reklama

Poród, poród...

Spokojnie i bez nerwów jedziemy do szpitala. No, może nie tak całkiem bez nerwów, bo jakiś tam lęk jest, ale głównie czuję ulgę, że to już, że to oczekiwanie nareszcie się skończyło.

Mąż podwozi mnie pod samo wejście, ja spokojnie sobie idę z papierami i torbą z ubraniami, a on jedzie odstawić auto na parking. W recepcji melduję, że 39 tydzień ciąży i odeszły wody, zaraz też schodzi do mnie położna.

Uch, papierkologia okrutna, wywiad, choroby, poprzedni pobyt w szpitalu, ostatnie wyniki, kiedy ruchy – trwa to i trwa. Wreszcie szybkie podsłuchanie dziecka – serduszko równo bije i mogę się przebrać. Na korytarzu mąż odbiera torbę, daj mi plecak, buziaka i jadę windą na górę, na położnictwo. Ruch tam spory, mimo że to sobotnie popołudnie. O 14 ląduję na leżance i zostaję podpięta to urządzenia, które nie tylko bada serce dziecka, ale także mierzy siłę i liczbę skurczy. Wszystko to zostaje pięknie zapisane na długim pasku papieru. Nie znam się na tym za bardzo, słyszę tylko, że serce bije równiutko, więc mała czuje się dobrze, a i ja dzięki temu spokojniejsza. Po pół godzinie przychodzi położna i stwierdza: „no, nawet całkiem, całkiem te skurcze są, ale pani i tak do cesarki”. Jakie skurcze? Nie bolało mnie nic bardziej niż przy skurczach przepowiadających.

Zjawia się lekarz – mooocno starszy pan – ech, moje obawy, że w weekend będzie mnie kroił przypadkowy lekarz, niestety potwierdzają się. Badanie nieprzyjemne, pan ogólnie też, ale może będzie chociaż doświadczony? Pada w końcu stwierdzenie, że o 16 będzie cięcie, ważne, że nie jadłam od 10, więc nie ma powodu, żeby zwlekać. Zamawiają krew. Ponieważ leżę, to wody znowu zaczynają płynąć, czuję dyskomfort, bo leżę w samej koszuli. Na szczęście przy przenoszeniu na inne łóżko położna to zauważa i ratuje mnie z opresji. Dzwonię do męża, żeby jechał do domu na obiad. Nie chce mnie zostawić, tak jakby jego obecność mogła coś pomóc. W końcu udaje mi się go namówić, przecież zdąży wrócić przed tą czwartą. Muszę odłożyć telefon (obrączkę zostawiłam przewidująco w domu) i okulary do plecaka, który zostaje w sali, więc nawet kontakt sms-owy się nam urywa. Patrzę na zegar, czas dłuży mi się niemiłosiernie. Głaszczę się po teraz już ciągle napiętym brzuszku i dociera do mnie, że za te 2-3 godziny będziemy osobno. Skupiam się na maleńkiej i szepczę do niej, żeby się nie bała, że ją bardzo kocham i niedługo nareszcie przytulę. Tak sobie leżę i czekam. Mija 16, a ja nadal czekam...

W końcu zawożą mnie na salę operacyjną. Jest cicha, pusta, ciemna. Położna pyta zaniepokojona: „czy oni w ogóle wiedzą, że ma być cesarka?”. Wygląda na to, że wiedzą, bo nagle otwierają się drzwi i sala zapełnia się masą ludzi, którzy szybko i sprawnie (jak trybiki w maszynie) zaczynają przygotowywać lampy, jakieś maszyny, stoliki, no i mnie. Krótka rozmowa z anestezjologiem, który pyta, czy znieczulenie może zrobić nie on, tylko jego podopieczna. Jest  przerażająco młoda i chyba boi się jak ja, ale zgadzam się, choć wszystko we mnie krzyczy, że nie, nie chcę, żeby na mnie ktoś się uczył. Na szczęście wszystko idzie dobrze, choć sam moment wkłucia jest bardzo nieprzyjemny. Pomagają mi się położyć (do znieczulenia musiałam usiąść) i moje ciśnienie zaczyna wariować, aparaty pikają alarmująco. Anestezjolog uspokaja: „spokojnie, proszę równo oddychać, wszystko zależy od pani, jak pani nad tym zapanuje, to będzie lepiej dla dziecka”. Biorę się w garść i powoli oddycham przez nos. Mam na twarzy maskę z tlenem, żeby dziecko dostało go jak najwięcej. Uczucie paniki mija, słyszę, jak pikanie się uspokaja. Będzie dobrze.

Przychodzą lekarze i zaczyna się operacja. Prawie nic nie czuję, tylko lekkie pociągnięcia i jakieś szarpnięcia. Koncentruję się na równym oddychaniu, bo czuję, że paniczny strach jest tuż, tuż i ja muszę sobie z nim poradzić. Odpowiadam na jakieś pytania, wdzięczna, że choć na chwilkę mogę skupić się na czym innym.... i w końcu słyszę krzyk dziecka, który dochodzi do mnie z jakiejś wielkiej oddali. Jest 16:52. Ulga, jaka mnie ogarnia, jest tak ogromna i wszechogarniająca, że robi mi się słabo. Podtykają mi rozwrzeszczaną, czerwoną buzię wystającą z tobołka do pocałowania i zaraz ją zabierają, zapewniając, że wszystko jest w porządku. Moja pierwsza myśl: wygląda zupełnie jak Muniek – mój najstarszy syn. Och, jak dobrze, że wszystko dobrze! Chciałabym już móc ją wziąć na ręce, tymczasem zszywanie trwa i trwa. Wreszcie zostaję przewieziona do sali pooperacyjnej, w przejściu miga mi mój mąż, macha do mnie ręką, widzę jak bardzo się niepokoił.

Mój plecak już jest w pokoju, wkładam okulary (kto nie jest krótkowidzem, ten nie wie, co to za ulga) i biorę telefon. Wysyłam sms-a do dziewczyn z forum. Zaraz też mój telefon pika – dostaję zdjęcie maleńkiej zrobione przez mojego męża, któremu pozwolono popodziwiać naszą królewnę. Dostarcza mi siatkę z rzeczami dla dziecka, ale rozmawiamy przez telefon, bo nie może zostać w tej sali. Mówi, że ma kupić mleko dla noworodków – przykazanie pielęgniarek. Hmmm... Ja dostaję córcię do poprzytulania dopiero koło 18. Jest prześliczna, ma maleńkie, przylegające do głowy uszka (bałam się, że będą odstawać jak u chłopaków, a tu taka niespodzianka). Chcę ją nakarmić, próbuje się przyssać, ale co chwilę jej się ulewa i mam wrażenie, że nic z mleczka nie zostaje w środku. Martwi mnie to, ale wiem, że nawet jeśli nie będę jej karmić od razu, to i tak sobie damy radę później.

Po chwili przychodzi pielęgniarka i mówi, że mała dość mocno wymiotuje wodami, więc stąd ta niechęć do jedzenia, ale to minie. Dowiaduję się też, że córcia dostała 10 punktów, waży 3200g i ma 55cm długości. Potem każe mi odpoczywać i zabiera maleńką. Proszę, żeby mi ją jeszcze przyniosła. I rzeczywiście przed ósmą przynosi mi śpiący tobołek. Na noc zostaję jednak sama i choć bardzo boli, to wiem, że muszę przetrzymać tylko te 12 godzin, bo jutro będzie lepiej. Zacznie się nowy dzień i... nowe życie. Razem z Malwiną...

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,67 z 5. Głosów: 6
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama