reklama

25 tydzień i glukoza – błe...

Nic się nie dzieje. Dni mijają w codziennej rutynie: rano pobudka, chłopcy do szkoły, a za oknem deszcz, tylko sobota i niedziela stanowią pewne urozmaicenie, choć i one mają pewien powtarzalny rytm:

wstajemy jak najpóźniej, na śniadanie przygotowujemy grzanki, trochę sprzątamy, gramy, coś oglądamy i dużo się przytulamy, choć w tym ostatnim coraz bardziej przeszkadza nam futbolówka, w którą zamienia się mój brzuch.

Mój dzidziolek rośnie – ma teraz około 700g i 22 cm długości. No, bez nóżek, bo jest to tak zwana długość ciemieniowo – siedzeniowa. Jest jak laleczka i to raczej taka niewielka. Jednak pod cieniutką skórką zaczynają się tworzyć naczynia włosowate, dzięki czemu maluszek nabiera bardziej różowego kolorku. Gromadzi się też tłuszcz i rozwijają mięśnie. To ostatnie czuję całkiem nieźle w czasie prenatalnej gimnastyki mojego bobo.  

W opisach ciąży wszędzie piszą, że (cytuję) „czujesz się wspaniale!”. Najwyraźniej mnie to nie dotyczy, bo ja czuję się raczej kiepsko. Jestem słaba, wszystko mnie boli i w ogóle nic mi się nie chce. Może to jesień tak na mnie wpływa? Jest ponuro, smutno i deszczowo. Październikowy śnieg – niespodziewany i niezbyt mile widziany, zniknął, za to teraz jesienna plucha, jak w wierszu Twardowskiego:
Jest w Polsce sześć pór roku (...)
dwie jesienie
jedna ze złotem ucieka
w drugiej kalosz przecieka”.
Teraz jest właśnie ta przeciekająca. Nie mogę się doczekać grudnia, śniegu i świąt.

Lekarz dał mi skierowanie na badania: test doustnego obciążenia glukozą. W poprzednich ciążach takiego badania nie miałam, tylko glukoza na czczo, a teraz okazuje się, że to standard. Celem badania jest wykrycie ewentualnej cukrzycy ciążowej. Ponieważ źródła (ekhem, znaczy internet) podają różne informacje co do przebiegu badania (należy kupić w aptece 50/ 75 g glukozy) dzwonię wcześniej do laboratorium – żadnej glukozy nie muszę kupować, mam tylko przyjść. Pierwsze podejście niezbyt udane, bo przyszłam za późno – w soboty laboratorium czynne tylko do 12, więc skoro jestem o 9, to już nie zdążę.

Jestem zła jak nie wiem co, bo wcale nie było nam łatwo wygrzebać się z łóżka w sobotni poranek przed taką godziną. Drugie podejście w poniedziałek. Tym razem przed ósmą stawiam się w laboratorium zaopatrzona w cytrynę (dodanie odrobiny cytryny do lepkiej cieczy poprawia jej smak, a nie zmienia wyników badań). Najpierw pobranie krwi, a potem dostaję kubek z roztworem glukozy. I to 75 gramów! Napój jest ciepły (chyba, żeby się lepiej rozpuściła) i powalająco słodki. Wciskam cytrynę i robi się coś o smaku przesłodzonej lemoniady. Mówi się trudno, stwierdzam i wypijam to paskudztwo. Błe...

Godzina oczekiwania ciągnie się koszmarnie. Nie chcę nigdzie sama chodzić, bo podobno jest ryzyko, że zrobi mi się słabo, więc siedzę w poczekalni i czuję się coraz gorzej. W końcu nie wytrzymuję i wychodzę na spacer wokół budynku. Wracam i zaraz przychodzi po mnie pielęgniarka, drugi raz pobiera krew. Nie czekam na wyniki, mąż odbierze je później i wreszcie jadę do domu. Ufff, dobrze, że to badanie już za mną.

Po południu mąż przywozi wyniki badań – wszystko w normie! Żadna cukrzyca ciążowa mi nie grozi. Dobre i to, bo poza tym czuję się fatalnie. Do chandry z początku tygodnia doszły jakieś dziwne sensacje żołądkowe. Podejrzewam wirusa – robiąc badania posiedziałam sobie trochę w obecności chorych ludzi (bądźmy szczerzy – zdrowi raczej nie chodzą na badania)  i pewnie się czymś zaraziłam. Boli mnie brzuch i trochę mi niedobrze. Oby mi to szybko przeszło.

Dalej...26 tydzień - czytaj

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,00 z 5. Głosów: 4
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama