reklama
Ta pani nie urodzi, przygotować salę operacyjną...

Ta pani nie urodzi, przygotować salę operacyjną...

6 lipca urodziłam zdrowego silnego synka, ale co przeżyłam, to przeżyłam. Ciążę miałam w zasadzie zdrową, dopiero w 6 m-cu okazało się, że cierpię na niewydolność szyjki macicy i miałam założony krążek. W 38 t.c. został on zdjęty ale nic się nie działo - do porodu musiałam poczekać jeszcze dwa tygodnie. Termin miałam na 7 lipca.

6 lipca po północy obudziło mnie dziwne uczucie twardnienia brzucha (nie bolało i się nie powtórzyło). Wstałam więc z zamiarem udania się do toalety i kiedy znalazłam się na nogach, po prostu trysnęło ze mnie. Odeszły mi wody. Obudziłam męża, wzięłam prysznic, ubrałam się i spacerkiem ruszyliśmy do szpitala, który znajdował się dosłownie na przeciwko naszego bloku. Zostałam przyjęta na porodówkę, ktg nie wykazało żadnych skurczy, rozwarcie miałam zaledwie na 2 cm. Ale zostawiono mnie w szpitalu (szczęściem dyżur miał akurat mój doktor, który opiekował się nami w czasie ciąży). Postanowiono, że jeżeli nie pojawią się skurcze, to o 8:00 rano dostanę oxytocynę i antybiotyk, bowiem doktor obawiał się infekcji. Odesłałam męża do domu i udałam się na salę "przedporodową", żeby złapać chociaż trochę snu przed jutrzejszym dniem.

Oczywiście oka nie zmrużyłam z wrażenia, a na dodatek ok. 2:30 pojawiły się lekkie, stopniowo nasilające się bóle. Kiedy stały się częstsze i silniejsze, zgłosiłam to położnej, która wysłała mnie do sali porodowej. Spacerowałam sobie i czytałam "Kod Leonarda da Vinci", bo wciąż ból był do wytrzymania. Aż dziwiłam się, że tak jest, bo byłam przygotowana na coś o wiele gorszego.

Kiedy rano podłączono mi kroplówkę z oxytocyną, zaczął się horror. Takiego bólu nie przeżyłam dotąd jeszcze nigdy. Zdumiała mnie szybkość, z jaką działała oxytocyna. Czytałam kiedyś, że sprawia ona, iż bóle stają się częstsze i silniejsze, ale ja po pół godzinie miałam wrażenie, że rozrywają mnie na strzępy. Dobrze, że ok. 9:00 przyszła do mnie moja przyjaciółka, Ilonka, pielęgniarka z ortopedii w tym samym szpitalu, która wspierała mnie i podtrzymywała na duchu do końca. Mimo, że nie był to poród rodzinny dzięki Bogu pozwolono jej zostać ze mną. Nie wiem, jakbym dała sobie radę bez niej.

Ok. 10:00 miałam już 5 cm rozwarcia. Położna zaaplikowała mi masaż szyjki -  co sprawiło mi ból nie podobny do niczego, co kiedykolwiek wcześniej czułam (łącznie ze "zwykłym" bólem porodowym). Zniosłam to dzielnie, a masaż dał efekt w postaci rozwarcia na 7 cm. Wciąż chodziłam, kucałam w czasie kolejnego bólu. Ilonka opowiadała mi o różnych pierdołach, żeby odwrócić moją uwagę od niewyobrażalnego bólu. Ok. 12:00 położna powtórzyła masaż  i tym razem nie byłam w stanie powstrzymać się od dzikiego krzyku. Cały wszechświat wypełniło cierpienie. Być może histeryzuję, ale ten masaż był najbardziej traumatycznym doświadczeniem z całego okresu porodu. Ale dał dalszy cm rozwarcia.

Ok. 12:30 opanowała mnie niepowstrzymana chęć parcia. Nie wiedziałam co to jest, ciągle chodziłam wokół łóżka porodowego. Powiedziałam o tym położnej, a ona kazała mi się położyć i zbadała rozwarcie. Usłyszałam: "Dziewczyno, jest dziesięć centymetrów! Zaczynamy!". Byłam w szoku. Bóle parte były o wiele mniej bolesne niż bóle pierwszej fazy. Druga położna wezwała lekarzy. "Doktorze, zaczęło się" Otoczyło mnie dwóch ginekologów-położników (w tym mój nieoceniony i wspaniały dr Dereń), neonatolog, dwie położne i moja kochana Ilonka. Czułam się, jak podczas sekcji zwłok ze mną w roli głównej. Kazano mi przeć z całych sił. Więc parłam. Ale coś było nie tak. Doktorowie co chwilę zlecali mi zmianę pozycji na boczną, potem na plecy i przeć z całych sił. Znalazłam się w jakimś dziwnym stanie zawieszenia, nic nie widziałam, niczego nie czułam poza przemożną chęcią parcia. Słyszałam tylko wymianę zdań personelu i lekarzy. "To chyba jeszcze nie to. Poczekamy." A po chwili - "Widzę główkę, ma jasne włoski... Cofa się. Proszę przeć! Teraz mocniej. Teraz nie. Widzę go... Znów się cofnął..." Nie wiem ile czasu to trwało.

Oprzytomniałam, słysząc zdanie wypowiedziane przez jednego z lekarzy:"Ta pani nie urodzi, przygotować salę operacyjną..." Mój doktor poinformował mnie, że konieczne jest cięcie. Coś tam tłumaczył, ale ja nie słyszałam. Uczepiłam się tej wieści jak ostatniej deski ratunku i nadziei, że moje cierpienie i ten ból wkrótce się skończą. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Jak w pół śnie śledziłam gorączkową krzątaninę personelu. Odłączono oxytocynę, podłączono coś innego (jak się potem zorientowałam - fenerol i isotopin na powstrzymanie skurczy). Biegiem przewieziono na pobliską salę operacyjną. Dano do podpisania zgodę na cięcie. Przedstawiono mi anestezjologa, który uprzejmie wyjaśnił mi, co będzie robił. Poinformował, że będę znieczulona ogólnie. Wkrótce po nałożeniu maski odpłynęłam. Ból się skończył...

Obudziłam się jeszcze na stole operacyjnym. Uśmiechem przywitał mnie jakiś starszy przystojny pan w kitlu i śmiesznym czepku... Acha... to był ów anestezjolog. Zza jego ramienia wystawała zatroskana ale serdeczna i jak zawsze uśmiechnięta twarz mojego doktora. "Ma pani zdrowego silnego synka"- Usłyszałam. Jedyne co byłam w stanie wydusić z siebie to proste "Dziękuję".

Jakuba zobaczyłam po raz pierwszy dopiero kilka godzin później. Przyznam się, że nie uwierzyłam mojemu doktorowi, dopóki nie zobaczyłam go na własne oczy. Poród naturalny pozostawił we mnie odczucie niewyobrażalnej traumy. Przez całą ciążę byłam nastawiona psychicznie na ten właśnie sposób wydania mojego dziecka na świat. Zawsze bałam się wszelakich operacji, zwłaszcza wymagających ogólnego znieczulenia. Ale teraz jestem wdzięczna doktorom asystującym przy moim porodzie za szybką decyzję o ukończeniu porodu drogą cesarskiego cięcia. Gdyby tylko można było takie rzeczy przewidzieć...

Tak więc miałam poród "dwa w jednym" i mam porównanie. Szczęście w nieszczęściu, że dodatkowo nie nacięto mi krocza. Wtedy miała bym już zapewniony komplet atrakcji porodowych :-) Cieszę się, że los chciał, aby wszystko wydarzyło się w dniu, kiedy mój doktor miał akurat dobowy dyżur i że razem z nim na dniówce był drugi, równie wspaniały doktor Jastrzębski (z-ca ordynatora oddziału). Przyznam się, że nie wiedziałam, czego po nich oczekiwać. Byłam przecież jedną pacjentką z wielu. Obaj zachowali się naprawdę wspaniale i odpowiedzialnie, przez cały czas odnosili się do mnie z niezwykłą troską i szacunkiem (także później, kiedy leżałam już na sali położnic). W ciąży tyle naczytałam się o bezduszności personelu szpitalnego, że miałam na tym punkcie obsesję. A tymczasem zarówno lekarze, jak i położne i pielęgniarki, którzy opiekowali się mną i moim dzieckiem przez cały okres pobytu w szpitalu - zasłużyli sobie na moją dozgonną wdzięczność i podziw.

Dziś, trzy tygodnie po moim pierwszym  w życiu porodzie - nie pamiętam już tamtego bólu i przerażenia. Pamiętam troskliwe uśmiechy" moich doktorów", ich zainteresowanie i zaangażowanie. Życzę wszystkim tak kompetentnego i wspaniałego personelu, bo wiem, że w wielu szpitalach także w dużych miejscowościach takowego brakuje.

Atruviell

reklama