reklama
Wspomnienia - Narodziny Kasi w wodzie

Wspomnienia - Narodziny Kasi w wodzie

Dzisiaj Kasia ma 30 dni. Patrzę na nią i zdaję sobie sprawę, że jestem szczęściarą. A pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu...

Całą ciążę bałam się o zdrowie tej małej istotki, która powoli rozwijała się we mnie. O porodzie zaczęłam myśleć dopiero w grudniu (ósmy miesiąc ciąży), gdy okazało się, że szpital w mojej rodzinnej miejscowości ma być rozwiązany (wspaniała reforma służby zdrowia) i w tej sytuacji nie mam gdzie urodzić. Z pomocą przyszedł mój ginekolog, polecając nam porodówkę w Sulechowie. Wspólnie z mężem wybraliśmy się, aby obejrzeć oddział. Wcześniej ustaliliśmy, że nasza córeczka urodzi się w wodzie. To, co tam ujrzeliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Czysty, świeżo wyremontowany oddział, gdzie wyczuwało się domową atmosferę. Jedna z pań położnych oprowadziła nas po wszystkich salach, łącznie z tą, która interesowała nas najbardziej - salą do porodów w wodzie. Wchodziłam tam z drżeniem serca. Powoli zdawałam sobie sprawę, że to już niedługo. Wtedy dopiero zaczęłam zastanawiać się  nad tym, co mnie czeka.

Bałam się bardzo. Bałam się bólu i tego, że nie dam rady. Bałam się kompromitacji w oczach męża i personelu medycznego. Wszystkie te myśli kłębiły się w mojej głowie i nie pozwalały skoncentrować się na niczym innym. Jednak życie toczyło się dalej, do chwili gdy pojawiły się te dziwne skurcze. Mąż wykonał dwa krótkie telefony i zapadła decyzja: jedziemy do szpitala. Całą drogę (ok. 75 km) byłam spięta. Nie wiedziałam, co mnie spotka tam na miejscu. Z jednej strony byłam wystraszona (ten ból!), a z drugiej - nie mogłam doczekać się chwili, w której wezmę tą małą dziewczynkę na ręce. W szpitalu podłączono mnie pod aparat monitorujący skurcze macicy i tętno płodu (KTG). Wynik wskazywał na to, że niedługo urodzę. Sympatyczna pani położna poprosiła, bym dużo chodziła. Wydawało mi się, że przemierzyliśmy dziesiątki kilometrów tego korytarza. Czułam się dobrze, ale stał się rzecz, której nikt się nie spodziewał - skurcze ustały. Znowu podłączono mnie pod specjalistyczną aparaturę. Tym razem nie wykazała nic. Do dzisiaj pamiętam słowa pana doktora: "Nic się nie dzieje. To były skurcze przepowiadające. Jutro możecie wracać do domu". Poczułam się rozczarowana. Jak mogło mnie oszukać moje własne ciało. To była najgorsza noc w moim życiu - niewygodne szpitalne łóżko, bezsenność i mąż drzemiący w fotelu. Rano wsiedliśmy w samochód i wróciliśmy do domu. Znowu zaczęło się czekanie na jakiś sygnał. Bałam się, że może się to zdarzyć w święta lub Sylwestra. Było jednak spokojnie.

Zbliżał się mój termin. W końcu nastała środa, drugiego stycznia. Byłam bardzo podekscytowana. Jednak nic się nie wydarzyło. Wieczorem wykąpałam się, dokończyłam pakowanie torby z rzeczami do szpitala. Położyłam się spać. Około godziny trzeciej w nocy obudził mnie dziwny ból. Było to dla mnie nowe uczucie, gdyż nigdy wcześniej tak się nie czułam. Obróciłam się na drugi bok, zasnęłam. Po chwili znowu to samo - ten sam rodzaj bólu. Wstałam, wzięłam zegarek i stwierdziłam, że powtarza się on średnio co 15 min. Nie wiem jak to się stało, ale za chwilę wstał mój mąż i już za pół godziny siedzieliśmy w samochodzie  i pędziliśmy do szpitala. O 5.30 byliśmy na miejscu. Po wnikliwych badaniach ten sam pan doktor, który nas wtedy odesłał stwierdził, że do godziny 12.00 powinnam urodzić Wtedy pojawił się strach. Chciałam, żeby to się jak najszybciej skończyło. Skurcze zaczęły się nasilać. Początkowo pomagała piłka rehabilitacyjna. Później nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wreszcie nastał czas, gdy weszliśmy na naszą salę porodową. Pani położna przygotowywała wannę, a ja w duchu przeklinałam ją, że robi to tak powoli. dopiero potem dowiedziałam się, że  pierwszy raz do wanny można wejść przy rozwarciu ok. 5 cm. Czas dłużył się niesłychanie. Ból stawał się coraz silniejszy. Skurcze zaczęły występować już co 5 min. W końcu przyszedł ordynator oddziału i zezwolił na pierwsze wejście do wanny. To był relaks dla duszy i ulga dla ciała. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z kojących właściwości ciepłej wody.

Mimo, że skurcze występowały coraz częściej, ból im towarzyszący nie był tak silny, jak chwilę wcześniej. Pół godziny minęło bardzo szybko. Trzeba było wyjść z wanny i następne 30 minut spędzić "na lądzie". Teraz ból był silniejszy. Wydawało mi się, że nie dam rady, że nie podołam temu zadaniu. Miałam ochotę uciec jak najdalej. Nie potrafiłam się opanować. Nie pomagały rady położnej, ani głębokie oddychanie. Czekałam jak na zbawienie na kolejne minuty w wannie. Po badaniu lekarz stwierdził, że powinnam urodzić podczas trzeciego wejścia do wanny. W myślach policzyłam: 30 min. w wannie, potem 30 min. poza nią - to razem 60 min; potem kolejne 30 min. w wannie i poród. Razem to jednak 90 minut. Przeraziłam się. To miało trwać jeszcze tak długo! Teraz pojawił się strach o dziecko: czy jeszcze wytrzyma tyle czasu?

Znowu ulga - kolejne minuty w wannie. Około godziny 10.55 pojawił się pierwszy ból party. Nie wiedziałam, że jest oznaka kolejnej fazy porodu. Powstrzymywałam się od parcia. Potem drugi - ja znowu,  nie mówiąc nic położnej powstrzymywałam się, aż w końcu przy trzecim nie wytrzymałam - powiedziałam, co czuję. Co dokładnie potem się działo - nie pamiętam. Wiem tylko, że było grono ludzi (mój mąż, położna, ginekolog, pediatra i dwie panie pielęgniarki), które dodawało mi otuchy. Lekarz przytrzymywał mnie, bym nie podnosiła się z wody, gdyż dziecko musi do niej wypłynąć. Kasia "wyskoczyła" bardzo szybko. Chwilę popływała sobie w wodzie, po czym została położona na mojej piersi. To, co wtedy się czuje jest nie do opisania. Taka mała bezbronna istotka!

Szczęśliwy tatuś odciął pępowinę i nasza córeczka powędrowała w ręce pielęgniarki i pediatry. Za chwilę usłyszeliśmy najważniejszą wiadomość, na którą czekaliśmy tyle miesięcy: zdrowa dziewczynka, 10 punktów Apgar, 3730 g, 58 cm.

 

Dzisiaj, gdy ktoś się mnie pyta, jak było, odpowiadam - super. Wszystkim kobietom polecam taki rodzaj porodu (szczególnie tym, które rodzą pierwsze dziecko i tym, które boją się bólu). W przyszłości chcemy mieć jeszcze jedno dziecko. Też wydarzy się to w immersji wodnej.

Agata
(kontakt z autorka artykułu możliwy za pośrednictwem redakcji)

Dziękuję Mojemu Mężowi za wsparcie w tych trudnych chwilach oraz personelowi medycznemu Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Sulechowie, za wspaniałą opiekę i fachową pomoc.

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,73 z 5. Głosów: 26
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama