Zobacz RSS

slodziutka_e

Poronienie

Oceń ten wpis
autor(ka): , data: 17-06-2008 o 16:53 (3971 Odwiedzin)
Trudno o tym pisać, bardzo trudno lecz może ta wylewność, podzielenie się swoją historią pomoże przełamać strach i obudzi nadzieję na lepsze jutro? Zobaczymy.Pisałam że żyliśmy długo i szczęśliwie do stycznia tego roku,wtedy to podjeliśmy decyzję o powiększeniu rodziny. Choć już wcześniej nie raz myśleliśmy o tej decyzji to zawsze jeszcze była nie pora,bo albo nie było ślubu,własnego M,pieniędzy,odpoczynku-wiecznie było jakieś ale..choć tak naprawdę pragneliśmy już cieszyć się naszym potomkiem. Ale decyzja zapadła..W grudniu wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem zapalenia przydatków co okazało się fałyszywm rozpoznaniem-byłam wtedy na"plasterkach"i po wyjściu ze szpitala jeszcze przez miesiąc musiałam stosować antykoncepcję,która tak naprawdę tylko regulowała mi hormony ale nie dawała już zabezpieczenia przed ciąża bo nie była stosowana wg. instrukcji.Z naszą ginką uzgodniliśmy że nie musimy stosować żadnego dodatkowego zabezpieczenia.Spytaliśmy się ginki czy na plasterkach jest bezpieczne np. zajście w ciąże?Ona coś obliczyła i mówiła że nawet gdyby udało nam się tak szybko zajść będzie wszystko wporządku.Więc kochaliśmy się z meżem na "żywca"i było cudownie choć naprawde o dzidzi jeszcze nie myśleliśmy.W styczniu miałam jeszcze okres wywołany plasterkami (faktycznie z upływem czasu wydaje mi się skromniejszy..)ale był okres..więc w ciąży nawet nie podejrzewałam że jestem.Gdy zaczął się spóźniać 2 @,zrzuciłam to na pierwszą @ po plasterkach,że mógł mi się cykl rozregulować itp. choć piersi mi się zrobiły drażliwe,większe,byłam senna jak nigdy dotąd(a że to był luty więc zganiałam na wiosenno-zimowe przesilenie)brzuszek wydawał się bardziej twardszy i taki inny..zrobiłam test w dniu spodziewanej @ wyszedł negatywny(choć nie z porannego moczu a że ze mnie chleptok więc mogłam mieć bardzo rozcieńczony mocz)ale zgoniłam znów że jakbym miała być w ciązy to by napewno coś wykazał.Czekałam i czekałam aż w końcu po tygodniu powiedziałam(czułam już że jestem w ciąży ale tamten test mnie bardzo zmylił)mężowi by On już kupił test. Zrobiłam też z wieczornego moczu i ukazały się moim oczom dwie grubaśne czerwone krechy ku mojemu wielkiemu szczęściu!!!Wyleciałam z ubikacji,o mały włos drzwi z futryny nie wyrwałam i fruuu do męża w objęcia.. nie musiałam nic mówić.. chłopina się prawie wywrócił ale szalał ze mną z radości.Nie wierzyliśmy we własne szczęście.Nie czekaliśmy długo.Zadzwoniłam do mojej ginki-nie odebrała.Więc poszłam do pierwszego lepszego gabinetu(było już późno bo ok 20)by potwierdzić wynik.Zrobił ginekolog USG na którym jeszcze nic nie było widać niestety,ale powiedział że jeśli chcemy mieć pewność to zrobić na szpitalu test z krwi.Więc szybciutko do szpitala i robimy teścior..pani mówi że jutro będą wyniki a my na to czy nie da się dzisiaj?Ona oki ale za 2h a my że zaczekamy i ślęczeliśmy na ławeczce przed laboratorium... pani to widziała i okazało się że wyniki były po 40 minutach...NASZEMU SZCZĘŚCIU NIE BYŁO KOŃCA gdy otrzymaliśmy potwierdzenie naszego wyniku!!! BYŁAM W CIĄŻY!!!! Byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem baaaa na całej galaktyce-kupiliśmy flaszkę wódki dla mnie soczek pojechaliśmy z późną wizytą do rodziców by podzielić się NASZYM szczęściem. Wszyscy byli wniebowzięci-gratulacjom nie było końca.Siostrzeniec pokazywał na brzuszek cioci (mój) i całował Go mówiąc że tam ciocia ma dzidziusia małego (siostrzeniec z siostrą i mężem mieszkają z moimi rodzicami).. uffff ależ to był wieczór.
Następnego dnia moja druga siostra i szwagier nie posiadali się ze szczęścia że grono dzieci w naszej rodzinie się powiększy.. (mają 2 letnią córeczkę) potem najbliżsi znajomi, rodzina Wiesia itd...
A tu trach.... pewien normalny roboczy dzień.. jesteśmy na mieście płacić rachunki.. chodzimy po sklepach szukamy spodnia dla meża.. oglądamy pewne spodnie, a ja czuję że krwawię.. mówię o tym mężowi.. udajemy się do przymierzalni zobaczyć czy przypadkiem się nie mylę..ale jednak niestety... jest krew..Pełna płaczu i żalu i strachu nie wiem jakim sposobem znalazłam się w domu, wiem że szybko poszłam pod prysznic, ubrałam się dzwoniłam do swojej ginki i ona powiedziała że najlepiej będzie jak podjadę na szpital tam się wszystkiego dowiem. Tak też zrobiliśmy z mężem. W szpitalu odrazu USG .... po raz pierwszy zobaczyłam nasze maleństwo na ekranie monitora... nie mogłam powstrzymać łez.. pani z-ca ordynatora potwierdziła ciążę 7 tyg i zrobiła wydruk zdjęcia i przyjęła na oddział... gdy wróciliśmy do męża pokazałam mu zdjęcie ten sie rozpłakał i chciał zabrać zdjęcie do domu by się pochwalić..ale nie mogliśmy niestety zabrać tego zdjęcia..
potem kroplówki..zastrzyki... odwiedziny rodziny i pocieszanie że wszystko będzie OK. Spotkałam się z dziewczyną która przez 3 tyg krwawiła czystą krwią i urodziła zdrowego chłopczyka który ma 3 latka.. wszystko miało być OK ale ja czułam niepokój.. była u mnie siostra ze szwagrem i mała Natalcią gdy przyszły pierwsze wyniki bthcg były super!! Wskazywało że wszystko będzie dobrze. Sama pani ordynator wzięła mojego męża na rozmowę że różne przypadki miała za tyle lat pracy, że matka natura wie co robi itp. była pełna optymizmu.. ale ja nie.. cały czas krwawiłam..każde moje kaszlnięcie, każde przekręcenie na bok powodowało że mocniej krwawiłam. Bałam się..ogromnie się bałam....gdy rodzina już poszła...zostałam sama.. męza wygoniłam do domu... leżałam i czułam że krwawię...że nic lepiej nie jest.. było ok 22..zmieniłam liglinę bo poczułam że wylało się ze mnie sporo... i wtedy..zobaczyłam to czego najbardziej bałam się zobaczyć.. dzidziuś ze mnie wyszedł.. założyłam liglinę (podpasek nie można bo wtedy nie widać jakie duże jest krwawienie) i poszłam do położnych... One wiedziały też że mam rację że dzidziuś ze mnie wyszedł... chciały mi dać coś na uspokojenie (przecież w ciąży nie można???prawda??) nie przyjełam..ale wtedy wiedziałam że już nie mam skarbka w sobie..płacz...rozpacz...nie wiem jak mam nazwać to co przeżyłam... kazali mi być już na czczo..wtedy nie wiedziałam po co... była to moja pierwsza ciąża, pierwsze poronienie.. mogli mnie zwodzić i właśnie to robili... na obchodzie była już moja ginka ...przyszła do mnie porozmawiała a po obchodzie wzięła na USG-
KOSZMAR to co zoabczyłam na monitorze USG a raczej tego co nie zobaczyłam,mówiła coś że pani Edytko słyszałam że w nocy pani bardziej przykrwawiła..i jest tego efekt...tutaj już nie ma nic..!!!"tutaj już nie ma nic" - słowa wyrok... coś jeszcze do mnie mówiła...nie wiem co...chyba chciała mnie pocieszyć.. coś że młoda jestem, że natrua wie co robi... i że będe miała zabieg...ale do mnie to wszystko dochodziła jak za szybą...
Gdy wyszłam z gabinetu USG mąż na mnie czekał i padłam mu w ramiona pełna żalu, rozpaczy, całkowicie załamana... On po raz pierwszy w życiu nie wiedział co zrobić (dziś już wiem jak On bardzo TO przeżył, nie mniej jak ja...ale wtedy nie wiedziałam)tulił mnie a ja go wyganiałam...mówiłam żeby zabrał mnie stąd bo chcą mnie skrzywdzić,paplałam trzy po trzy,to był horror!Gdy nie chciał abym uciekła(zaraz były drzwi i chciałam uciec ze szpitala)wygoniłam go,kazałam mu iść a ja grzecznie poszłam do sali i czekałam na zabieg jak na kata który ma mi odciąć głowę.Przyszłam na salę..do łóżka i tylko płacz,płacz,płacz,płacz i jeszcze raz płacz...wiem tylko tyle że napisałam mamie eska że nie ma już dzidzi i że nie chcę aby do mnie ktokolwiek przychodził,wyłaczyłam komórkę bo nie chciałam telefonów,sms-ów ale wiem że przyszła zaraz do mnie moja mama i siostra(mieszkają blisko szpitala)Mówiły o mężu czemu Go wygoniłam, że On też to przeżywa, że też rozpacza, że też płacze i że to było NASZE dziecko a nie tylko moje..ja byłam obrażona na cały świat.. nic mnie nie obchodziło co inni myślą coś tam na wymyślałam siostrze i mamie że nigdy nie chcę mieć dzieci że po co mi to cierpienie, po co to wszystko a potem usłyszałam jak położna mnie wzywa,szybko wstałam jak na musztrę,dostałam buziaka od mamy..(ja chyba byłam w jakimś transie) i poszłam na zabieg.Pani położna zagadywała mnie o honorowego dawcę krwi bo nim jestem i tak paplała a do mnie nic nie docierało (był tylko jeden zabieg tego dnia) więc musiała mnie czymś zająć do momentu przyjścia pani anestezjolog... byłam zła że nie pyta się o startę tylko o jakąs książeczkę HDK...masakra, potem przyszła jakaś babka pytała o wiele spraw..potem pocieszała..leżałam już na fotelu pół naga..i dygotałam z zimna..i słyszałam swoje tętno bo mi mierzyli..i cały czas przyspieszało...mówiłam sobie nie pokazuj IM że jesteś zdenerwowana...uspokój się..i wtedy tętno wracało do normy i tak na zmianę..potem pani anestazjolog pytała się która to ciąża.... i że lepiej się tak stało...że może bym urodziła chore dziecko...takie jak ONA ma... że czasami myśli że może lepiej byłoby gdyby poroniła tak jak ja...(bo teraz ma bardzo chorego synka)..potem usnęłam i jak się obudziłam....pozwolili mi się ubrać i zawieźli na salę...tam czekała mama, siostra i mąż..ja obrażona dalej na cały świat coś tam pokrzyczłam ale nie wiem naprawdę co...popłakałam...i starałam się usnąć..wiem że udawałam że spię byleby poszli wszyscy ode mnie...tak się też stało..potem po 2 h od łyżeczkowania wstałam i chciałam wyjść na własne żadanie ze szpitala..wszyscy stanowczo mi zabraniali ...ale ja to miałam..w d***ie ale po namowie mojej ginki zostałam do nastęonego dnia by dali mi zastrzyk z immuglabiną bo mam grupę krwi Rh- ..więc tylko to mnie przytrzymało..a że z Krakowa przyjść musiała więc czekałam do 12 dnia następnego już ubrana w ciuchy do domu na zastrzyk... Mąż był cały czas przy mnie...długo rozmawialiśmy..płakaliśmy razem by wkońcu razem udać się do naszego gniazdka ze zranioną duszą i z obolałym ciałem...
To co przezyliśmy-było piekłem..ale wiem że nie tylko ja takie coś przechodze...Szybko po starcie potrzebowałam pocieszenia,pobuszowałam w sieci i trafiłam na BB, tutaj dziewczyny bardzo mi pomogły i chwała IM za to. Powoli dochodziliśmy do siebie po to by znów znaleźć się w piekle...
Kategorie
Bez kategorii

Komentarze

  1. Avatar Miroslava1979
    Edytko, musimy wierzyć, że i na nas czeka gdzieś malutka fasolka... będzie dobrze, musi być!
  2. Avatar mała160
    Az sie poryczałam ale jeszcze bedzie dobrze musimy w to mocno wierzyc
  3. Avatar marlena78
    czytam i łez nie moge opanowac zobaczysz ze słoneczko jeszcze zaświeci
  4. Avatar Shyla
    ja mialam podobnie :(
    Tyle ze bez lyzeczkowania wiem przez co przeszlas trzymaj sie ;)
  5. Avatar kinguś
    Czytając Twoją historię popłakałam się...
    Jestem pewna, że już wkrótce będziesz miała swoje maleństwo.
  6. Avatar bajorekaga
    Napewno doczekacie się slicznego i zdrowego maleństwa, nie moe powstrzymać łez, ale wierze ze bedzie dobrze . Musi być!
  7. Avatar krystynka88
    Czytam i nie czytam... bo przez łzy nie widzę nic... Nie wiem co mogę Ci napisac... Współczuję Wam bardzo... z całego serduszka i wierzę, że kiedyś napiszesz tutaj ... muszę uciekać bo maluszek się obudził ...
  8. Avatar Danula
    Jak podobne są nasze losy....przytulam
  9. Avatar martusionek
    Poryczałam się nie wiem co te historie nasze są bardzo podobne...Ale musimy być silne i wierzyć tylko nie wiem z skąd brać tą sile...ściskam