi bardzo ciężko, choć bywają też momenty, kiedy muszę wstać i interweniować...

Natomiast sprzątanie sprowadzamy do minimum. Obiady gotuje nam babcia, w czarodziejski niemal sposób próbując dogodzić wszystkim: zięciowi, który nie lubi cebuli, córce, która ma ciążowe zachcianki (ćwikła i barszcz czerwony, czyli buraczki w każdej postaci mile widziane, najchętniej codziennie) oraz wnukom, których dziwaczne preferencje żywieniowe można by długo wyliczać.

Nie mam zatem prawie nic do roboty i staram się stale czymś zajmować myśli:

  • robię listę „szkolnych” zakupów dla chłopców (ależ im stopy urosły przez lato!),
  • czytam (trochę z tym kiepsko, bo nie mam nic nowego, a z forsą kiepsko. Na szczęście lubię wracać do starych lektur. Swoją drogą, jak zupełnie inaczej czyta się książki M. Musierowicz, kiedy jest się w ciąży...),
  • oglądam telewizję (i denerwuję się, że lecą głupoty),
  • oglądam seriale z płyt (tylko mnie to jakoś mało zajmuje, tak jakby się działo zupełnie obok mnie...),
  • z rzadka siadam do komputera (na leżąco nie bardzo się da, a siedzieć nie chcę).

Podglądam zatem szybciutko, co dzieje się z moim pisklakiem: ma już 7,5-9 centymetrów długości i waży około 25 gramów (tyle co kromka chleba). Szybko rozwija się jego mózg, co minutę przybywa 250 tysięcy nowych komórek nerwowych – niewyobrażalnie dużo! Rosną kolejne nerwy, dzięki którym ciało staje się coraz bardziej wrażliwe na dotyk. Coraz więcej się porusza, ziewa, a nawet wkłada kciuka do buzi. Zewnętrzne narządy płciowe osiągnęły już taki stopień rozwoju, że można rozpoznać płeć.

Dalej... 15 tydzień ciąży - czytaj

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 3,25 z 5. Głosów: 4
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama