reklama

Pierwszy miesiąc. Bromba i inni, czyli ja i moja rodzina

Znacie książeczkę Macieja Wojtyszki „Bromba i inni”?

To zbiór opowiadań o niezwykłych istotach: Gżdaczach, Psztymuclach, Glusiu, Kajetanie i... Brombie.

Tak jak w postaciach z bajki o Kubusiu Puchatku czy Muminkach ludzie dopatrują się cech własnych oraz swoich bliskich, tak mi zawsze wydaje się, że moja rodzinka to „Bromba i inni”.

Ja czuję się Brombą, mój spokojny, analitycznie myślący mąż to detektywistyczny duet Chrumpsa i Makawitego, natomiast dzieciaki lawirują między ciekawskim Gżdaczem, a chaotycznym i bałaganiarskim Zwierzątkiem Mojej Mamy. Zapraszam zatem do lepszego poznania mnie i mojej rodzinki w tym niezwykłym dla nas czasie, zanim pojawił się jeszcze Ktoś...

„My” zamiast „ja” zaczęłam mówić już sporo lat temu. Nasz związek osiągnął pełnoletność, a i rocznica ślubu zrobiła się nastoletnia. Prawie jedenaście lat temu owo „my” rozszerzyło się o naszego pierworodnego - Kajtka, a dwa i pół roku później o kolejnego smyka – Tośka. Wówczas taka różnica wieku wydawała nam się najrozsądniejsza. Miałam bardzo przekonujące argumenty za tym, uważałam, że dzieci będą miały ze sobą bliski kontakt, będą się wspólnie bawiły pozostając w kręgu podobnych zainteresowań, a wszystkie komplikacje pielęgnacyjno-jedzeniowo-spaniowe łatwiej będzie ogarnąć za jednym zamachem.

Kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak wygląda życie z dwulatkiem. Efekt tego był taki, że z mojej drugiej ciąży pamiętam tyle, że w niej chyba byłam. No bo skoro jest Tosiek... skądś się musiał wziąć. Zamiast cieszyć się pięknym stanem i cierpieć na ewentualne ciążowe dolegliwości, biegałam za starszą pociechą, która nie poruszała się wolniej niż szybkim truchtem, co chwila włażąc gdzieś, gdzie nie powinna, a ukochanym słowem (i zdecydowanie nadużywanym) było „nie”. W miarę jak chłopcy rośli, jasne stawało się, że dwoje dzieci na dwoje rodziców, to właściwe proporcje. No i przecież nie każdy musi mieć córeczkę, prawda? Nawet tę wymarzoną i wytęsknioną. Tymczasem tak to w życiu bywa, że człowiek planuje...

A życie się komplikuje...

 

Stało się. Niby oboje bardzo pragnęliśmy trzeciego dziecka, ale za każdym razem, kiedy dochodziło do rozmowy na ten temat, jej efekt końcowy był zawsze taki sam: NIE. Dlaczego? Bo:
-    chłopcy już są duzi i wreszcie możemy się sensownie ruszać z domu, choćby pod namiot,
-    to by musiała być 3 cesarka, a ryzyko coraz większe,
-    mam już 34 lata, więc i prawidła genetyki są bardziej przeciwko nam, niż po naszej stronie,
-    samochód ma z tyłu kanapę z pasem biodrowym, a na kupno nowego auta nas teraz nie stać, wszak ten jeszcze jest po części bankowy,
-    małe dziecko to spory wysiłek – te pieluchy, nocne wstawanie, ząbkowanie, wysypki, gorączki, nieustanna uwaga – czy my nie jesteśmy już na to za starzy?
-    utrzymanie dzieci kosztuje – nawet nie tak bardzo teraz, jak wówczas, gdy zaczną się uczyć poza domem, no a troje, to potrójne koszty, więc NIE.

Ostatnią taką rozmowę przeprowadziliśmy w marcu, mam nawet jej zapis, bo to była rozmowa na chacie. Dywagacje zaczęły się od tego, że wpadł mi w ręce „chiński kalendarz” służący do planowania płci dziecka. Jest to taka tabelka, z której wynika, że kobieta w określonym wieku, począwszy dziecko w określonym miesiącu, powinna urodzić maleństwo określonej płci. Oczywiście nie ma to absolutnie żadnej podstawy naukowej czy choćby nawet zdroworozsądkowej, ale według niego nasi chłopcy powinni być chłopcami. Jak łatwo zauważyć - są. No i właśnie z tego kalendarza bardzo pięknie wynikało, że dziecko poczęte między kwietniem a październikiem musi być dziewczynką. Jednakże rozmowę zakończyliśmy wnioskiem, że NIE, bo... wyjaśniłam powyżej.

Nie wracaliśmy więcej do tematu. Po prowadzonej od jesieni diecie bardzo ładnie schudłam, waga zbliżała się do upragnionego ideału, ja planowałam jak ją utrwalić, kończył się maj, zbliżały wakacje i coraz więcej myśleliśmy o tym, gdzie i jak je spędzić, wszystko kwitło i mimo moich problemów w pracy byliśmy bardzo zadowoleni z życia. Zwłaszcza z tej uregulowanej i przewidywalnej jego części. Przyszedł czerwiec i tak jakoś się porobiło, że stosowana od lat metoda zawiodła... Oczywiście 2 dni przed owulacją. Właściwie od początku byliśmy oboje pewni, że to wystarczy. Należymy do tych szczęściarzy, którzy nie mieli najmniejszych problemów z zajściem w ciążę. Zaczęły się nieco nerwowe dwa tygodnie oczekiwania. Bowiem przeczuwać i podejrzewać, a wiedzieć, to jednak dwie zupełnie różne sprawy.

Czerwiec i pierwsze objawy...

Zaczynam bardzo uważnie wsłuchiwać się w swój organizm i wyszukiwać te sygnały, które mogłyby oznaczać, że nie jestem sama. Wiem, że autosugestia czyni cuda, a moje doświadczenie mi podszeptuje, że mdłości najłatwiej sobie wmówić, a zresztą ich nie mam. Przekopuję zatem internet w poszukiwaniu objawów, tych najwcześniejszych, tych które poprzedzają nawet „zatrzymanie krwawienia”.

...subiektywne, czyli co sobie kobieta potrafi wmówić:

-    podwyższona temperatura ciała - no niby jest, ale z drugiej strony może to infekcja? A poza tym ostatnio tyle nerwów, może to dlatego?
-    częste oddawanie moczu – co to znaczy częste? Na ile podświadomie piję więcej, żeby częściej musieć korzystać z ubikacji?
-    zmiany samopoczucia – he, he, jak kobieta podejrzewa, że jest w ciąży, to zmiany samopoczucia są nieuniknione: od radości do rozpaczy, cała gama uczuć, niekoniecznie spowodowanych hormonalnym rozstrojem.
-    bolesność piersi i ich powiększenie – jak odróżnić tę bolesność od takiej typowej przed zbliżającą się miesiączką?
-    przebarwienia skórne – no, to już coś. Pierwsza ciąża dokładnie tak się zaczęła - ciemnym paskiem biegnącym przez środek brzucha. Maszeruję do łazienki, oglądam się: jest coś ciemniejszego, ale czy na pewno nie było tego wcześniej? Może po tamtych ciążach zostało takie przebarwienie. Wołam męża, który stwierdza, że nic nie widzi, po czym dodaje: „świrujesz”. Może. Wydaje mi się jednak, że otoczki brodawek też są ciemniejsze. Dobra, świruję.  
-    zawroty głowy i omdlenia – nigdy takich nie miałam. Jeśli idzie o te sprawy, zawsze z podziwem czytałam o mdlejących damach – jak one to robiły? Może się głodziły, mocno ściskały albo oszukiwały. Pod tym względem jestem jak rzepka – jędrna i krzepka. Żadnych omdleń.  

 Pal licho objawy, jestem w ciąży. WIEM to na pewno. Zrobię sobie test. Mam w apteczce jakiś, płytkowy, domowy, wykrywa ciążę po 6 dniach od zapłodnienia – zapewnia mnie producent na ulotce. Na 99,9%. Zobaczymy. 12 czerwca zrywam się rano i biegnę do łazienki. Wychodzę tylko lekko rozczarowana, widocznie jednak za wcześnie na test. A może do zapłodnienia doszło ciut później niż liczyłam. Odczekam kilka dni. 16 czerwca nie wytrzymuję i powtarzam test. W końcu minęło już kilka dni, prawda? Tym razem zawód jest większy. Nie mogę uwierzyć, że moja intuicja aż tak mnie zawodzi! Staram się nie myśleć o tym, zajęć mnóstwo, ale gdzieś tam ciągle błąka się ta myśl – czy jesteś? Dzieląca się zygota. Kilkadziesiąt komórek. Stadium zwane morulą, która to nazwa zawsze kojarzy mi się z morelą, a powinna z maliną, bo wygląda jak taka maleńka, ciuteńka malinka, która zmieściłaby się na czubku szpilki. Jesteś?

...prawdopodobne, więc może jednak?

Zupełnie nie czuję się jakby zbliżał się okres, jestem mniej nerwowa niż zwykle, ale brzuch mnie trochę boli. Jutro się okaże. Co ma być to będzie. Sama już nie wiem, czego bym chciała. Rano 19 czerwca robię test – musi pokazać jasno, w końcu to pierwszy dzień spodziewanej miesiączki. Wychodzę z łazienki, kładę go na stole i czekamy. W końcu się pojawia bardzo delikatna, a z czasem coraz wyraźniejsza, kreseczka. Tym razem nie ma wątpliwości – JEST. Uczucia mam kompletnie mieszane, cieszę się i jestem przerażona. To samo mąż, oboje nie wiemy co powiedzieć, w końcu on jedzie do pracy, ja idę z dziećmi do szkoły – w końcu dziś zakończenie roku szkolnego. Podczas stania na akademii nagle czuję, jak robi mi się słabo i uginają nogi. Towarzyszy temu jakieś uczucie zupełnego odrealnienia. Rozbawiona wychodzę i siadam na zewnątrz. No coś takiego, jednak jestem zdolna do zawrotów głowy i omdlenia!   

Moja mała morula stała się blastocystą. Dotarła do macicy i zagnieździła się w jej ścianie, to właśnie stąd hormony, które wyszły na teście. W internecie wyszukuję i oglądam zdjęcia: szaro-biały zbitek komórek przestaje mieć kulisty kształt, wygląda troszkę jak kijanka, ziarenko maku, które intensywnie rośnie.

Przez kolejny tydzień mój organizm zaczyna się zmieniać, teraz już nie mam żadnych wątpliwości, co do tego, że jestem w ciąży. Zdecydowanie zmienił mi się rozmiar piersi. Po tym odchudzeniu były takie ledwo, ledwo, a teraz nie mieszczą się w żaden biustonosz. Mąż uradowany. Ale ja narzekam:

- piersi okropnie bolą, jakbym się nie ułożyła w nocy, czuję ucisk i dyskomfort. Rano bywają momenty, kiedy jest mi jakoś tak niefajnie. Nie niedobrze, nawet nie mdli, tylko tak jakoś. Szklanka soku pomarańczowego (bez niego nie wyobrażam sobie poranka) doskonale pomaga na tę dolegliwość. Co chwilę biegam do ubikacji, także w nocy muszę wstawać kilkakrotnie.

W trzecim tygodniu po zapłodnieniu – piszą specjaliści – tworzy się cewa nerwowa. Oczywiście jem kwas foliowy, ale i tak ten moment napawa mnie lękiem – czy tam się wszystko wytworzy tak, jak trzeba? Moje dziecko ma zaledwie 2 mm, jest jak ziarenko sezamu. Takie maleńkie, a ja nie mogę mu w żaden sposób pomóc.

...pewne oznaki ciąży, czyli po pierwszej wizycie

Nie mogę się zdecydować, czy do lekarza iść już, czy jeszcze trochę poczekać. Jak pójdę już, to co mi powie? Poprzednim razem miałam takie niefajne doświadczenia z ginekologiem, do którego przyszłam w 5 tygodniu ciąży, więc teraz się waham. Z drugiej strony, trochę mimochodem i chcąc nie chcąc, naczytałam się o ciąży pozamacicznej. Decyduję się iść od razu, no i oczywiście okazuje się, że mój lekarz jest na urlopie. Muszę czekać do poniedziałku.  

W poniedziałek, jak to po urlopie, tłum pacjentek, więc pan doktor nie miał dla mnie zbyt wiele czasu. Nie założył mi nawet karty ciąży, ale przynajmniej zrobił USG i zlecił badania. Teraz chodzę i co chwilkę wpatruję się w wydruk z USG: ciemna plamka i ledwie widoczna, szarawa ciapka na niej. Moja Pestka.

Dalej... 6 tydzień ciąży - czytaj

reklama