reklama

Doświadczenia mamy, czyli niemowlak na pokładzie

Pora się zbierać! Bagaże i wózek już są zapakowane do auta.

Przed nami kilkunastogodzinna podróż, lot nocą, jedna przesiadka. Lecimy! Lecimy do Polski!

Lecę sama z dzieckiem, więc ograniczam bagaże do minimum. Jedna duża walizka (jakoś trzeba ją będzie odebrać na lotnisku docelowym), jedna torba podręczna; zawierająca w 99% rzeczy dziecka. Zabawki stare i nowe, książeczki, ulubione ciasteczka, chusteczki, mleko, pieluchy i ciuchy do przebrania, jakieś medykamenty "na wszelki wypadek", kocyk.... Z rzeczy należących do mnie udaje się wepchnąć tylko kosmetyk dla zamaskowania porannych fioletów pod oczami, pieniądze, paszporty....Torba waży, co najmniej 10 kilo, ale na szczęście wydaje się niewielka. Pewnie nikt nie będzie nawet sprawdzał, czy mieścimy się w limicie 5kg na bagaż podręczny. Jedno dziecko i jedna matka. Tata tylko w charakterze kierowcy i donosiciela bagażu do odprawy.

Na 2,5 godziny przed odlotem wyjeżdżamy na lotnisko. Próba przeniesienia śpiącego dziecka do samochodu powiodła się tylko połowicznie. Zaraz po wystartowaniu z garażu Małe zaczęło się budzić i z zainteresowaniem oglądać światła nocnego miasta. No i dobrze. Może trochę lepiej pośpi w samolocie.

Docieramy na lotnisko odpowiednio wcześnie. Czekamy w długiej kolejce do odprawy. Pa, pa wielka walizko, pa, pa tato. Już zupełnie sami ruszmy na poszukiwanie naszej bramki i naszego samolotu. Po drodze jeszcze krótkie buszowanie po sklepach bezcłowych. Synek okazuje się, prawdziwym mężczyzną, wrogiem zakupów. Pośpiesznie wrzucam do koszyka kilka znanych produktów.

Zaczynamy zwiedzać lotnisko. Maluch buntuje się przeciw siedzeniu w wózku i chętnie pobuszowałby po różnych zakamarkach. W rezultacie wiozę przez pół lotniska wyjące i szamoczące się dziecko.

Na pół godziny przed planowanym odlotem, z bardziej już zadowolonym młodym człowiekiem na rękach, popychanym nogą wózkiem i bagażem podręcznym na ramieniu, ładujemy się do bramki, z której odlatujemy do Europy! Tu dziecku przysługuje trochę wolności. Z zamkniętego obszaru już mi nie zwieje. Choć czyni takie próby. Tym sposobem mam nocną gimnastykę a dziecko rozrywkę. Jest środek nocy. Dziecko od dwóch godzin nie śpi. Zaczyna się marudzenie. Zabawki są niedobre, za to ramiona mamy, jak najbardziej w porządku. Torba podręczna ląduje w wózku a maluszek na rękach. Na szczęście udaje się dziecko zainteresować przylatującymi i odlatującymi samolotami.

Nasz odlot przesuwa się i ładujemy się do samolotu dopiero godzinę później, mocno już zmęczeni. Moje nadzieję na wolne miejsce obok nas w samolocie rozwiały się w trakcie oczekiwania na wejście. Pełen skład! Dobrze, że wykupiliśmy oddzielne miejsce dla synka, choć jeszcze przez pół roku może podróżować na kolanach. Inaczej ta podróż byłaby nie do zniesienia. Mały, śpiący i wymęczony, nie może zasnąć. W dodatku, ze względu na wiek, podczas startu musi siedzieć na moich kolanach. Rozdrażnione dziecko prawie przemocą przypinam pasem do siebie.  Kolejne pół godziny czekamy na zezwolenie startu. Jest trudno. Mały płacze. Ja się denerwuję. Na szczęście naszym współpasażerem jest mocno wyluzowany młody człowiek. Mimo płaczów Małego, zasypia sobie spokojnie. Synek dostaje, jako uspokajacz, ciepłe mleczko.

Lecimy. Dziecko wytrącone z normalnego rytmu dnia wciąż nie może zasnąć. Powoli, przytulone do mamy zaczyna się uspakajać. Jeszcze tylko trochę przytulanek do, rozpuszczonych specjalnie na tę okazję, włosów mamy, i przychodzi upragniony sen. Uff...

Jednak odłożony na sąsiedni fotel kręci się niespokojnie i ma zamiar się przebudzić. Nici ze spania w pozycji półsiedzącej. Układam go delikatnie na płasko na jego siedzeniu i swoich kolanach. Otulam z boku kocami i poduszkami...ŚPI!

Sama próbuję zrelaksować się, choć przez część lotu. Jako uspokajacz dla siebie zamawiam czerwone wino. Wino jest wyjątkowo podłe, ale wypite niemal duszkiem, jak lekarstwo, spełnia swoją funkcję i pozwala na płytki sen. Sen przerywany każdym poruszeniem się Małego.

Poranna krzątanina obsługi samolotu oznacza, że zostało nam około 2-2,5 godzin lotu. Synek śpi snem sprawiedliwego. Zaczynam rozprostowywać i rozciągać przykurczone mięśnie. Jeszcze szybkie przygotowanie mleka i oczekiwanie na pobudkę dziecka. W jakim humorze powita dzień?
Śniadanie. Pierwsze w kolejności podane są posiłki dziecięce i inne na specjalne zamówienie - np. mój wegetariański. Dziecko ciągle śpi, więc na spokojnie mogę zjeść śniadanie i wypić kawę. Porcja wegetariańska jest kalorycznie mniejsza od dziecięcej i na dodatek podana bez pieczywa. Czy oni myślą, że wegetarianie żyją powietrzem? Na dodatek moje jedzenie jest nieświeże! Nie po raz pierwszy ta linia nie popisała się należycie. Mam zamiar zwrócić uwagę stewardessie na jakość posiłku, ale właśnie budzi się synek. Uśmiechnięty. Wyspany. Jest dobrze. Nieświeże śniadanie w porównaniu z uśmieszkami traci na znaczeniu.

Poranne przytulanki, trochę mleczka i zaczyna się zaczepianie sąsiadów. Dziecko z wielkim zainteresowaniem przygląda się siedzącemu obok mnie człowiekowi. Poszturchuje paluszkiem i bezpiecznie chowa się za moimi plecami. Jest też mocno zainteresowany siedzącymi z tyłu pasażerkami i ich posiłkiem. Szkoda, że nie swoim. Na próbach nakarmienia Małego śniadaniem mija nam kolejne pół godziny.

Okazuje się, że w samolocie leci z nami polska rodzina z dzieckiem na oko 2-3 letnim. Zaczynamy rozmawiać, dzieci nawiązują nieśmiały kontakt. Próbują wymieniać się zabawkami.

Przygotowujemy się do lądowania. W pośpiechu i byle jak wciskam porozrzucane w koło zabawki, kubeczki i kocyki. Teraz najgorsze chwile dla Małego- niewola na moich kolanach. Trochę zapasów i udaje się. Pasy zapięte. Lądujemy w deszczowym Wiedniu. Co za ulga po zostawionych 40 stopniach w cieniu i oślepiającym słońcu.

Dzięki późniejszemu wylotowi mamy teraz krótsze oczekiwanie na samolot do Polski. Po odebraniu wózka, ruszamy na poszukiwania toalety. Chcemy się odświeżyć. Znajdujemy toaletę dla niepełnosprawnych, do której można się wpakować z wózkiem i wszystkimi klamotami a na dodatek wypuścić z wózka dziecko. Niestety jest nieczynna. Musimy sobie poradzić w normalnej. Wjeżdżamy wózkiem do środka toalet i tarasujemy chyba połowę. Trudno.

Dlaczego nie ma toalety dla matki z dzieckiem? Najpierw przebieram Młodego. Idzie nawet sprawnie. Ciekawe jednak, jak ja mam skorzystać z toalety, mając dziecko, wózek i bagaż? Wózek zostawiamy na zewnątrz i wciskamy się z bagażem do kabiny. Młody na podłogę, mama zabiera się szybciutko za siebie.

Dziecko w tym czasie próbuje najpierw uciec, a później sprawdzić, co jest w koszu. Po chwili idziemy umyć butelki, kubeczki i uporządkować bagaże. Mały w niewoli (tzn. w wózku) wyrywa się i wydziera niemiłosiernie. Trudno, jakoś wytrzymam i to i podejrzliwie spojrzenia obcych kobiet. Toaleta skończona.

Sprawdzam, gdzie jest nasza bramka i wypuszczam synka. Niech się wybiega przed kolejnym lotem. W jednej z restauracji znajduję nowych znajomych. Parkuję wózek i uwalniam dziecko. Dobrze, że są. Przynajmniej mogę chwile odpocząć. Chwilę, bo… synek radośnie zagląda w każdy kąt, ucieka gdzie się da i co sił w nogach. Zaczepia ludzi i biega za wszystkim, co ma kółka. Nie ma mowy o żadnej kawie, zamiast niej jest gimnastyka poranna. Po jakiejś godzinie udaje mi się go zainteresować zabawą z nowym kolegą lub w jego pobliżu. Samochodziki jeżdżą po połowie lotniska, a każdy przechodzący podróżny ma okazję posłuchać bajeczek czytanych w języku polskim.

Czas znaleźć nasz samolot. Dziecko na jedną rękę, torba w drugą, wózek „składam trzecią „ i jakoś udaje się przejść. Teraz Małego można na jakiś czas częściowo spuścić z oka. Po paru rundach dookoła całego pomieszczenia robi się śpiący. Po zapakowaniu do wózka zasypia. Szkoda tylko, że tak późno, bo zaraz trzeba ładować się do samolotu. Teraz czas na szybką kawę. Pakuję zabawki i ustawiamy się w kolejce do samolotu. Niemiła niespodzianka - zejście do samolotu to schody! Ciekawe bardzo, jak mam znieść dziecko, wózek i bagaż po SCHODACH?

Nowi znajomi, obładowani swoimi rzeczami i zaabsorbowani dalszą częścią podróży, już gdzieś pobiegli. Upychając nerwowo rzeczy do toreb, zastanawiam się, jak wyjąć 2,5 i nie obudzić śpiącego synka. Oczywiście się budzi i daje upust swojej złości. Z kartami pokładowymi w zębach, płaczącym Małym i bagażami w rękach, informuję człowieka z obsługi lotniska, że z powodu schodów będę potrzebować pomocy. Człowiek patrzy na mnie nie widząc i nie słysząc i zajmuje się biletami następnej osoby. Już trochę mniej grzecznie powtarzam swoją prośbę. Człowiek nie podając przyczyny, mówi mi, że nie może mi pomoc. Dodaje, że wózki zazwyczaj nadaje się jako bagaż przy odprawie. Zmęczenie i podniesiona adrenalina robią swoje. Pozwalam sobie na wyrażenie wątpliwości dotyczących jego kompetencji. "Serdecznie" mu dziękuję za pomoc i kończę wypowiedź kilkoma niezbyt grzecznymi polskimi słowami. Ktoś bierze ode mnie wózek i znosi na dół. Dzięki awanturze mogę sobie odpuścić kolejną kawę, bo emocje przeganiają senność i zmęczenie. Nienawidzę tych linii lotniczych, nienawidzę bezmyślnych ludzi!

Pakujemy się do kolejnego samolotu i czekamy na dalszą, tym razem krótką część podróży. Podczas lotu mamy nieprzyjemne turbulencje, które, o dziwo- uspokajają dziecko. Okazuje się, że to złudny spokój. Małe blade i z błędnym wzrokiem wtula się we mnie. Chyba mu niedobrze... Nerwowo rozglądam się za torebkami. Nigdzie nie ma. Trudno, najwyżej obsługa samolotu będzie miała trochę brudnej roboty z czyszczeniem foteli... Na szczęście turbulencje się kończą. Dziecko ożywia się trochę, ale jest mocno zmęczone i senne. Odmawia i jedzenia i picia.

Lądowanie, już bez żadnych sensacji. Wyładowujemy się ponownie. Teraz już z większym spokojem, bo wreszcie DOLECIELIŚMY! Jeszcze tylko paszporty i wizyta w toalecie przed dalszą, samochodową częścią podróży. Odświeżam się. W tym czasie maluch oblewa się sokiem i próbuje włożyć rękę do toalety... W końcu Mały spakowany do wózka, torby na ramię i ruszam w poszukiwaniu dużej walizy. Dzięki wizycie w odświeżalni nie musimy szukać walizki, tylko zgarniamy ją, już prawie samotną, z taśmy i wychodzimy na spotkanie oczekującej nas rodziny. Jeszcze tylko 3-4 godziny w samochodzie, (z których wymęczone dziecko przesypia połowę a wymęczona mama pamięta połowę;-)) i po 16 godzinach podróży jesteśmy na miejscu . Jeszcze tylko dojść do siebie po podróży i już WAKACJE!

Moje obserwacje, przemyślenia i porady:

Po mojej pierwszej podróży w wariancie mama+dziecko definitywnie mogę powiedzieć, że bardziej sprawdziłby się jako bagaż podręczny plecak. Koniecznie z dużą ilością przegródek, bo bez tego, po pewnym (krótkim zresztą) czasie, nic nie można znaleźć;-) Kolejną opcją, (którą zamierzam przetestować w drodze powrotnej) jest nosidło na plecy zamiast wózka.

Niewiele mi pomogło, że torbę dało się powiesić na rączkach wózka. Wózek bez obciążenia w postaci dziecka przewracał się, a torba włożona do wózka wypadała i wózek źle się prowadził jedną ręką. Moje dziecko często mocno domagało się brania na ręce, albo po prostu wypuszczenia z wózka. A niestety na lotniskach mało jest miejsc, gdzie 1,5 roczne dziecko można bezpiecznie wypuścić. A czasem po prostu trzeba dziecko wziąć na ręce choćby przy prześwietlaniu bagażu (w tym wózka). Jeżeli dziecko nie jest nieśmiałe, nie bójmy się wręczać go w takich momentach obsłudze samolotu czy lotniska, w końcu są też do pomocy. Jeżeli dziecko akceptuje szelki albo paski zakładane na rączkę "smyczki"- mogą się one okazać użyteczne ; zwłaszcza, jeżeli podróżujemy z przesiadką i mamy trochę czasu na lotnisku.

Dziecko starałam się ubrać wygodne, z małą ilością guzików, zamków, bez klamerek itp. Ubranie, w którym można wygodnie spać i siedzieć w różnych pozycjach. Moje dziecko już próbuje być samodzielne i chce samo jeść i pić. Ma niestety przy tym często "wypadki". Sok wylewa się na spodnie, obiad ląduje na koszuli Mały poleciał w tym, w co ubrałam go do spania- koszulka bawełniana z długim rękawem i spodnie dresowe. Do przebrania zabrałam dwie zmiany ubranek i cienka kurteczka z kapturem oraz bezrękawnik. I na naszą podróż nie było to za dużo, choć pewnie bez kurteczki też dalibyśmy radę.

Dziecka najlepiej nie ubierać za lekko, ponieważ w samolotach (a czasem na niektórych lotniskach) bywa chłodno. Zwłaszcza na czas snu warto założyć jakąś dodatkową koszulę lub bezrękawnik albo dokładnie przykryć kocem. Same krótkie rękawki nie są najlepszym pomysłem. Warto mieć długie spodnie i koniecznie skarpety lub rajstopki, jeżeli to dziewczynka i podróżuje w spódniczce. Oczywiście trzeba mieć na uwadze strefę klimatyczną, do której się leci i jeżeli to konieczne, mieć odpowiednie ubranie do założenia (albo zdjęcia;-)) po dotarciu na miejsce.

Absolutnie niezbędne są duże ilości mokrych chusteczek; zarówno dla dzieci pieluszkowych (tu odpowiedni zapas pieluszek) jak i do wycierania rąk i buzi. Przydają się też dorosłym do odświeżenia, jeżeli nie można skorzystać z łazienki.

Dla dziecka warto zabrać coś ulubionego do jedzenia i - jeżeli podróż przypada w porze obiadowej - coś na obiad. Mimo, że linie lotnicze mają posiłki dziecięce, czasem nie są one odpowiednie dla naszego dziecka. Jest problem zwłaszcza z dziećmi, które nie jedzą już dań słoiczkowych, (jeżeli są podawane, to są to dania dla najniższej grupy wiekowej) a jeszcze nie jedzą bardziej "dorosłych" dań. Można zamówić posiłek dziecięcy, ale np. mój syn w ogóle nie skusił się na nic z tego posiłku. Czasem po prostu pora podania jedzenia jest dla dziecka nieodpowiednia. Trzeba zabrać coś do picia. Wybór soków w samolocie jest dość ograniczony i w klasie ekonomicznej są podawane tylko 1-3 razy na cały lot.

Warto przygotować coś do picia dla malucha na czas startu i lądowania. Pozwala to zminimalizować ryzyko zatkania uszu. Dla dzieci pijących mleko modyfikowane warto wcześniej poporcjować mieszankę (my używamy do tego jednorazowych torebek do przechowywania pokarmu i klipsów Avent). To samo można zrobić z rozpuszczalną herbatą (najlepiej taką, którą można przygotować i z ciepłej i z zimniej wody) Pozwala to skrócić czas przygotowania i oszczędza niepotrzebnego bałaganu i dodatkowych czynności. Można oczywiście poprosić o wodę do rozpuszczenia mleka/herbaty, ale praktyczniej jest mieć mały termos z ciepła wodą. Nam w zupełności wystarcza 0,33 l. Nie jest to dużo, ale ja robię to tak, że w termosie mam cieplejszą wodę niż potrzebna do przygotowania mleka i mieszam ją z wodą mineralną, której zawsze zabieram 2-3 małe buteleczki (najlepiej z ustnikiem). Warto mieć dwa kubki/butelki, z których pije dziecko, ponieważ nie zawsze jest jak umyć w momencie, kiedy możemy tego potrzebować. Kilka swoich (plastikowych!) sztućców do przygotowania mleka, podania swojego posiłku. Nie ma, co przesadzać z ilością jedzenia, zwłaszcza jak podróż przebiega w nocy i wiadomo, że dziecko w tych porach nie jada. Warto jednak mieć jakieś ulubione dziecka przegryzki- nawet po to, żeby zająć mu czas. Nic się nie stanie, jak jednorazowo jego dzienny jadłospis nie będzie należał do najzdrowszych;-)

Przydał nam się ulubiony kocyk dziecka, można wziąć jakąś małą przytulankę. Z większymi misiami czy lalkami (nawet najbardziej ulubionymi) dałabym sobie spokój. Zajmują zbyt wiele miejsca. Lepiej zabrać więcej zabawek małej wielkości. Dużymi zabawkami dziecko i tak nie miałoby się gdzie w samolocie bawić. Podobnie nie zabierałam zabawek dźwiękowych. Ja nie chciałabym, żeby ktoś w samolocie fundował mi takie atrakcje:-) Na okoliczność podróży zakupiłam dwie całkiem nowe zabawki, które już samą swoją nowością na jakiś czas zajęły moje dziecko. Zabawki oczywiście były dozowane, żeby nie znudziły się za szybko. My mieliśmy kilka małych samochodzików (część starych znajomych i jeden nowy), drewniane puzzle(nowość) i dwie książeczki (najulubieńsze ze wszystkich;-).

Warto mieć podstawowe lekarstwa (oczywiście oprócz tych, które dziecko zażywa na stałe); coś przeciwgorączkowego/przeciwbólowego (najlepiej w czopkach), coś na biegunkę, plaster, kilka małych, pojedynczo pakowanych opatrunków.

Pewno warto by mieć jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, ale niestety bagaż podręczny ma ograniczoną wielkość i wagę. Właśnie, koniecznie upewnijmy się, że nasz bagaż podręczny nie przekracza dopuszczalnej wielkości (to bardzo ważne!) i wagi (tu już panuje większy liberalizm, ale to zależy też od linii lotniczych i wielkości bagażu.

Elżbieta

reklama