reklama
Kosmetyki słoneczne czyli z nutą letniego optymizmu...

Kosmetyki słoneczne czyli z nutą letniego optymizmu...

Za oknem leje. Zimno. A redakcja właśnie zgłosiła zapotrzebowanie na artykuł o kosmetykach do opalania. Chyba pójdę na solarium, żeby się nastroić, bo aura taka bardziej jesienna… Albo - ku pokrzepieniu serca - rozpocznę od samoopalaczy.

Złota, hebanowa… zdrowa
Przede wszystkim gwarancją ładnego efektu jest przygotowanie ciała do zabiegu. Peeling powinnyśmy wykonać dzień wcześniej i wyjątkowo starannie, zwłaszcza na szorstkich łokciach, kostkach, piętach. Miejsca szorstkie dobrze jest tez dodatkowo nakremować (mocniej się zabarwiają). Aby uniknąć przykrych niespodzianek w postaci plam, najlepiej najpierw rozprowadzić na skórze łatwo wchłaniający się balsam do ciała a dopiero potem samoopalacz. Niektóre panie mieszają samoopalacze z balsamem, ale ja tego nie wypróbowałam, (kto wie, co może się stać z taką mieszanką firmową??). Samoopalacz rozprowadzamy na dłoniach niewielkimi porcjami i smarujemy ciało pionowymi ruchami. Najłatwiej nakłada się kosmetyki barwione – widać wtedy gdzie je już położyłyśmy. Jeśli mimo wszystko pojawią się plamki, te na twarzy rozjaśnimy wacikiem nasączonym sokiem z cytryny a na ciele peelingiem gruboziarnistym. Ręce po naniesieniu samoopalacza trzeba jak najszybciej dokładnie umyć i wacikiem nanieść kosmetyk na wierzchy dłoni.

Nie sugerujmy się kolorem opalenizny, jaką uzyskała koleżanka, na każdej skórze będzie dawał nieco inny efekt (różnica ph). Najbezpieczniej jest sprawdzić odcień nakładając preparat na jakiś niewidoczny fragment skóry i przekonać się, czy ten kolor będzie nam odpowiadał.

Stosując samoopalacz na twarz nie zapomnijmy o uszach i powiekach, aby buzia wyglądała naturalnie trochę preparatu trzeba nałożyć na szyję i dekolt. Opalenizna będzie dłużej się trzymała, jeśli wcześniej przetrzemy twarz tonikiem (samoopalacz daje ładniejszy odcień przy kwaśnym ph).Jeśli planujemy wyjście na plażę, najlepiej jest użyć samoopalacza z filtrem, musimy jednak pamiętać, że nie będzie to długotrwała ochrona i po 2-3 godzinach powinnyśmy nałożyć krem do opalania. Samo regularne nakładanie samoopalacza również wpłynie pozytywnie na trwałość i jakość opalenizny „plażowej” a i skóra będzie bardziej odporna na szkodliwe promieniowanie.

W tej chwili na rynku jest mnóstwo kosmetyków samoopalających w różnej formie – chusteczki, spraye, pianki, żele. Myślę, że na „mój pierwszy raz” powinnyśmy wybrać jak najlżejszą konsystencję, o jak najdelikatniejszym efekcie. Łatwiej jest bowiem stopniowo zmieniać koloryt skóry niż „strzaskać się” na mahoń i spędzić parę dni w ciemnym pokoju czekając aż przestaniemy wyglądać jak efekt pracy szalonego artysty. Bardzo wygodne są preparaty w sprayu, większość z nich można nakładać pod każdym kątem, co ułatwia samodzielne „opracowanie” całego ciała.

Brak słońca nie jest już nam straszny, a żeby jeszcze bardziej pocieszyć: przeczytałam ostatnio nowinkę, ze lekarze z Arizony opracowali syntetyczny hormon – melanotan. Lek, który będzie go zawierał, sprawi, ze nawet skóra blondynek od razu stanie się hebanowa!!!! Super, prawda? Na razie jednak możemy jedynie używać aktywatorów i łykać kapsułki zawierające min. beta-karoten, które wzmacniają skórę i przyśpieszają opaleniznę.

Stało się słońce…
Kupując kremy ochronne musimy pamiętać, żeby zawierały filtry UVB (chemiczne) i UVA(mineralne). Najniższy filtr, który SKUTECZNIE chroni nieopaloną skórę to SPF15. Inne wkładamy na razie do szafki. Gdy skóra czerwienieje już po pierwszych15 minutach ekspozycji słonecznej, musimy zastosować filtr 45-50. Nie ważne czy mamy ciemną, czy jasną karnację, może to być początek wysypki słonecznej (osutki) i lepiej intensywniej ochronić skórę. Gdy bierzemy tabletki antykoncepcyjne lub jesteśmy w trakcie innej kuracji hormonalnej, powinnyśmy wybrać jak największy filtr – np. SPF60. Nie bójmy się, że nie”złapiemy” opalenizny. Opalimy się po prostu trochę wolniej, ale bezpieczniej, bez twarzy Indianina i łuszczącej się skóry. Należy też pamiętać, że kosmetyk przestanie działać po 2-3 godzinach i trzeba ponownie się posmarować. Jeśli należymy do klubu morsów i zdecydujemy się na kąpiel (lub mamy w perspektywie upojne wakacje na Kanarach) wybierajmy kosmetyki wodoodporne.

No właśnie, jak już wspomniałam o przysłowiowych Kanarach - pamiętajmy, że wybór wysokości filtra zależy też od miejsca w którym będziemy plażować, np. w górach stosujemy wyższe filtry, bo tam natężenie ultrafioletu jest bardzo duże, ta sama zasada dotyczy opalania się nad wodą (nawet na basenie), bo krople działają jak soczewka skupiająca promienie słoneczne. Gdy będziemy stopniowo brązowiały możemy zmniejszać wysokość filtra.

Jeśli mamy się opalać musimy też zrezygnować z makijażu. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jakie expresyjne efekty da mariaż słońca z np. naszym podkładem lub różem…Wody toaletowe i perfumowane też zostawiamy w domu (mogą powodować powstawanie plam). Najlepiej zaopatrzyć się w letnią wersję ulubionego zapachu (bez alkoholu) i bezalkoholowy dezodorant.

Dobrze, jeśli w szale pośpiesznego pakowania się na plaże (żeby słońce przypadkiem nie zgasło – normalnie ARMAGEDON!!) nie zapomniałyśmy o ochronie włosów. Kosmetyki słoneczne doskonale uchronią nasze fryzury przez wysuszeniem i spłowieniem. Mamy do wyboru mgiełki, olejki i spraye. Po powrocie do domu musimy włosy dokładnie umyć i nałożyć nawilżającą odzywkę.

Teraz jesteśmy przygotowane do wyjścia na plażę, zatem parasol w dłoń, kalosze na nogi i w drogę…

No, jakimś cudem udało nam się zażyć kąpieli słonecznej. Całe szczęśliwe siedzimy w domu patrząc na deszcz walący o szyby, (bo przecież słońce pojawiło się tylko na chwilę). Hołubiąc błogi nastrój zajmijmy się utrzymaniem tego, co uzyskałyśmy. Przede wszystkim, żeby skóra wyglądała promiennie, potrzebuje teraz dużej dawki nawilżenia. Najlepiej użyć kosmetyków po opalaniu. Mają skład specjalnie dobrany, tak by jak najefektywniej koić rozgrzaną skórę, nawilżać i utrwalać opaleniznę.

Jeśli wieczorem czeka nas „wyjście” możemy podkreślić kolor skóry balsamem opalizującym lub mleczkiem brązującym.

Stękam i stękam na te letnie prognozy bezsłoneczne, a właściwie chyba każdej z nas wyszłoby na zdrowie czynne spędzenie urlopu. Nie musimy przecież leżeć „martwym bykiem” na plaży. Niech pogoda będzie sobie jaka chce – my się nudy nie boimy (wszak ludzie inteligentni się nie nudzą). Najwyżej nasi mężowie będą trwać w szoku, że zamiast intymnej chwili „sam na sam z piwem” w plażowej knajpce, z wywieszonymi językami będą musieli dotrzymywać kroku swoim połowicom.

Życzę Wam zatem urlopowej Pogody Ducha!

Żużaczek (na razie zupełnie nieopalony)

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 5,00 z 5. Głosów: 1
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama