reklama
A moje dziecko to... - czyli o matczynych licytacjach

A moje dziecko to... - czyli o matczynych licytacjach

Licytacje między matkami można usłyszeć wszędzie -

obok piaskownicy w parku, przy kawiarnianym stoliku, mnóstwo tego jest też na forach, gdzie piszą świeżo upieczone i te bardziej doświadczone mamy.

Gorzej znaczy lepiej

Pierwszy rodzaj licytacji dotyczy tego, kto miał lepiej lub gorzej. Zaczyna się już w ciąży - wystarczy wrzucić temat dolegliwości ciążowych, żeby natychmiast usłyszeć, że inne mamy czuły się znacznie gorzej albo odwrotnie: ich ciąża przebiegała bez najmniejszych choćby nieprzyjemnych objawów. Podobnie jest z porodem. Potem jest już tylko gorzej. Kolka ich dziecka była zawsze cięższa, gorączka większa, a ząbkowanie bardziej męczące.

Zobaczysz jak...

Specjalne miejsce w licytacji zajmuje straszenie i przestrzeganie innych. „Teraz masz dobrze, ale zobaczysz co będzie, jak...” i tu można wstawić dowolne: będziesz mieć własne dzieci, zajdziesz w ciążę, urodzisz, dziecko dorośnie... Takie osoby nie potrafią zrozumieć, że to, co sprawia im samym trudność, kogoś innego może cieszyć i dawać satysfakcję. No i że każde dziecko jest inne, więc po prostu może rozwijać się zupełnie inaczej.

Niezdrowa rywalizacja

Dumne ze swych pociech mamy nie ustają w peanach na temat swojego dziecka: jego wagi, osiągnięć i tego jak je. Oczywiście, naturalne jest, że matki są dumne ze swoich dzieci, ale podczas rozmów przy wózkach, nie wiedzieć czemu, wkrada się duch rywalizacji. W zależności od składu i  nastawienia spotykającej się grupy, rywalizacja może dotyczyć dwóch skrajnie przeciwnych biegunów:

-    stopnia zaangażowania mam, wyrażającego się ilością i rodzajem zajęć rozwijających, na które dziecko jest wożone od niemalże pierwszych dni życia (nie wspominając o Mozarcie puszczanym od chwili poczęcia);

-    geniuszu dziecka, które zaczyna mówić od razu w trzech językach, recytuje „Lokomotywę” w drugie urodziny, czyta płynnie w wieku 3 lat, pierwsze posiłki je sprawnie posługując się łyżeczką itd.

lub

-    totalnego zdystansowania się do rozwoju i edukacji dziecka i maksymalną nonszalancją z jaką „bachor” jest traktowany;

-    całkowitego wyluzowania się i zupełnego nie dbania o to jak i co dziecko je, gdzie i czym się bawi, gdzie śpi oraz ogólnego parcia „pod prąd”.

Mania porównywania

Na pierwszy rzut oka porównywanie dzieci do rówieśników nie wydaje się szkodliwe. Pozornie pozwala zastanowić się, czy nasze dziecko rozwija się prawidłowo i nie odbiega od „normy”. Tak naprawdę jednak nie przynosi to żadnych korzyści, bo to, co zostaje uznane za normę, może mieć bardzo szeroki zakres – wystarczy spojrzeć na rozpiętość siatek centylowych, a przecież zdolności umysłowe znacznie trudniej zmierzyć niż wagę czy wzrost. Każde dziecko jest niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Ma swój charakter, temperament, ale i predyspozycje oraz możliwości. Porównywanie sprawia, że rodzic przestaje dostrzegać to, co dobre w dziecku, a widzi tylko jego słabsze strony, albo odwrotnie: wzmacniając jakąś zdolność dziecka zapomina o tym, że ważny jest harmonijny rozwój wszystkich umiejętności. Kolejnym problemem jest to, że dzieci podświadomie próbują spełnić oczekiwania rodziców i jeśli maluch ciągle słyszy, że jest dzikusem – będzie się tak zachowywać.

Etykietowanie pozytywne też ma swoje wady, bo nawet najsłodsza dziewczynka może chcieć się ubrudzić – jak to ma jednak zrobić, jeśli jej mama nieustannie powtarza, że z niej czyścioszek? Z wiekiem dziecko zaczyna się buntować przeciwko ciągłemu zestawianiu go z innymi i często odbiera to (i całkiem słusznie), jako próbę manipulowania nim. Zaczyna więc robić na przekór albo zamyka się i odcina od rodziców.

Jak się ustrzec?

Dla każdej mamy jej dziecko jest najwspanialsze na świecie – to oczywiste i piękne. Jednak jak się ustrzec przed przelicytowywaniem innych oraz przed mamami, które muszą przekonać o tym cały świat?

1.    Nie wchodzić w licytacje. Można przenieść dyskusję na bardziej neutralny temat lub dać się wygadać (niektóre mamy lepiej się czują, gdy dowartościują się w taki sposób).

2.    Nie dać się wciągnąć. Wcale nie jest to łatwe, bo dyskusja zaczyna się od na pozór zupełnie niewinnego: „czy on już... wstaje/chodzi/siusia na nocnik?”. Na takie pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, bo zawsze okaże się, że dziecko pytającej właśnie w tym jest lepsze. Na szczególnie napastliwe mamy może zadziałać metoda „wypuszczania” i podawania coraz bardziej fantastycznych osiągnięć własnej pociechy. Niektóre mamy dają się na to złapać i albo orientują się, że same nieco przesadziły, albo w końcu nie mogą konkurować i odpuszczają rezygnując z dalszego licytowania się.

Joanna Górnisiewicz

reklama