reklama

Narodziny Milenki widziane okiem taty w 3 aktach

Występują: 

  • Mamo-Milenka (później Mama i Milenka),
  • Położne: Jadzia i Tereska
  • inni (lekarze, piguły i inni)
  • Tata Przemek – piszący w osobie pierwszej
  • SMS'y
  • chór niemowlaków na Oddziale Położniczo-Noworodkowym

Miejsce akcji:

  • mieszkanko w Malborku,
  • Szpital Miejski im. JP II w Elblągu, Oddział Położniczo-Noworodkowy

Przewidywany termin akcji (okołoporodowej):

  • od 13 do 17 lutego 2007

Właściwy termin akcji (porodowej):

  • 7 lutego 2007

Płeć

  • nieznana

PROLOG

czyli radosne (bardziej lub mniej) wyczekiwanie 

5 lutego 2007 - ok. 18:00 - wizyta u gina (a właściwie giny), ok. 9 dni do terminu

Żona postanowiła iść do gina po raz ostatni przed porodem. Z jej relacji - pierwsze słowa gina: "Wcale pani nie wygląda, jakby miała pani rodzić". Szyjka zamknięta, miękka, lekko skrócona. Żona lekko podłamana – nogi opuchnięte, ciężko się wchodzi na 4. piętro, zgaga, itd (a i mężowi się dostaje). Cóż, trza czekać, a mąż dzisiaj wyjątkowo upierdliwy. A ta Kasia ze szkoły rodzenia, to 3 tygodnie przed terminem urodziła. O, kurcze, gin stwierdza wysokie ciśnienie. Skierowanie do szpitala z podejrzeniem gestozy, czy tez czegoś co podobnie brzmi. Jeszcze tylko tego brakowało. Ale za to jak już pójdzie do szpitala, to pewno jej do porodu nie puszcza. Dobra nasza.

6 lutego 2007 – mierzenie ciśnienia przez cały dzień. Raczej w porządku. A jeśli nie w porządku to pewnie przez nerwy, że może być nie w porządku. Kołomyja. Po południu jedziemy do szkoły rodzenia. Nieco wcześniej niż zwykle, by zapisać KTG. Wynik w porządku a ciśnienie spadło. Tak wiec w szpitalu Karusia nie zostaje. Lekko sie załamuję, bo myślałem, że to już. W rozmowie z położną Jadzią, żona mówi: "Macica mi sie obniżyła około 3 dni temu.", na co Jadzia "No to książkowo możesz czekać jeszcze ze 2 tygodnie...". Żona załamana. 14 dni zgagi, wysiłku, wchodzenia na 4. piętro ...., brrr. Wracamy do domu w nerwowej atmosferze. Kładziemy się spać ok. 22

AKT PIERWSZY

czyli "Porodu i wojny jeszcze nikt nie przewidział <Położna Jadzia>"

7 lutego 2007-  ok. 00:15 – żona nagłym ruchem siada na łóżku - "Ale jaja (lub tez <Ale jazda>) - wody mi odchodzą ..." - jak ona śmiesznie szła do łazienki ... - oglądam ciekawie plamy na prześcieradle. Pomimo pełnej świadomości, denerwujemy się dość mocno. Skurczów nie ma, Dzidzia kopie normalnie, może trochę mniej. Żona mimo wszystko przestraszona, ale chyba zadowolona. Za oknem ciemna, mroźna noc.

00:30 – telefon do położnej Jadzi - "No widzisz Karolinko, jak to idzie – wojny i porodu jeszcze nikt nie przewidział – musicie pojechać do szpitala"

01:00 – ostatnie zdjęcia z Dzidzia w brzuchu, sprawdzanie torby, pakowanie aparatu i:

ok. 02:00 – wyruszamy w noc (skup sie – musisz przejechać 35 km w nocy, na mrozie, z rodzącą żoną, i pamiętaj, ze to jest pierwsze dziecko – nigdy nie byłeś w takiej sytuacji, wiec nie wiesz jak zareagujesz – czy ja w ogóle nadaję się do jazdy?)

ok. 02:45 – przybycie do szpitala, poooowwwwooolny wywiad medyczny (ja wiem, że dla nich to jest nudne, ale to MOJE dziecko!), "to, że odeszły Pani wody o niczym nie świadczy" - (jak to qtwa o niczym nie świadczy???) - "może Pani zacząć rodzic nawet za 2 dni" (no nie) - "Pani sie przebiera w piżamę, a Pan jedzie do domu" (co? dzięki wielkie), "Jak sądzę przed południem nic sie nie wydarzy". Klops. Jazda do Malborka (skup sie raz jeszcze, tym razem nikt ci nie będzie mówił, żebyś ostrożnej jechał).

ok. 03:15 – jadę do domu. Wychodząc widzę dziewczynę, która siedzi na korytarzu i mówi do kogoś z personelu "Chyba będę rodzić...". Ciarki mnie przechodzą, ale się trzymam.

ok. 03:45 – jestem w domu. Co to robić? Poziom adrenaliny wyższy niż u Pudziana podczas występu. Może zacząć oddychać przeponowo? W telewizji nic, komputer drażni... Dzwonię do zony – jej koleżanka z sali strasznie chrapie, a ta co ja widziałem na korytarzu - przeraźliwie wrzeszczy na sali porodowej. Żonę mocno boli krzyż.

03:51 – SMS - "Skurczy nie mam, krzyż boli, Dzidzia kopie"

04:11 – SMS - "Odchodzi mi czop – chyba będę rodzić"

ok.05:30 - w końcu morzy mnie sen, gaszę światło, a tu:

05:35 – SMS - "Rybo, zdaje mi sie, ze niedługo będziesz musiał jechać. Nie wiem, czy to są skurcze, ale są co 5. min" - rany Julek, a ja musze z Malborka 45 minut jechać!!! Co za pinda powiedziała, ze poród będzie najwcześniej w południe??

Po telefonie do żony nie wytrzymuję napięcia i jadę do szpitala (skup się!!!)

06:11 – co za pech – po drodze do szpitala, jeszcze w Malborku, spotykam teścia w drodze do pracy. A miało być wszystko w tajemnicy. Mówię mu co i jak, widzę, że się lekko trzęsie, a oczy ma mokre. Zaklinam go, żeby nie wygadał sie teściowej.

06:32 – SMS (odbierany jedna ręką na zakręcie przed Elblągiem) - "Miałam badanie – mam 3cm rozwarcia. Nie musisz sie śpieszyć". Jak to nie musze sie śpieszyć? Rozwarcie w toku, skurcze co 5 minut, a ja nie musze sie śpieszyć? Czy ja juz panikuje? Żona chyba jest spokojniejsza ode mnie. A tu akurat zaczynają sie poranne korki.

ok. 06:45 – czatuję pod szpitalem. Silnik na chodzie, bo mróz. Wejść nie mogę, bo Karolina nie kwalifikuje się jeszcze do porodu (kolejna rzecz, której nie rozumiem), a godzin odwiedzin jeszcze nie ma. Czuję się jak w komedii sprzed 30 lat. Teść mi opowiadał, jak to ze szwagrem w latach 70-tych stali pod oknami "wylęgarni", (gdy sie moja żona rodziła, a później jej siostry), bo wtedy kategoryczny zakaz wstępu dla samców był. I te cale hece z gadaniem przez okno z żoną i podawaniem paczek na sznurku. Jak tu zakombinować, żeby wejść? Widzę leniwie wchodzących pracowników do szpitala. Zbliża sie siódma. Dzień jak co dzień. Ale nie dla mnie. Sen mnie atakuje pomimo podniecenia, nakrywam twarz kapturem od kurtki, bo zaczyna robić sie jasno. Ile jeszcze? Jak sie czujecie moje skarby?

07:30 – w końcu mogę wejść do szpitala, gdzie moja żona? "Już jest na sali porodów rodzinnych". Taaaak, a mnie nie wpuszczali, bo żona się nie kwalifikowała do porodu. Standard. Dlaczego nie jestem zdziwiony? Ale nie to teraz ważne. Zakładam ochraniacze na buty i fartuch i wchodzę do sali.

AKT DRUGI

"Córka!", czyli "Gdzie jest ten synek?"

Sala porodowa: pod ścianą zwykle łóżko szpitalne, obok aparat KTG; wanna z natryskiem, miejsce do obsługi noworodka z lampą, no i w centralnym miejscu - FOTEL – zielony, duży, na pilota!

Żona leży na łóżku podłączona pod KTG. Wierci sie, bo krzyż boli. Mimo tego uśmiecha się do mnie. Widzę, że jest strasznie pobudzona. Kroplówka. Na sali położna Jadzia rozmawia kojącym głosem z pobudzoną żoną. Ból pleców przyćmiewa odczuwanie skurczów, żona nie może uwierzyć, że skurcze są tak mało bolesne (w porównaniu z bólem pleców). Co by było, gdyby wody nie odeszły, a żona nie rozpoznała by tych skurczy? Brrr.... Te wszystkie filmy o porodach w dziwnych miejscach, brrr...Póki co żona chce do łazienki, ale Jadzia jej nie puszcza (wszak była na lewatywie). Ja delikatnie sugeruje przygotowanie zestawu do pobierania krwi pępowinowej – tak tylko, żeby położna nie zapomniała. "Spokojnie, od porodu dziecka do porodu łożyska mija ok 5-10 minut. Nie ma sensu wcześniej tego rozpakowywać, by sie nie popsuło". Ok. Ja sie nie znam.

07:55 – położna Jadzia do mnie - "Idź na chwilę do pokoju odwiedzin, bo zaraz będzie obchód, a ty wtedy nie możesz tu być". Spoko. Nawet nie pytam, czy ja tu w ogóle jestem oficjalnie, czy nie, skoro chowają mnie przed obchodem.

07:55 – 08:10 – z relacji żony – Karolina odłączona od KTG postanawia przejść się po sali. Chce przyjąć pozycje kolankowo-łokciową na podłodze, ale rurka od kroplówki jest za krotka. Tak więc zeszła do parteru z jedna ręką uniesioną do góry. W tym momencie nie mogła opanować odruchu wydalania i krotko mówiąc (pomimo lewatywy), oddala stolec na podłogę. W tym momencie wchodzi obchód – Ordynator, ginekolog, pediatra, druga położna Tereska i ktoś tam jeszcze. Żona – przypominam – na podłodze, w parterze z jedna ręką zadarta do góry, tuz po kupie. Jadzia melduje: "Pierwiastka, poród zaawansowany". Konsylium kiwa poważnie głowami i szybko opuszcza sale. Jaka szkoda, ze nie widziałem ich min. Musze spytać się żony, czy czasem nie wypiela sie do nich tyłkiem.

08:10 – ktoś mnie woła z powrotem do sali. Żona siedzi juz na fotelu i prze. Jadzia wrzeszczy na korytarzu za obchodem: "Tereska, ona juz rodzi, choć mi pomóc", a później "Gdzie są szczypce", "Gdzie masz maszynkę do golenia?". Nadal nie znamy płci dziecka. Podchodzę do głowy żony, trzymam ją za rękę. W sumie nie jestem do niczego potrzebny, ale wiem, ze żona mnie CZUJE, zerka oddalonym wzrokiem na mnie czasami, oddycha gwałtownie, ale w sposób wyuczony na szkole rodzenia. Na sale jak torpeda wpada Tereska z kimś jeszcze.

08:10 - 08:20 - "Nie przyj" - "Nie mogę nie przeć" a potem "Poprzyj bez skurczu" - "Nie mogę przeć", o Boże, czy ja widzę już główkę?? "Nie przyj teraz", żona ziaja. Po minie żony widzę, że ona nie jest świadoma, że prawie juz odwaliła całą robotę i myśli, że jeszcze wszystko przed nią. Jadzia sprawdza, czy pępowina nie owinęła sie na szyi dziecka. "Jeszcze raz Karolinka".

08:20 - "Córka!!", Milenka ląduje na brzuchu mamy, Karolina ją obejmuje i mówi do niej czule ze łzami w oczach. Mnie też coś mokro pod oczami. Karolina odpływa gdzieś daleko, a mnie do reki dają nożyce. Przecinam oszołomiony w miejscu wskazanym przez Jadzie. Dzieciak juz płacze, to dobrze, ma fioletowa skórkę i jest cały mokry. Potem wszystko idzie jak w zegarku. Ktoś bierze dziecko na stacje obsługi obok fotela, odśluzowanie, wycieranie, badanie, owijanie w kokonik. Co zrobić z nożycami? Może je zatrzymam na pamiątkę? Żona parła zaledwie 10 minut!!!

Potem idę za położną do sali obok na mycie, mierzenie i ważenie. Mam jakąś minutę, zanim położna przygotuje swoje instrumenty. Przyglądam sie córce, która akurat przestała płakać. Pierwsze zapamiętania : Ciemne włosy, dłuuuugie rzęski. Waga 3150, wzrost 54 (jak przystało na geodetę pomagałem w pomiarach). Jeszcze jakieś badania, ale proszą mnie o opuszczenie sali. W tym czasie idę po bransoletki. Całe szczęście w tym czasie nikt inny nie rodził – nie ma możliwości "podmianki". Ale i tak juz teraz rozpoznałbym swą córkę. Układam bransoletki obok Mileny, bo ręce ma zawinięte. Znowu mnie wyganiają, który to już raz? Wracam na sale do zony. Jejku! Co tu sie dzieje! Łożysko w rekach piguły wysoko w górze, Jadzia nakłuwa pępowinę i spuszcza krew do zbiornika. "Zaciski, gdzie są zaciski!! podaj igły!!". Piguła pompuje w łożyska krew do pojemników, wyczuwa się nerwową atmosferę. Zona jeszcze siedzi na fotelu i odpoczywa. Raczej jest daleko niż blisko. Tereski nie ma juz na sali. Krew odciągnięta, Jadzia wyciera pot z czoła "Ale mnie nastraszyłaś, urodziłaś łożysko zaraz po córce – pierwszy raz widzę coś takiego".

ok. 08:40 – żona schodzi z fotela i kładzie sie na łóżko.

Po jakimś czasie przywożą dziecko. Teraz żona może bardziej spokojnie przyjrzeć się córce. Jak ona w nią się wpatruje! Jadzia zachęca żonę do próby karmienia. Karolina chyba nie wie, ze wszystko ukradkiem filmuję. Potem sesja z położnymi, solo i w duecie z mamą. Emocje powoli opadają. Wszyscy dyskretnie wychodzą i zostawiają nas samych. Jest pięknie. Jest cudownie. Mimo wszystko nadal jestem oszołomiony, że właśnie zostałem ojcem. Mała czasem nieporadnie otwiera oczy. Na salę wraca Tereska i pyta sie "No i gdzie jest ten synek?" Żona jest przerażona. "Córka" - prostuje. "Ach, no tak".

AKT TRZECI

sala matek nr 111

Teraz czas na telefony i SMS'y. Rodzice, znajomi. Robię małej zdjęcie komórką rozsyłam je. Dzwonie do teścia do pracy, ale go nie ma "jest w terenie" - czy ma to jakiś związek z naszym porannym spotkaniem??? W terenie? Cóż podejrzanie mi to wygląda. Potem dzwoni do mnie już z domu z gratulacjami.

ok. 10:20 – sala matek jest juz przygotowana. Żona woli być na sali "Z kimś" niż sama. Przenoszą nas na sale z dziewczyna, która urodziła około 3 godzin przed Karoliną (ta z korytarza). Żona jedzie na wózku, choć twierdzi, że jest w stanie chodzić.

Po żonie widać zmęczenie, choć ona na pewno tego nie czuje. Obyło sie bez nacinania. Nie ma tez wybroczyn na twarzy, których się tak obawiała. Cały poród trwał 8 godzin. Skurcze zaczęły się 4 godziny przed urodzeniem, parcie trwało zaledwie 10 minut. "Rodziłaś jak wieloródka" fachowo twierdzi Jadzia.

Ja też nie lepiej wyglądam po nieprzespanej nocy. Kawa z automatu na korytarzu nie pomaga. Tylko od niej ręce sie trzęsą. Karolinę bolą piersi, mała się denerwuje, bo chyba nie ma pokarmu w piersiach matki. Śpi cały czas, za wyjątkiem karmienia. W czasie dnia – kąpanie, jakieś szczepienia. Nie mam siły dopytywać sie co i jak. Dowiaduję się, tylko, że mała otrzymała 10 punktów. Tereska mówi, żebym jechał do domu bo kiepsko wyglądam. Ależ gdzie tam, teraz jechać do domu? Najpierw nie chcieli mnie wpuścić, a teraz juz wyrzucają. Ani mi to w głowie. Ostatecznie jadę do domu gdzieś około 18:00.

EPILOG

Jaki tam epilog, to dopiero początek.

W drodze do domu odwiedzam monopolowy. Jadę do teściów, podłączam aparat do telewizora i opisuję całą akcję podczas pokazu zdjęć. Wznieśliśmy 3 toasty (trzeba jutro z rana do szpitala jechać) + piwko i o 21:00 jestem w łóżku, ale spać nie mogę. Czy to już tęsknota?

THE END

Przemek

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,71 z 5. Głosów: 117
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama