reklama

Dom daleko od domu - Bułgaria

Dorota Górniak-Krumowa, lat 29, Bułgaria

- Kiedy powstawały narody świata Pan Bóg każdemu przydzielił kawałek ziemi. Rosjanie dostali szeroką Syberie, Anglicy wyspę pełną chmur, Polacy pola i łąki nad Wisłą. Bułgarzy, jako naród pracowity, cały dzień harowali i przyszli po swoją ziemię ostatni, kiedy już wszystko było podzielone i ziemia się skończyła. Popatrzył Stwórca ziemi na biednych Bułgarów, zrobiło mu się ich żal i postanowił dać im kawałek z Raju. Tak powstała Bułgaria.

Tyle z legendy, którą z pokolenia na pokolenie opowiadają sobie Bułgarzy. Dla przybysza z zagranicy Bułgaria może wyglądać różnie - dla jednych, turystów, jest ona rzeczywiście kawałkiem Edenu - ze złotymi piaszczystymi plażami i ciepłym jedwabnym morzem, dla innych - krajem dziwaków, którzy jedzą baraninę i ślimaki, głośno krzyczą, gdy ze sobą rozmawiają, a drugie śniadanie do pracy zabierają w kawałku wczorajszej gazety. Dla mnie Bułgaria - i ta i tamta - stała się moją drugą ojczyzną. Ojczyzną mojej córeczki Agatki

Kiedy przyjechałam do Bułgarii na stypendium w 1999 roku nawet mi do głowy nie przychodziło, że mogę kiedyś tu zostać. Żeby było śmieszniej - nawet, gdy wyjeżdżałam z Polski jakby wyczuwając coś mama powiedziała mi - I uważaj, żebyś się przypadkiem tam nie zakochała. Mijała połowa mojego pobytu, kiedy spotkałam Krasiego, mojego obecnego męża.
Pamiętam dobrze, że było to 13 marca 2000 roku. Spotkaliśmy się przed pocztą, bo potrzebowałam komputer z polską czcionką, a ktoś mi wcześniej powiedział, że Krasi jest dziennikarzem, zna dobrze polski i na pewno mi pomoże. Potem wszystko się rozwinęło w tempie przyśpieszonym.
W dniu moich urodzin 15 kwietnia 2000 roku Krasi mi się oświadczył i dał mi rok czasu do namyślenia się. Dokładnie rok później, 15 kwietnia 2001, kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu Wielkanoc dla katolików i prawosławnych Bułgarów przypadła na ten sam dzień, wzięliśmy ślub.


Pomimo, że Krasi zna dobrze Polskę i język polski, dał mi do zrozumienia jeszcze przed ślubem, że nie wyobraża sobie życia poza Bułgarią. Tłumaczył, że tu ma swoich przyjaciół, dobrą prace, no i rodziców, co, do których jako ich jedyny syn ma obowiązek opiekować się, kiedy będą tego potrzebowali. To wtedy ja stałam się tą, bardziej odważną, która zdecydowała się na zmianę swojego status quo i rzucić się w nieznane.


Krasi:
- Podziwiam Dodi za odwagę. Nie było jej wcale łatwo, czasami nadal nie jest jej łatwo
. Naszym pierwszym wspólnym koszmarem były Święta Bożego narodzenia w 2000 roku. We wrześniu pojechałem z moimi rodzicami do Lublina, do domu Dodi i poprosiłem o jej rękę. Dwa tygodnie później już byliśmy razem w moim rodzinnym mieście Szumen. Dodi przyzwyczajała się do panujących u nas zwyczajów i myślałem, że wszystko jest OK. Do początku grudnia. Wtedy nostalgia i tęsknota za polskimi świętami dali znać o sobie.

Dorota
- Niby zbliżały się święta, a tu wszystko było szaro i ponuro i niczym nie przypominało świątecznego nastroju, jaki zapamiętałam na zawsze z Polski. Okazało się, ze Bułgarzy nie przywiązują większej uwagi do tego święta, natomiast preferują bardziej Nowy Rok. Wspominając sobie spędzane w Lublinie z rodziną chwile przy kolacji Wigilijnej, kładłam się do łóżka, a do rana poduszkę miałam mokrą od łez. Wtedy z moim przyszłym mężem osiągnęliśmy pierwsze dyplomatyczne porozumienie - że raz święta będziemy obchodzić w Bułgarii, raz w Polsce. Powoli oswajałam się z Bałkańską rzeczywistością, a może i sama zaczęłam myśleć w kategoriach tutejszych mieszkańców. Najbardziej jednak mnie irytował leniwy bałkański spokój i słowo "Jutro", czy tez "spoko, nie śpiesz się, mamy czas".

Najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła wówczas, pod koniec lipca 2002 roku, były te słynne dwie kreseczki na domowym teście ciążowym. A więc byłam w ciąży. Na ogół uważają mnie za odważną, ale chyba wtedy po raz pierwszy poczułam strach - czy dam sobie rade tu, 1500 km od domu w Polsce, czy wszystko będzie w porządku.
Sytuacja służby zdrowia i położnictwa w Bułgarii nie wiele różni się od tej w Polsce. Jest powszechny kryzys połączony z ohydną korupcją. Wszędzie słyszałam, że żeby zagwarantować sobie normalny poród trzeba dać w łapę. Od 250 do 500 lewa (500 - 1000 złotych), co jak na warunki bułgarskie jest dużo. Ja, co prawda nie musiałam płacić, ale to tylko z tego powodu, że w obieg poszły kontakty służbowe i osobiste męża. Na początku ciąży wszystko było dobrze. Nawet trochę się denerwowałam, bo nie miałam słynnych nudności, opisywanych w mądrych książkach dotyczących ciąży. Wakacje postanowiliśmy spędzić w Turcji. Lekarz mnie zbadał przed wyjazdem i powiedział, że mogę jechać. Co prawda w Turcji było dość ciepło, a dzidzia w moim brzuszku już miała prawie trzy miesiące. Pływałam w morzu, mając grunt aż 25-30 metrów pod nogami, zwiedzałam ruiny w Efezie, czy też targ w Soke i cieszyłam się razem z mężem życiem Orientu. Gdy reszta naszej paczki zwiedzała słynny meczet w Ederne, ja jednak ze łzami w oczach witałam pierwsze nudności, skurczona na pobliskiej ławeczce. Ciężka podróż autobusem dała się we znaki i trzy dni po powrocie do Bułgarii wylądowałam w szpitalu na oddziale patologii. Bałam się, że mogę stracić dziecko, wtedy też odczułam jak daleko jestem od ojczystego domu, od Mamy i Taty, od rodziny. W tych trudnych chwilach jedynym wsparciem był mój mąż. Przychodził trzy razy dziennie do szpitala z lekarstwami i z jedzeniem, bo stan szpitalnej kuchni był fatalny.
Na szczęście po 10 dniach i serii bolesnych zastrzyków wyszłam do domu. Przyszła kolej na długie czekanie, ale warto było, bo 27 lutego 2003 roku na parę dni przed terminem urodziła się nasza śliczna Rybka Agi. Poród miałam normalny - do szpitala zawiózł mnie Krasi o g. 21.30, a o 2.20 zadzwoniłam z komórki do męża, żeby pogratulować mu córeczki. W tutejszych państwowych szpitalach niestety nie ma możliwości, żeby ojciec dziecka uczestniczył przy porodzie.

Krasi:
- Nie to, że nie chciałem z Dorotką być, ale na złość trafiła się epidemia grypy i w ogóle został zabroniony wstęp na teren całego szpitala. Do g. 0.30 podtrzymywała mnie na duchu przez Internet nasza znajoma. O pierwszej zadzwoniłem do Dodi, ona płakała i odłożyła telefon. Nie wiedziałem, co się dzieje i nastawiłem sobie budzik na 3.00 a sam usnąłem. Obudziła mnie komórka o 2.20.

Dorota
- Nie wiedziałam, że poród naturalny może być tak bolesny. Ból jednak nie bardzo mnie obchodził, byłam zajęta małą. Imiona na wszelki wypadek dla chłopca i dla dziewczynki mieliśmy wybrane miesiąc wcześniej.
Syn miałby mieć na imię Aleks, zaś córka Agata. Według bułgarskiego zwyczaju pierworodny syn nosi imię teścia, zaś, jeśli to córka - teściowej. Szukaliśmy jednak imię, które brzmiałoby w harmonii z nazwiskiem i które nie miałoby śmiesznych skojarzeń, w polskim czy też bułgarskim. W końcu wybraliśmy Agatkę - zachowała się pierwsza literka dziadka ze strony męża, a jednocześnie nasza córeczka miała polskie imię.
Moje życie na obczyźnie przynosiło mi codzienne walki z biurokracją, z literkami i artykułami prawa. Kiedy tu przyjechałam, a już nawet po ślubie, okazało się, że nie mogę zostać bez wizy w tym kraju dłużej niż miesiąc. Roczne zezwolenie na pobyt w mojej drugiej ojczyźnie kosztowało nas 250 euro, przy średnim zarobku wynoszącym 100-120 euro. Prawo tez zabrania cudzoziemcom, takim jak ja pracować bez wizy roboczej, taką wizę otrzymuje się w bardzo rzadkich wypadkach za zezwoleniem Ministerstwa pracy i opieki społecznej. Prawo pracy w Bułgarii przysługuje dopiero 2 lata po zawarciu związku małżeńskiego z obywatelem bułgarskim. Jak się nie ma pracy z kolei nie można dostać urlopu macierzyńskiego i odpowiedniego zasiłku w wysokości 50 euro. Taki zasiłek przysługuje matkom bułgarskim przez 24 miesiące, zaś potem jeszcze przez rok mają prawo do urlopu bezpłatnego. Mąż jako osoba pracująca i ubezpieczona na wszystkie okoliczności dostaje teraz tzw. Zasiłek dziecięcy w wysokości... 7.5 euro, tyle, co kosztuje tutaj małe opakowanie pampersów. Jednorazowo dostał też 100 euro jako zasiłek, świadczony przy narodzeniu dziecka. Dobrze, że łóżeczko i szafkę z przewijakiem i wanienką kupili teściowie, a wózek i sporo ciuszków przywieźli z Polski moje rodzice.

Zdziwił mnie stosunek naszych znajomych oraz kolegów mojego męża do naszego dziecka. Wszyscy okazywali radość, jakby to było ich dziecko, kupowali mnóstwo prezentów, czy też dawali pieniądze na pierwsze potrzeby. Okazało się, że to jest częścią bułgarskiego temperamentu i zwyczaju.
W Bułgarii zanim dziecko osiągnie 40 dni nie wolno przyjmować w domu gości. 40-ego dnia jednak zaprasza się znajomych i krewnych na tzw. Pytę - chleb domowej roboty, wypieczony przez teściową, który młoda mama podaje gościom z miodem. Na tę okazję z mężem upiekliśmy też barana. Każdy z gości przynosi prezent - jakiś ciuszek, czy tez wprost pieniążki. W łóżeczku. W którym leży dzidzia, każdy z gości zostawia monetę - żeby dziecko było zdrowe jak metal, i nitkę z własnego ubrania - żeby nie płakało i miało spokojny sen.
Z innych zwyczajów, związanych z codzienną pielęgnacja dziecka zaszokowało mnie używanie wypłukanego 9-krotnie smalcu zamiast oliwki dla niemowląt oraz żółtka z jajek do kąpieli. Delikatnie daliśmy z mężem do zrozumienia teściowej, że owszem, używanie takich akcesoriów w czasach, gdy urodził się Krasi i nie było wtedy żadnych Johnson-ow, Bubchen-ow czy tez NIVEI, może i było uzasadnione, ale na dzień dzisiejszy naprawdę są lepsze pomysły.

Bogu dzięki przy tej odległości, jaka dzieli Polskę od Bułgarii, te kilometry można jakoś skrócić za pomocą Internetu czy też króciutkiego smsa. Moja znajoma, która mieszka w Bułgarii już ponad 30 lat mówiła mi, że na utrzymywanie kontaktów telefonicznych ze swoja mama wydała kupę pieniędzy, za które, gdyby je oszczędzała, mogłaby kupić dwa samochody. Na szczęście ja znam tylko z opowieści czasy, kiedy do Polski dzwoniło się na zamówienie, składane kilka dni przed planowaną rozmową, zaś pani z okienka odliczała minuty ze starego radzieckiego budzika "Sława". Teraz wystarczy kliknąć myszką i już jest się w Polsce - prasa, informacje, porady. W tym też i BabyBOOM, który okazał się bardzo użyteczny dla mnie i mojego męża przy Agatce. Maile utrzymują nas w kontakcie z moimi rodzicami. Aż nie mogli uwierzyć, kiedy kilka godzin po narodzinach Agatki trzymali w rękach zdjęcia swojej pierwszej wnusi.
Nostalgię można częściowo wyeliminować za pomocą polskich telewizji satelitarnych, oraz I programu polskiego radia, czy też Trójki. Dzięki uprzejmości Konsula Generalnego RP w Warnie miejscowa Polonia zbiera się w Domu Polskim, co roku przed Bożym Narodzeniem, czy też z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Choć obżarstwo jest grzechem, oprócz tego, że człowiek może spotkać rodaków, można ucieszyć i podniebienie smakiem prawdziwego polskiego bigosu, śledzia czy sernika. W Warnie działa i szkoła polska, w której można zdać polską maturę.

Kilka słów o Szumen
 Liczący ok. 100 tys. mieszkańców Szumen jest dziesiątym, co do wielkości miastem w Bułgarii. Historia miasta sięga aż... 3500 lat przed naszą era, kiedy to po raz pierwszy te tereny zostały osiedlone przez ludzi. Jako miejscowi szowiniści szumeńczycy mogą się popisać jako pierwsi prawie w każdej dziedzinie życia. To tu w 1856 roku odbyło się pierwsze przedstawienie pierwszego teatru bułgarskiego, tu została założona pierwsza bułgarska orkiestra, tu zostało zwarzone pierwsze piwo w Bułgarii, tu została wyprodukowana przemysłowo pierwsza kiełbasa, tu jeszcze przez Turków został założony pierwszy zakład hodowli koni arabskich, a nawet tu w pierwszej połowie XIX stulecia został założony pierwszy współczesny dom publiczny, zaspokajający potrzeby fizyczne żołnierzy tureckiego garnizonu. 15 kilometrów stąd w Plisce (stąd nazwa słynnego koniaku) w 681 roku powstało państwo Bułgarów, 20 kilometrów jest z Szumenu do drugiej bułgarskiej stolicy Wielkiego Presławia. W Wielkim Presławiu zaś średniowieczna Bułgaria przyjęła chrzest i rozwinęła piśmiennictwo. 15 kilometrów na wschód od miasta Szumen w skałach płaskowyżu już w VIII - IX wieku na wysokości 23 metrów została wyryta wspaniała płaskorzeźba słynnego Jeźdźca Madarskiego, zaliczona do najbardziej zagrożonych zabytków świata. Replikę tej płaskorzeźby można zobaczyć na każdej bułgarskiej monecie, zaś Order Jeźdźca Madarskiego to najwyższe w Bułgarii odznaczenie państwowe dla cudzoziemców. Ciekawostką jest też fakt, że w 1444 roku po trzydniowych bitwach twierdza Szumen została zawładnięta przez polskiego króla Władysława Warneńczyka, który przez jakiś czas miał tu obóz. Podobno w Szumenie Warneńczyk spotkał uroczego tubylca, z którym wdał się w miłosne igraszki i po całkowitym wyczerpaniu fizycznym ostatecznie nie mógł się skoncentrować na polu walki i zginał pod Warną. Dzisiaj tu warto zobaczyć ową twierdze, oraz największa w Bułgarii świątynię muzułmanów - meczet "Tombuł dżami". Warto też spojrzeć na Szumen z lotu ptaka u podnóża wysokiego 54 metrów pomnika założycielom państwa Bułgarskiego (To tu właśnie ja i mój mąż wzięliśmy ślub).

Jeżeli zaś dopadną was w mieście letnie upały, możecie ugasić pragnienie w najdłuższej w Bułgarii knajpie o długości około 1.5 kilometra, w której jednocześnie pod naturalna klimatyzacją 60-letnich lip na samym deptaku może zasiąść przy piwie czy kawie aż 1500 osób. A stąd potem prosto do morza, bo do Warny jest ok. 90 kilometrów. W Warnie w razie potrzeby jest Konsulat Generalny RP, ale jeżeli zabłądzicie coś albo znajdziecie się w tarapatach zanim dojedziecie do Warny, możemy służyć pomocą czy też informacją. Wtedy prosto dzwońcie do nas śmiało na komórkę - a numer to +35998632348.

Pozdrawiamy
Dodi, Krasi i Agatka

 

reklama