reklama
Książka dla taty czyli Stephen Giles: „Jestem tatą, czyli od pieluszkowego bałaganu do szczęścia – sztuka bycia wspaniałym tatą ”

Książka dla taty czyli Stephen Giles: „Jestem tatą, czyli od pieluszkowego bałaganu do szczęścia – sztuka bycia wspaniałym tatą ”

Podtytuł książki Stephena Gilesa „Od pieluszkowego bałaganu do szczęścia – sztuka bycia wspaniałym tatą” trochę mnie zniechęcił i uprzedził do autora, brzmi bowiem nieco arogancko; tak jakby autor był pewien, że tę sztukę opanował i gotów jest nas pouczyć. Dalej na szczęście jest już dużo lepiej.

Książka nie jest tak naprawdę poradnikiem, chociaż autor stara się ją jako taki przedstawić, pewnie z powodów marketingowych; nie ma też przemyślanej struktury, wbrew temu, co pisze we wstępie. Jest natomiast, i to jej wielka zaleta, intymnym dziennikiem mężczyzny, który właśnie stał się ojcem i ma mocne postanowienie spisać się w tej roli jak najlepiej. Jest więc chaotyczna, miejscami bardzo zabawna, miejscami rzewna, miejscami na granicy paniki, słowem taka, jakie jest życie debiutującego rodzica.

Na tym właśnie polega największa zaleta tej książki – pokazuje codzienne zmagania świeżo upieczonego ojca, który jest niewyspany, zmęczony, przerażony, sfrustrowany, zagubiony i co tam jeszcze, a jednak nie traci zdrowego rozsądku, poczucia humoru i, co najważniejsze, nie „odpuszcza sobie”. Cały czas stara się wspierać swoją żonę i być dobrym ojcem dla swojego synka. My czytelnicy widzimy to wszystko z jego perspektywy (narracja, jak to w dzienniku, prowadzona jest w pierwszej osobie), a zatem łatwo jest nam się z nim utożsamiać i poniekąd mu kibicować. Autor jest fanem piłki nożnej, więc ta futbolowa metafora jest chyba usprawiedliwiona.

Czytałam tę książeczkę z dużym rozrzewnieniem, ponieważ sama jestem mamą, obecnie prawie rocznej córeczki, i świeżo mam jeszcze w pamięci jak to było (i nadal jeszcze w dużej mierze jest). Najbardziej rozbawił mnie opis pierwszego wyjścia z domu z tygodniowym bodajże dzieckiem, właśnie dlatego, że u nas było dokładnie tak samo – nakarmiliśmy, przewinęliśmy i ubraliśmy maleństwo, ale zanim zdołaliśmy się uporać z pakowaniem jedzenia, pieluszek, ubranek, ładowaniem wszystkiego do samochodu itd. minęło tyle czasu, że całą procedurę (tj. rozebranie, nakarmienie, przewinięcie i ponowne ubranie) trzeba było zacząć od nowa. My też wyszliśmy z domu jakieś dwie godziny po planowanym czasie. Takich momentów, kiedy w autorze rozpoznawałam mojego męża, a w Lindsay siebie, było wiele. Tak wiele, że aż zaczęłam żałować, że nie pisałam dziennika; cóż to byłaby za frajda przeczytać go sobie za 10 czy 20 lat!

Miejscami jednak nasze doświadczenia były bardzo różne – z reguły wtedy, gdy w grę wchodziły tzw. czynniki zewnętrzne. Autor bardzo się zżyma na sztywne i zasadnicze położne, które zbyt często i zbyt nachalnie odwiedzają jego dom i wdzierają się w jego sferę prywatną z radami i pomocą. „Mój Boże” chciałoby się westchnąć! – wiele bym dała za taką ingerencję w pierwszych tygodniach, kiedy wszystko było takie trudne i przerażające. Ja sama biegałam co chwilę do przychodni z listą pytań, co wzbudzało skrywaną uprzejmie acz nieskutecznie irytację pań położnych, pediatry może nieco mniejszą. Nie mogłam też nie czuć zazdrości czytając o tym, jak swobodnie i niezależnie młodzi rodzice rozważają kwestię kontynuacji lub zawieszenia na jakiś czas pracy zawodowej (i to obojga!). W naszym kraju to niestety niemożliwe – po pierwsze mało która rodzina może się utrzymać z jednej pensji, a po drugie wyłączenie kobiety na kilka lat z pracy zawodowej oznacza duże kłopoty przy powrocie. A może się mylę, może to tylko kwestia odwagi i determinacji?

Zdecydowanie polecam tę książkę ojcom „oczekującym” – jest zabawna, pisana z dużym poczuciem humoru i dystansem, ale też kładzie kawę na ławę i jednak w pewien sposób przygotowuje na to, co ich czeka, kiedy urodzi się dziecko. Jeszcze raz chciałabym podkreślić to, o czym już pisałam na początku. Najfajniejsze w tej książce jest to, że ten facet chce być prawdziwym tatą dla swojego synka, a to niestety nie jest łatwa rzecz i nie da się tego załatwić w weekendy. Tatą się człowiek staje dzień po dniu, przewijając, karmiąc, zabawiając, huśtając, pocieszając itd. Tak samo człowiek staje się mamą, ale kobiety częściej mają tego świadomość, kiedy decydują się na dziecko.

Na koniec jedna rzecz, która mnie irytowała przy lekturze – przekład. Tłumaczka podeszła zdecydowanie zbyt nabożnie do tekstu oryginalnego i efekt jest wysilony i nienaturalny, przesycony niepotrzebnymi w naszym języku zaimkami i kalkami z angielskiego. Zaś w oryginale, jak się wydaje, była wartka, skrząca się dowcipem i inteligencją narracja. Przekład zdecydowanie do poprawy. Jeśli się jednak czytelnik wzniesie ponad to, przyjemność z lektury gwarantowana! (Doświadczeni rodzice też mogą odczuwać niemałą satysfakcję czytając tę książkę – „ach, jak to dobrze, że nasze dzieci już odchowane; niech się inni teraz męczą”).

Alicja Półtorak

www.bosonoga.pl

reklama