reklama

U pana Boga w ogródku

Naprawdę się nam udało!! Udało wykraść parę dni dla siebie, dla rodziny. Tomek dostał CAŁE TRZY DNI urlopu i pojechaliśmy na od dawna wymarzone wakacje. Niedaleko (żeby nie tracić cennego czasu na dojazd, no i przede wszystkim tam, gdzie moje dzieci nie będą miały okazji narobić jakiegoś „bigosu”. W założeniach miałam się bowiem ostro odstresować. 
 
Wszelakie wielkie kurorty odpadły w przedbiegach (za głośno, za ruchliwie i ogólnie „be”), wyprawa pod namiot czy do ośrodka wczasowego napawa mnie głęboko zakorzenioną odrazą posocjalistyczną, więc postawiliśmy na tzw „agroturystykę szeroko pojętą”.
 
Zagrodę Kuwasy wypatrzyłam już dawno temu zachęcona entuzjastycznym felietonem przeczytanym w „Werandzie”. Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania.
Trwając w zachwycie, chciałam Wam opisać, polecić to fenomenalne miejsce na rodzinny wyjazd z dala od zgiełku i pośpiechu.
***
 
Pensjonat zobaczyliśmy już z daleka, piękny, kryty gontem dach na tle ciemnozielonej ściany lasu – Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wokół rozległe łąki. Szeroki podjazd, jak na dwór wiejski przystało, podprowadził nas pod same drzwi. Dzieci natychmiast wyroiły się z samochodu i….. pooooszły w pole!!

Pierwszą moją myślą, zaraz po ogólnym zachwycie nad miejscem wypoczynku, było usilne zastanawianie się, po co braliśmy na urlop dzieci?? Przecież mam się odstresować i odpocząć. Włos mi się zjeżył na głowie, kiedy zsumowałam pomysłowość młodego z niebezpieczeństwami wiejskiego podwórka. A o tik nerwowy przyprawiła mnie świadomość, że starszy będzie przez parę dni odcięty od telewizora i komputera. „RATUNKU!!” zakwiliła moja udręczona dusza – „Przecież oni zjedzą mnie żywcem!!”

Przesympatyczna pani Sylwia – menadżerka tego rajskiego zakątku roześmiała się słysząc moje lamenty. „-Pani Agnieszko” – usłyszałam” Tutaj nic złego się dzieciom nie stanie, proszę nam zaufać i się odprężyć”. Wista wio, łatwo powiedzieć. Ciężko mi to szło. Młody będąc akurat w wieku totalnego tumiwisizmu względem wszelkich metod wychowawczych, zachowywał się skandalicznie – ścigał kota, rozsypywał cukier, przewalał się jak wicher po rabatach kwiatowych. W panice starałam się naprawiać szkody i izolować go od innych gości pensjonatu. Pani Sylwia widząc moje Syzyfowe prace tylko unosiła brwi i pytała „A pani jeszcze na luz nie wrzuciła?”. Stoły szybciutko wycierano, kota uspokajano (zresztą lazł do młodego jak wariat) i wcale, ale to wcale nie patrzono na nas jak na coś, co należałoby szybko zakopać w ogródku.

O telewizorze, komputerze progenitura nawet nie wspomniała. Starszy budował z kolegami twierdze w stogu siana, jeździł konno, bawił się z kozami, grał w piłkę i absorbował hektolitry przepysznego kwasu chlebowego. Młodszy od chwili przyjazdu konsekwentnie zaznaczał, że on też będzie jeździł konno i kiedy w końcu się doczekał wiekopomnej chwili, zapałał wielką miłością do koników a najskuteczniejszym sposobem na ukierunkowanie jego niespożytej energii stało się sprzątanie stajni. Mogłam go tam spokojnie wpuścić, bo stajnia jest czysta i zadbana a syn pani Sylwii – opiekun koników – znakomicie zajmował się też i moim rozbrykanym źrebięciem.

Wybierając się do Kuwas zaopatrzyłam się w pół biblioteki i laptopa z kolekcją filmów mniemając, iż wsi spokojna i wesoła będzie też nudna do obrzydliwości. I co? Książki przyjechały z powrotem nie rozpakowane, laptopa nawet nie wyjęliśmy z pokrowca. NIE BYŁO CZASU!! Konie, kozy, koty… za płotem, niemal jak w ogródku pana Boga – poziomkowe dywany na skraju parku Narodowego, czyste jak łza jezioro Dreńsko, przejażdżki bryczką w pobliże rezerwatu. A wieczorem sarny pasące się pod oknami pensjonatu, przemykające chyłkiem lisy, żabie koncerty i pieczenie prawdziwego sękacza.

Ten sękacz to był mój największy błąd – spróbowałam i się zakochałam. Wprawdzie Podlasie słynie z tego szczególnego ciacha i nieraz go już próbowałam, ale taki wywąchany podczas paru godzin pieczenia…jeszcze cieplutki rozpływający się w ustach. POEZJA!!!!!

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Zagrodę Kuwasy prowadzą prawdziwi pasjonaci. Ludzie, którzy swoim entuzjazmem zarażają wszystkich domowników. Domowników – bo od progu czułam się jak w domu. Wszędzie mogłam zajrzeć, wszystkiego dotknąć. Domowe było też jedzenie. Składniki potraw kupowane od okolicznych gospodarzy w połączeniu z arcytalentem szefa kuchni, owocowały nektarem i ambrozją dla naszego podniebienia. Codziennie inne frykasy…wędliny z domowej wędzarni, sałatki, ciacha…..Syn jednej z pań trafnie zauważył, ze po paru dniach takiego tuczu zagroda Kuwasy przemianuje się na „ZAGRODĘ GRUBASY”.

Nie opisuję samego pensjonatu – to znajdziecie na stronie internetowej „Zagrody” wraz ze zdjęciami, mapkami itp.  Dodam jeszcze, że jeśli będziecie chcieli zakosztować innych rozrywek to zawsze możecie skoczyć do Augustowa (20 minut drogi), popłynąć statkiem w rejs ku Rospudzie, popikietować z transparentami i wrócić na obiad do Kuwas ;). Dla szczególnie wytrzymałych polecam wycieczkę o piątej rano do pobliskiego rezerwatu i zaczajenie się na łosie i dziki. Ja prawdę mówiąc odpuściłam sobie. Szczęśliwa jak fretka wylegiwałam się w łóżku, bo dzieciaki spały jak anioły. Długo spały ….
Żużaczek (Agnieszka Babulewicz)

Zagroda Kuwasy
www.zagrodakuwasy.pl/site/
 

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,38 z 5. Głosów: 8
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama