reklama

Kuferek naprawczy

-Kochanie! Potrzebuję toaletki!
-Ale przecież widzisz, że nie ma jej gdzie postawić. Jak się przeprowadzimy, kupię ci toaletkę - z blatem jak stąd do księżyca.

 


- Ja potrzebuje teraz! Nie mam gdzie trzymać moich kosmetyków!
- Myszko, to kupię ci jakiś kuferek, dobrze?
-Dobrze, ale duży!
Nazajutrz mój mąż z dumną miną postawił przede mną wielgachna skrzynię narzędziową – Proszę! Oznajmił.  – To twój kuferek naprawczy...

Nawet linijka w nim była...

Czas karnawału to chyba dobry moment na zabranie się za część artystyczną naszej urody. Niemal dla każdej z nas makijaż oznacza co innego. Od delikatnego muśnięcia pudrem do pieczołowitego landszaftu wykonywanego z pasją Rafaela (i tylko odrobinę krócej od mistrza renesansu). W każdym jednak wypadku najważniejsze, aby makijaż podkreślał to, co uważamy za piękne i maskował to, co chciałybyśmy ukryć. No i był dostosowany do sytuacji. Trzeba traktować go jak ubranie. Suknia koktajlowa, balowa, mała czarna czy gustowny żakiet? Brokat osypujący się z naszych rzęs na biurko szefa podczas rozmowy o podwyżce, niekoniecznie będzie atutem w dyskusji, (choć…hm… zależy od szefa)

Gruntujemy płótno malarskie
Nowoczesne podkłady oprócz niewątpliwych walorów dekoracyjnych zawierają rozliczne substancje wzbogacające. Chronią nas przed zmianami temperatury, nawilżają, pielęgnują i odmładzają.
Przy doborze właściwego fluidu ogólna zasada jest prosta: do cery suchej najlepsze będą podkłady lekkie (mocno kryjące osadzają się w drobnych zmarszczkach) i nawilżające a do tłustej i mieszanej – matujący i beztłuszczowy (kryjący). Podkłady rozświetlające i regenerujące przywrócą blask cerze zmęczonej i zszarzałej.

Aby podkład ładnie dopasował się do cery i przetrwał największe sztormy i wichury trzeba go umiejętnie „zaaplikować”. Najpierw nakładamy odpowiedni do swoich potrzeb kremik – bez tego podkład szybko zacznie zbierać się w naturalnych załamaniach skóry i w zmarszczkach. Kiedy kremik już się wchłonie możemy nałożyć korektor (o kolorach pisałam w jednym z wcześniejszych artykułów).

Podkład przed nałożeniem dobrze jest ogrzać w dłoniach. Nanosimy go punktowo i delikatnie wklepujemy opuszkami palców lub rozcieramy gąbeczką (przy cerze wrażliwej, polecam pierwszy sposób). Podkład nakładamy zawsze ruchem skierowanym na zewnątrz twarzy od środka i w dół, wtedy nie uwydatnimy porów i mieszków włosowych.

Wariantem dla zabieganych będzie podkład w kompakcie, czyli trzy w jednym – podkład, puder i korektor. Nie polecam go jednak posiadaczkom cery wrażliwej i suchej. Kompakt nakładamy zwilżona gąbeczką silikonową, wklepując go równomiernie. Nie wolno przeciągać gąbką po skórze – kosmetyk jest dość gęsty.

Kolor podkładu jest równie trudno dobrać, jak kreacje na wielki bal. Tym bardziej, że niektóre z nas ( w tym ja) mają wredną cerę, która powoduje trudne do przewidzenia utlenianie się kosmetyku i fluid, który początkowo wydawał się nam idealny, po godzinie robi się czerwony lub pomarańczowy. Super!

Przede wszystkim kupując podkład nie róbmy tego wieczorem! Sztuczne światło diametralnie zmienia kolorystykę. Nie sprawdzajmy też odcienia na dłoni – skóra na buzi ma zupełnie inną barwę. Fluidy powinnyśmy mieć dwa (tej samej firmy)– kupujmy je wtedy, kiedy jesteśmy najbardziej opalone i kiedy nasza buzia jest najbledsza. Na okresy przejściowe będziemy mogły mieszać dwa odcienie i uzyskać optymalny kolor. Nigdy nie używajmy podkładu do przyciemniania czy modelowania twarzy! Od tego są róże i pudry brązujące.

 

Puszek kłębuszek
Minęły już czasy baroku i buziulek gdzie pod warstwą pudru pchełki mogły zakładać małe metropolie. Jednak puder sypki pozostaje w dalszym ciągu jednym z naczelnych kosmetyków naszej toaletki. Umiejętnie użyty jest bardziej delikatny od kosmetyków w kamieniu i wręcz idealny do cery jasnej – wtedy używamy wariantu transparentnego. Możemy go kupić od razu w pędzlu, ja jednak polecam tradycyjny – z puszkiem okruszkiem. Na rynku dostępne są też perełki pudrowe w różnych odcieniach – od perłowej tęczy (przepięknie ożywi zmęczoną cerę, do złoto-brązujących).

 

Jeśli chcemy „opalić się” pudrem i wyglądać naturalnie, kosmetyk brązujący nakładajmy na bazę ze zwykłego pudru sypkiego, wtedy kolor rozprowadzi się bardziej równomiernie. Najpierw nakładamy go na skronie i kości policzkowe, nos, brodę i jeśli jest to potrzebne – na dekolt. Te partie skóry są najbardziej podatne na opaleniznę, stad kosmetyk będzie wyglądał na nich najbardziej naturalnie.

Pamiętajmy jeszcze o jednym. Jeśli mamy widoczne zmarszczki wokół oczu, nie nakładajmy na kości policzkowe kosmetyków ze świetlistymi drobinkami. Natomiast odrobina iskierek pod łukiem brwiowym pięknie uniesie opadające powieki.

Więc chodź, pomaluj mi świat….
To moja ulubiona cześć makijażu. Tutaj dopiero można wyżyć się artystycznie. Odpowiednio dobranymi kolorami można czynić cuda. Żeby jeszcze te cuda były w miarę trwałe, a nie rozwiewały się jak mgła poranna.  Ile razy przed wielkim balem śniłyśmy koszmary o cieniach zbierających się w schodkach powiek, o czarnych gąsienicach rzęs spływających na policzki kroplami kruszącego się tuszu…brrrr!

Co prawda żaden makijaż nie jest wieczny (chyba, że wytatuowany), ale prostymi środkami możemy pomóc mu przetrwać dłużej.

Przede wszystkim cienie do powiek trzeba nakładać oszczędnie – wtedy odrobinki kosmetyku nie będą gromadziły się w wałeczki. Uprzednio nakładamy specjalny podkład do powiek, można zaryzykować też zwykły podkład, pamiętajmy jednak, ze skóra w okolicy oczu jest bardzo cieniutka i osoby o wrażliwych spojówkach mogą zakończyć przygotowania do balu z kompresami świetlika.

Generalną zasadą nakładania cieni jest używanie czterech kolorów: neutralnej bazy, koloru podstawowego, ciemniejszego (do chowania i tuszowania) i jaśniejszego (do wydobywania i podkreślania).

Pierwszym krokiem będzie nałożenie podkładu do powiek, następnie pędzelkiem lub palcem nanosimy na cała powiekę cień w neutralnym kolorze(bazę) Dzięki niemu pozostałe kolory łagodnie stopią się ze sobą. Osobiście polecam aplikacje palcem – można wtedy dobrze wyczuć „materiał”.

Następnie na górną powiekę, aż do linii załamania nakładamy cień podstawowy, czyli dominujący kolorystycznie. Rozprowadzamy go od kącika oka na zewnątrz. Wąskim pędzelkiem lub aplikatorem rysujemy ciemnym cieniem cienką linię wzdłuż załamania powieki – i tu musimy wyczuć jak bardziej nam pasuje – czy od środka czy od zewnątrz. Linie delikatnie rozcieramy.

Następnie malujemy linie pod dolnymi rzęsami, zaczynając z punktu w połowie długości oka w stronę zewnętrznego kącika. Jaśniejszy cień nakładamy tuż pod linią brwi. Oczywiście opisałam tu podstawowy sposób nakładania cieni. Od nas zależy, jakich kolorów użyjemy, w jakim natężeniu. Czy kreski będą grube czy delikatne…

Nawet kiedy nie mamy zbytniej wprawy w posługiwaniu się cieniami, możemy zastosować parę prostych sztuczek które zawsze wychodzą i dają super efekt:


1. Aby odświeżyć zmęczone oczy w wewnętrznych kącikach powiek nakładamy odrobinę jasnego cienia

2. Zalotne iskrzące spojrzenie wzmocni kropeczka jasnego cienia tuż nad górną liną rzęs, pośrodku powieki (znakomicie uwydatni tez głęboko osadzone oczy)

Rzęsy malujemy dwukrotnie, oczywiście tuszem dostosowanym do gęstości i długości naszych firaneczek. Na koniec przeczesujemy je specjalnym grzebykiem. Żeby uzyskać efekt migdałowych oczu możemy wytuszować tylko część rzęs – od zewnętrznej strony oka – układając je ukośnie. Od wybranego przez nas stylu makijażu zależy, czy malujemy też dolne rzęsy. Jeśli chcemy je malować, zróbmy to przed malowaniem górnych.

Zestaw dyżurny do ust to konturówka i szminka (nie lubię słowa – pomadka). Konturówka jest nam niezbędna nie tylko ze względów estetycznych, ale i technicznych. Bez niej szminka po pewnym czasie rozpełza się dookoła warg jak plazma z kosmosu. Twardszy w konsystencji ołówek trzyma ją w ryzach. Ponadto konturówka jest nieoceniona w modelowaniu warg. Położona wewnątrz konturu – zmniejszy wydatne usta, zastosowana na zewnątrz – powiększy je.

Usta malujemy pędzelkiem dwa razy – sztyft szminki nie jest wystarczająco precyzyjny. Nadmiar szminki odciskamy delikatnie na bibułce lub chusteczce papierowej.

Subtelny makijaż wykonujemy „mniej inwazyjnie”. Przede wszystkim rezygnujemy z malowania brwi kredką, wystarczy je przeczesać grzebykiem i ewentualnie delikatnie podkreślić popielatym lub brązowym cieniem do powiek. Rzęsy tuszujemy jeden raz. Jeśli mamy jasne włosy unikajmy czerni. Lepszy będzie kolor granatowy, brązowy lub grafit. Do makijażu ust najlepszy będzie błyszczyk lub nawilżająca szminka oraz konturówka dopasowana do naturalnego koloru warg. Szminki pudrowe przy dziennym świetle nie wyglądają dobrze – usta są zbyt płaskie a drobinki iskrzą najefektowniej tylko przy świetle sztucznym.

Płatki róż na policzki nałóż już

Wynalazek, za który ludy pierwotne powinny dostać Nobla! W błyskawiczny sposób dodaje cerze blasku, podkreśla owal twarzy, modeluje rysy….Oczywiście wszystko pod warunkiem, że dobrze odbierzemy odcień. (Polówka buraka odpada)

Róż nakładamy pędzlem, puszkiem, lub – sposób dla bardziej wtajemniczonych – palcami, (ale nie po indiańsku). Najczęściej stosuje się go na kości policzkowe, jest to najprostszy sposób. Aby ładnie wymodelować buzię wystarczy wciągnąć policzki robiąc „dzióbek” i delikatnie musnąć różem kości policzkowe w kierunku od dołu do góry, od środka do zewnątrz malując łezkę. Następnie łezkę rozprowadzamy delikatnie zacierając granice. Jeśli nałożyłyśmy zbyt dużo różu wytonujemy go odrobiną podkładu transparentnego.

I jeszcze jedna rada. Jeśli to naprawdę wielka gala i zdecydowałyśmy się na robienie makijażu u kosmetyczki, warto zrobić wcześniej makijaż próbny – po pierwsze unikniemy w razie czego szoku estetycznego, no i przekonamy się jak nasza cera reaguje na użyte malowidła.

Cóż…, jeśli jednak skończymy z uczuleniem zawsze możemy przebrać się za Pipi, i wysypkę przemalować korektorem na piegi.

To by było na tyle.
Wasz wszędobylski żużaczek

reklama