reklama

26 tydzień. Zaczynamy trzeci trymestr!

No i nie przeszło, a raczej przeszło, ale w chorobę. Niestety dość poważną, choć typową dla ciąży.

Zaczęło się od tego bólu brzucha. Najpierw myślałam, że wirus. Potem doszłam do wniosku, że może to od starej blizny po cesarskim cięciu – macica się rozciąga, to i ona też, a wiadomo, że blizna jest mniej rozciągliwa...

Jednak ból nie był jakiś bardzo uporczywy i starałam się znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienia. Niestety w nocy zaczęło boleć tak bardzo, że się obudziłam i nie mogłam zasnąć. A potem było już tylko gorzej. Zaczęłam się na serio bać, choć o dziecko byłam raczej spokojna, bo ból umiejscawiał się raczej niżej, ale punktowo, w jednym miejscu. Nad ranem do tej bólowej symfonii dołączyła prawa nerka. Cóż było robić – wzięłam plecak (stał spakowany od poprzedniej szpitalnej historii), dokumenty i pojechaliśmy do szpitala, bo lekarz prowadzący moją ciążę miał przyjmować dopiero nazajutrz, a do tego czasu bym nie dotrwała. Mąż jednak wymyślił, żeby przed szpitalem zrobić badania, bo nawet jeśli mnie zatrzymają na jakąś obserwację, to te wyniki dawałyby jakiś obraz tego, co mi dolega. W laboratorium poprosiliśmy o jak najszybsze przebadanie próbek – obiecali, że wyniki będą na 9-tą – i pojechaliśmy na izbę przyjęć, a stamtąd odesłali mnie do poradni K, bo okazało się, że o godzinie 7 już ktoś przyjmuje. Najpierw mierzenie i ważenie, a potem rozmowa i badanie: z dzieckiem wszystko w porządku, tętno w normie, wszystko zamknięte, nic złego się nie dzieje. Skąd ten ból? Musimy poczekać na wyniki. Po odebraniu ich sprawa staje się jasna: miewałam już zapalenie nerek, ale tak fatalnych wyników jeszcze nigdy! Wracamy do pani doktor, która stwierdza, że najprawdopodobniej wytworzył mi się jakiś kamyk (stąd taki ból) i jak się przesuwał to pokaleczył, co się dało. W te ranki weszły bakterie i stan zapalny gotowy. Dostałam antybiotyk i jeszcze leki przeciwgrzybiczne osłonowo, no i oczywiście przeciwbólowe.

Zaczynam wracać do żywych - nie boli!!! Całe szczęście, że udało się zareagować na czas, przecież nawet nie miałam gorączki! Oprócz leków zjadam masowe ilości żurawiny: suszonej i takiej ze słoiczka, którą moja mama zrobiła jesienią. No i leżę pod kołderką cały dzień.

Po 3 dniach idę na kontrolę do mojego lekarza, oprócz USG, na którym sprawdza, co z dzieckiem, robi też badanie nerek. Na szczęście nie ma zastoju i wszystko wygląda całkiem dobrze. Tylko zamiast przybrać na wadze, to schudłam, co lekarza nieco niepokoi, ale sądzę, że niepotrzebnie, bo apetyt mi dopisuje.

A tak w ogóle to zaczęłyśmy trzeci trymestr! Bliżej końca niż początku. Płuca mojej dziecinki zaczynają produkować surfaktant, substancję, która umożliwia pęcherzykom płucnym napełnienie się. Bez niej pęcherzyki zapadają się, sklejają i jest to jeden z głównych kłopotów wcześniaków. Na szczęście moje maleństwo wcale się na świat nie spieszy, i dobrze. Niech sobie siedzi tam, gdzie w tej chwili mu najlepiej, gromadzi zapasy tłuszczu i rośnie. O, właśnie wyczytałam, że dzieciaczek zaczyna wciągać wody płodowe nosem – do tej pory robił to ustami. Takie ćwiczenie na pewno wspomoże przyszłe oddychanie. Coraz silniejszy jest też odruch ssania – dziecku zdarza się ssać paluszki, a także otwierać oczy!

Moje piersi zaczynają swoją pracę pełna parą: krople siary pojawiały się już wcześniej, ale teraz coraz częściej mam plamy na koszulce. Już się cieszę na karmienie piersią, to były magiczne chwile... Wspominam, przeglądam zdjęcia z okresu, gdy chłopcy byli mali i przypomina mi się taka rodzinna historyjka: Kajtek miał około 2,5 roku kiedy na świat przyszedł Tosiek. Oglądałam z nim jakąś książeczkę, a w niej rysunek syreny. Takiej klasycznej: rybi ogon, bujny włos i gołe piersi. Zapytałam się synka, co to jest, a on na to „mama syreny”. Czemu mama, drążę, a on zdziwiony: bo ma piersi. Dla niego to było oczywiste: kobieta z piersiami to mama :-) A teraz będę mamą trójki dzieciaków. Czasami nie mogę w to uwierzyć...

reklama