reklama

... i po porodzie

Pierwsza noc po porodzie jest bardzo ciężka. Boli. Mam wrażenie, że brzuch jest tak strasznie gorący, zwłaszcza, że dostaję na niego... woreczek z piaskiem.

Wszystko tam jest jeszcze odrętwiałe i w ogóle czuję się kiepsko. Nie proszę jednak o leki – im ich mniej, tym mniej będę miała oporów przy karmieniu małej, zwłaszcza, że jej kolor mi się nie podoba (jest ciut za bardzo żółta) i trzeba ochraniać jej wątrobę. Dostaje mi się za to bura od opiekującej się mną położnej – mam wołać, jak będzie bolało, bo jak się robi za długą przerwę i boli, to ciśnienie rośnie.

Nie wiem, czy to prawda, ale faktycznie moje ciśnienie skoczyło. No i z nerkami nie do końca jest jak trzeba, więc mimo bólu muszę się obrócić i to, na szczęście pomaga. Jestem zmęczona, ale nie mogę zasnąć, bo okropnie mi przeszkadza pulsoksymetr podpięty do mojego palca. Piszczy i piszczy jednostajnie, zupełnie uniemożliwiając mi zaśnięcie. Byle do rana – będzie lepiej. Rozmyślam o moim małym szczęściu i dużych chłopcach, którzy wczoraj wieczorem skręcili dla siostry łóżeczko.

Rano następuje bardzo wcześnie – koło 6. Przychodzi położna i mówi, że czas wstawać. Odpina mi to całe koszmarne ustrojstwo, pomaga wyjąć z torby potrzebne rzeczy (czysta koszula!) i prowadzi do łazienki, do której droga wydaje mi się robić coraz dłuższa. Pod prysznicem cudnie – czuję, że wracam do żywych. Dobrze, że przewidująco spakowałam do wielkiej kosmetyczki wszystko co trzeba, dzięki temu idę z jedną rzeczą w ręce, a drugą mogę się przytrzymywać poręczy biegnącej wzdłuż ściany.

Gdy wracam do sali, jest tam już moja córeczka. Taka maleńka! Człowiek zapomina z czasem, jak maleńki jest noworodek. Próbuję ją nakarmić, ale ciężko nam to idzie, bo dzióbek ma taki malutki. Właściwie powinnam zostać przeniesiona na inną salę, taką gdzie można przebierać dziecko, ale nie  ma miejsc! I muszę zostać w tej... Jakoś sobie radzę – dobrze, że wzięłam takie duże podkłady (z myślą o sobie), a tu idealnie mi się sprawdzają jako przewijak dla Misi. No właśnie, Misi, bo Malwina to za dużo na taką kruszynkę. W każdym razie przebieranie zupełnie się małej nie podoba. Potem ucinamy sobie we dwie drzemkę.

Mąż ciągle przez telefon i sms-y pyta, czy mi nie przynieść czegoś do jedzenia, a ja „umieram” z głodu. Niestety jestem skazana na kubeczek zmiksowanej zupki, cóż... tak trzeba. A oni w domu jedzą drugą porcję tego tortu bezowego... chlip! Za to mała zaczęła jeść i je za nas obie. Zastanawiam się, czy nie dałoby się wypisać na żądanie i wrócić na zdjęcie szwów, ale lekarz rozwiewa moje nadzieje – nie ma szans wyjść stąd przed czwartkiem.

Późnym wieczorem na łóżku obok ląduje dziewczyna po cesarce – bliźniaki 34 tydzień, ale są w dobrym stanie. Tym razem jej aparatura pika – dzisiaj jestem jednak już tak zmęczona, że zupełnie mi to nie przeszkadza i obie z Misią smacznie śpimy.

Rano stwierdzam, że moje dziecko jest coraz bardziej żółte, jednak przez to, że ciągle leżę na sali pooperacyjnej, to nie mam kontaktu z lekarzem, bo nie ma jak przy mnie zbadać małej, więc jest zabierana do innej sali. A zresztą, może przesadzam? Mówię o tym pielęgniarce, a ta uśmiecha się z przekąsem. Na pewno przesadzam.

Mają kolejne dwa cięcia i muszą mnie przenieść, ale nie mają gdzie, bo dopiero koło południa ktoś zostanie wypisany i zrobi się miejsce. Tymczasowo zostaję dostawiona ze swoim łóżkiem do sali jednoosobowej. Czuję się okropnie, jak intruz, nie chcę ciągle upychać rzeczy w torbach, więc mam je tak luzem wokół siebie. W takim bałaganie czuję się okropnie. Wszystko mnie boli. W końcu dopiero o 14 przenoszą mnie do sali, gdzie mam dla siebie łóżko, półkę i przewijak dla małej, a pod nim jeszcze szufladki na pieluchy i inne takie.

Oddycham z ulgą. Po południu przyjeżdża mąż i moja mama, która nie może się doczekać, aby zobaczyć wnuczkę. Jem rosołek, zabieram picie, jedzenie i pieluchy, które mi przywieźli i wracamy z Misią do łóżka. Wieczorem robimy jeszcze sms-owe poszukiwanie aktu małżeństwa, który gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, a jest niezbędny – udaje się jednak mężowi go znaleźć. W teczce z napisem „bardzo ważne dokumenty” - hmmm, nieźle się ukrył.

Wtorek – zaczyna się nawał. Piersi bolą, dobrze, że mam mały, naturalny odciągacz, który niestety jest tak ewidentnie żółty, że nie można dalej udawać – mamy konflikt grup głównych, a skutkiem tego jest żółtaczka, co potwierdzają badania. Misia wędruje się opalać pod lampy, a ja zaczynam walkę z odciągaczem – sztucznym... W dodatku podpinają jej kroplówkę z elektrolitami, żeby szybciej wypłukać bilirubinę z organizmu. Wenflon ma w łapce, a na głowie siniec – chyba tam próbowali go umocować najpierw. Jest mi smutno i chce mi się płakać – hormony to straszna rzecz. W dodatku wszedł mi jakiś taki ból w ramię, że nie mogę nim ruszyć. Lekarz stwierdził, że to pewnie po znieczuleniu i kazał wziąć paracetamol. W nocy – bez dziecka – śpię dość mocno, choć muszę wstawać na odciąganie.

Środa mija podobnie: krótkie wizyty małej cytrynki na karmienie, potem zostaję sam na sam z laktatorem.

Czwartek – nasz wypis jest uzależniony od wyników. Od rana siedzę jak na szpilkach: pójdziemy dziś do domu, czy nie? W międzyczasie mi zdejmują szwy. W końcu są wyniki! Bilirubina nadal przekroczona, ale niższa, czyli będzie już z górki i kolorek zniknie, choć może się utrzymywać nawet miesiąc. Zaczynam pakowanie całego dobytku, który się rozrósł dzięki donoszonym przez męża rzeczom, przekazuję je mężowi i w końcu idziemy ubierać małą, ale jeszcze przed wyjściem dostaję od męża pierścionek. Tak mi miło, że pomyślał! Na dworze jest ciepło – te okropne mrozy zelżały, ale i tak pakuję Misiaczka w te wszystkie ciepłe (i takie wielkie!) ubranka. Wreszcie jedziemy do domu!

Przyglądam się temu, co zaklinałam, czarowałam w 36 tygodniu:
-    mała jest zdrowa, zdrowa, zdrowa!
-    konflikt grup krwi nas nie ominął, ale nie bałam się, bo wiedziałam, że to nic takiego,
-    wprawdzie potrzebna była kroplówka, ale nie poważniejsze leki,
-    mieści się w ciuszki i jeszcze w nich „pochodzi”,
-    urodziła się 20,
-    ma trochę włosków,
-    imię do niej pasuje,
-    przesypia nocki, a przewijanie i mycie idzie nam coraz lepiej.

I tak to z rodzinki dwa plus dwa zrobiło się nam „dwa plus trzy to my”!

reklama