reklama

Australijskie życie

Zdecydowałam, że zamieszkam w Australii, ponieważ mój mąż miał szansę studiowania tutaj. Pomyślałam: „Spróbujmy, a może nam się spodoba i zostaniemy?”.

Początki

Australię wyobrażałam sobie jako bardzo egzotyczny kraj. Po przyjeździe okazało się, że przypomina ono wielki park albo ZOO. Palmy, dziwaczne drzewa i kwiaty, kolorowe papugi fruwające nad głowami, no i niestety obrzydliwe pająki i karaluchy, dużo większe niż te, które widziałam w Polsce, a także mnóstwo mrówek i natrętne muchy. Do tego ludzie tutaj chodzą bez butów i to niemalże wszędzie - po ulicach, w sklepach.

Pierwsze dni były bardzo ekscytujące, wszystko dookoła było tak inne, a na dodatek mieszkaliśmy z moją teściową, którą ledwo co znałam. Mój synek Sebastian (miał wówczas 2 latka i 7 miesięcy) tęsknił za rodziną w Polsce, z którą był bardzo zżyty. Zaczął znów siusiać w majtki i w nocy budził się z płaczem i krzykiem. Szczerze mówiąc nie byłam na to przygotowana. Myślałam, że skoro ma rodziców przy sobie, to będzie wszystko dobrze. Niestety było inaczej. Płakał, że chce iść do babci i dziadka, a ja mu tłumaczyłam, że oni są bardzo daleko. Było ciężko i zastanawiałam się nad powrotem. Znajomi i rodzina (męża mama i siostra z mężem) doradzali, żeby dać mu jeszcze trochę czasu.

Już po pierwszym tygodniu w Australii zdecydowałam, że pójdę do szkoły uczyć się języka angielskiego. Głównym tego powodem była moja teściowa, z którą mieliśmy mieszkać do chwili, aż sama będę sobie radzić. Mąż pracował, ona chodziła do szkoły, a ja miałam prowadzić dom, ale na jej zasadach. Zupełnie mi to nie pasowało i chciałam być jak najszybciej niezależna.

Australijskie przedszkole

Po dwóch miesiącach poszłam do szkoły, a mój synek do przedszkola. Mój mąż uważał, że trochę za szybko i zrobimy tym Bastusiowi krzywdę. Nie byłam przekonana, więc umówiliśmy się, że spróbujemy. Jeśli będzie mu ciężko, przerwę szkołę i jeszcze poczekam. Pierwsze dni były bardzo stresujące, Bastuś płakał, kiedy go zostawiałam w przedszkolu, ale szybko się uspokajał i chciał iść następnego dnia. Po dwóch tygodniach przestał płakać i skończyły się też jego koszmary nocne. Byłam szczęśliwa, że podjęłam słuszną decyzję.         
 

Muszę przyznać, że przedszkole zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Za chwilę je opiszę, najpierw jednak chcę dodać do powyższego, że Sebastian był jedynym Polakiem w tym przedszkolu. Podobało mu się to, że przedszkolanki traktują go ze szczególną troską, ale zdarzały się dni, kiedy był zawiedziony tym, że nikt go nie rozumie, a i on nie rozumie nikogo. Na szczęście nie trwało to długo. Niektóre dzieci dokuczały mu szczególnie boleśnie i dużo dłużej, ale mój synek był bardzo dzielny. Dość szybko przyzwyczaił się i nauczył podstawowych angielskich zwrotów, później pozostało mu tylko kształcić angielski, co szło mu w niesamowitym tempie. Muszę tutaj dodać, że na tym etapie Sebastiana mowa była bardzo rozwinięta, miał duży zasób słów i mówił bardzo wyraźnie po polsku.

W przedszkolu zaskoczyło mnie to, że nie korzystanie z toalety nie było żadnym problemem, dzieci były przewijane kilka razy dziennie, a na życzenie rodziców przedszkolanki prowadziły również trening toaletowy. Tak więc mój synek nosił pampersy, ale po drzemce był wysyłany do toalety, co było bardzo pomocne dla mnie, ponieważ w domu także tego go uczyłam. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że przed przyjazdem do Australii Bastuś siusiał już do toalety.
Przed przyjęciem do przedszkola wypełnialiśmy specjalny formularz, w którym znalazły się takie pytania jak np. 
Jak zwracacie się w domu do dziecka?
Jakie zabawki i zabawy preferuje Twoje dziecko?
Co pomaga w zasypianiu Twojemu dziecku?
Czego boi się Twoje dziecko?
Czego nie lubi Twoje dziecko? Itp.

Do przedszkola można było przyprowadzić dziecko już o 6.30, a odebrać w każdej chwili - aż do 18.30. Jeśli rodzice mało zarabiają, nie płacą za przedszkole nic albo bardzo niewiele. Przedszkole nie prowadziło stołówki, my-rodzice mieliśmy wyposażać nasze dzieci w drugie śniadanie i lunch, a także w coś do picia. Poza tym dziecko miało mieć swoją poduszeczkę i prześcieradło. Dzieci miały swoją drzemkę na materacach na podłodze. Bardzo dużo czasu spędzały na przedszkolnym podwórku.

W Australii dzieci w wieku czterech lat idą do tak zwanej preschool, która przypomina polską zerówkę. Dzieci bawią się nieco mniej, więcej się uczą, poznają literki i cyferki. Trenują rączki i paluszki, ale wszystko w formie zabawy i bez przymuszania.
 
Mój synek w ubiegłym roku ukończył 5 lat, więc w styczniu tego roku był gotowy do szkoły (szkoła tutaj rozpoczyna się, kiedy dziecko kończy 5 lat) więc Sebastian dostał mundurek i poszedł do szkoły. Jednak okazało się, że nie dorósł do niej mentalnie. Tęsknił do swojej przedszkolanki, a nowa pani w ogóle mu się nie podobała. Uciekał z lekcji na podwórko, nie chciał się nikogo słuchać. Jego pani go karała i zaczął się jej bać. W końcu zdecydowałam zabrać go ze szkoły i wrócił (po dwóch tygodniach szkoły) do przedszkola na jeszcze jeden rok. Stwierdziliśmy z mężem, że jeszcze się nachodzi w swoim życiu do szkoły. Tak więc chodzi sobie nadal do przedszkola, ma tą samą panią i jest szczęśliwy.

Ciąża i poród po australijsku

Tak się złożyło, że w 2001 roku zaszłam w ciążę, a w marcu 2002 urodziłam moją córeczkę Mayę. Pierwsza różnica, jaką odnotowałam tutaj to to, że nikt przez całą ciążę nie badał mnie ginekologicznie. Lekarz ogólny stwierdził przy pomocy testu ciążowego, że jestem w ciąży i wysłał mnie na wizytę w szpitalu. W jedenastym tygodniu ciąży zgłosiłam się do szpitala, tam przeprowadzono ze mną wywiad i założono kartotekę. Zadawano mnóstwo pytań, głównie związanych z moim zdrowiem. Zaznaczono, że preferuję poród rodzinny z mężem. Widziałam salę porodową.

Przez resztę ciąży chodziłam na wizyty kontrolne do lekarza ogólnego, w tym czasie robiono mi badania moczu i krwi, byłam dwa razy na USG. Od 36 tygodnia chodziłam na wizyty kontrolne co tydzień do szpitala. Kiedy minął wyznaczony termin porodu i nic się nie wydarzyło, zgłosiliśmy się z mężem do szpitala. Wyznaczono mi termin na wywołanie porodu, pierwszy marca 2002 roku.

Tego dnia, a był to piątek, stawiliśmy się z mężem o ósmej rano w szpitalu, w domu został mój synek pod opieką teściowej. Najpierw podano mi żel dopochwowo i kazano czekać sześć godzin. Co godzinę sprawdzano mi ciśnienie i tętno dziecka. Ten żel miał wywołać akcję porodową, niestety wywołał tylko nasze rozdrażnienie i niecierpliwość.

Po sześciu godzinach zbadała mnie położna i powiedziała, że mają taką procedurę i powinni mi podać następną dawkę żelu, a po następnych sześciu godzinach, jeśli nadal nic się nie będzie działo, przebiją mi wody płodowe i podadzą kroplówkę wywołującą skurcze. Była na tyle miła, że widząc łzy w moich oczach i zmęczenie na twarzy mojego męża postanowiła przejść od razu na poważnie do sprawy. Tak więc przebito mi najpierw „wody płodowe”, a po godzinie podano kroplówkę wywołującą skurcze.

Nie zamierzam opisywać całego porodu, a tylko podać różnice. Otóż przede wszystkim miałam całkowitą wolność (na tyle na ile pozwalała mi kroplówka), mogłam siedzieć, chodzić, leżeć, kąpać się. Położna powiedziała mi, że mogę urodzić w jakiej pozycji mi najwygodniej, nawet na stojąco. Ponieważ kiedyś byłam uczulona na polokalinę, a jest to czynnik występujący w znieczuleniach, nie miałam podanego żadnego. Po urodzeniu mojej ślicznej córeczki Mayki i oczywiście po urodzeniu łożyska, podano mi zastrzyk, po którym natychmiast straciłam przytomność na trzy minuty i w tym czasie zostałam zszyta. Po wszystkim mogłam iść się wykąpać z pielęgniarką za drzwiami w razie czego, dostałam posiłek i na wózku odwieziono mnie na salę poporodową. Urodziłam o 21.16, a na drugi dzień o 13.00 obie z Mayką czułyśmy się na tyle dobrze, że wyszłyśmy ze szpitala. Powinnam w tym miejscu dodać, że był to publiczny szpital, a warunki były wyśmienite. Na sali przy każdym łóżku telewizor i telefon do własnego użytku.

Dziś moja córeczka ma 15 miesięcy i jest cudowna. Chodzimy na wizyty kontrolne i szczepienia. Ten proces wygląda podobnie jak w Polsce - z tą różnicą, że do ukończeniu przez dziecko 18 miesiąca życia, po zaliczeniu wszystkich obowiązkowych szczepień, rodzice maluch dostają jednorazowo 208 dolarów jako nagrodę za stosowanie się do przepisów służby zdrowia.

Pozdrawiam bardzo serdecznie -                             
                                                     Agnieszka Orłowska 


 

 

reklama