reklama

30 tydzień i porodowe wspominki

Jesteśmy po wizycie – takiej przedświątecznej. Wszystko w porządku, nic się nie skraca, nic nie mięknie, tylko waga wyszła śmieszna, bo 1,5kg mniej niż miesiąc temu, właściwie taka, jak z 4 listopada.

No i mi kazał doktorek częściej do lodówki zaglądać. A ja po prostu przy tych nerkach schudłam (zawsze chudnę w chorobie) i od tego czasu przestałam mieć jakieś smaki i super apetyt, ot, po prostu jem bez cudów. Ale nie sądzę, żeby dziecku się krzywda działa, zapasów u mnie pod dostatkiem. Dziecko rośnie, rusza się, serduszko bije pięknie i równiutko. Ustawione jest już główką do dołu.

Dokupuję resztę rzeczy potrzebnych do szpitala: majtki jednorazowe, szare mydło w płynie (jest delikatne i prawie bez zapachu), kupiłam też dwie koszule do karmienia, śliczne takie, uprałam, uprasowałam, no i postanowiłam przymierzyć... I obie są za małe! Załamka po prostu, to że się na brzuchu opinają jest z grubsza do przeżycia, w końcu brzuch zrobi się mniejszy, ale ta jedna na piersiach mi się rozchyla (a jest na guziki...), więc w ogóle nie wchodzi w rachubę, bo po porodzie to biust mi się zrobi jeszcze większy. Grrr... Ale ze mnie ciapek. W końcu kupuję inne koszulki, tym razem w dobrym rozmiarze.

Psychicznie przygotowuję się do myśli o porodzie. Jakby na to nie patrzeć – rzecz nie do uniknięcia, a spisanie tego może pomoże trochę oswoić lęk?. Przypominam sobie, jak to było przy Tośku, rodziłam go 13 listopada ponad 8 lat temu. Wcześnie rano coś mnie obudziło - w ciągu sekundy byłam całkowicie przytomna. Okazało się, że zaczęły mi odchodzić wody. Zupełnie spokojnie znalazłam w książce tekst, że do porodu to może być jeszcze daleko, zadzwoniłam do szpitala, obudziłam męża, zrobiłam mu śniadanko i spokojnie poszliśmy do auta. Dojechaliśmy do Krakowa, postaliśmy w korku, odkryliśmy, że ulicę zrobili jednokierunkową i trzeba zrobić duuży objazd, w końcu dotarliśmy. Zajął się mną anestezjolog, bardzo miły i ciepły człowiek, kazał usiąść (już na sali operacyjnej). Powiedziałam, że się strasznie boję tego wkłuwania w kręgosłup, więc on zaczął nawijać o jakichś głupotach, żebym o tym nie myślała. Potem mi znieczulił miejsce wkłucia - nie bolało specjalnie, potem kazał mi się mocno skulić i mówił cały czas, co robi. Ucieszył się, że mam skrzywiony w tym miejscu kręgosłup, bo to ułatwia sprawę. Czułam, że coś mi tam gmera przy plecach, potem mi przykleił ten cewnik (taką cieniutką rurkę) plastrem jakoś tak na plecach i do ramienia. Miałam założony wenflon z kroplówką, cewnik wiadomo gdzie, dostałam jeszcze to ustrojstwo do mierzenia natlenienia na palec i ono sobie pikało. Facet pomógł mi się ułożyć, poczułam, że mi ciężej oddychać, więc się poskarżyłam (za nisko leżałam i to znieczulenie podeszło wyżej niż powinno), wtedy pan coś mi powstrzykiwał przez wenflon i poczułam się lepiej. Założyli mi taki parawanik, żebym nie widziała, co się dzieje na dole, przy czym nogi już miałam bezwładne i mi pielęgniarka je układała. Przyszedł lekarz i zaczęli. Czułam takie trochę szarpanie, ciągnięcie, ale to nie był ból, tylko uczucie ucisku. Lekarz stwierdził, że Tosiek wyowijany jest pępowiną, usłyszałam płacz, ktoś go tam chwilę oglądał, potem pokazali mi go na sekundkę i zaraz zabrali (dostał 8 punktów Apgar i zaraz poszedł pod tlen, ale tego nie wiedziałam). Panowie mnie pozszywali i w końcu przenieśli mnie na wózek i do innej sali. Jak mnie przenosili, to już zaczynałam czuć dół brzucha, a po jakimś czasie zaczęłam ruszać nogami. Przez całą noc dostawałam leki przeciwbólowe przez ten cewnik (co ileś tam godzin), ale i tak bolało.

Najgorsze było to, że ta rurka mi się przesunęła tam w środku i znieczulało mi połowę - prawą stronę brzucha i prawą nogę. Do wieczora było ok, ale w nocy strasznie. Nad ranem poprosiłam pielęgniarkę o coś przeciwbólowego, co mi pomoże, dostałam zastrzyk i dopiero wtedy sobie zasnęłam, obudziłam się już dużo lepsza. Pielęgniarka mnie umyła, przyniosła miskę z wodą, pomogła usiąść, umyłam twarz i zęby, a potem już było z górki. Koło południa wyjęli mi te wszystkie rurki, wstałam, poszłam do łazienki, umyłam się trochę, a po południu przenieśli mnie na inną salę i sama weszłam po schodach! No i nareszcie dostałam dziecko, i w sumie to było najważniejsze, bo wtedy się skupiłam na nim, na karmieniu go i nic innego nie było ważne. I tyle. Kolejne dni to już było nic w porównaniu z tą pierwszą dobą. Ale to TYLKO 24 godziny. Tak sobie myślę, że jak z dzieckiem jest wszystko OK, to ból i to wszystko, jest łatwiejsze do zniesienia. Mam tylko nadzieję, że tym razem pójdzie jeszcze lepiej, to znaczy dzieciątko nie będzie miało tych wszystkich kłopotów z oddychaniem.

reklama