reklama

Kalifornia - raj dla dzieci

Kiedy  zdecydowałam się, że zamieszkam za granicą, pomyślałam, że to będzie tylko przygoda, opcja "na chwilę".

Że sobie tam pojadę, pomieszkam, poznam kraj, ludzi i język, a potem wezmę męża "pod pachę" i wrócimy do Polski. Zupełnie nie brałam pod uwagę możliwości zapuszczenia korzeni w Kalifornii i przywiązania się do nowego miejsca zamieszkania.

Nadal planujemy wielka przeprowadzkę, ale wiecej jest teraz we mnie wątpliwości i wiem z pewnością, ze trudno mi przyjdzie rozstać się z Kalifornią, Venturą (gdzie mieszkamy) i domem, (do którego przywieźliśmy nasze nowonarodzone dzieci i spędziliśmy w nim wiele szczęśliwych chwil).

USA, a właściwie Kalifornie, (bo pojecie USA jest bardzo szerokie, biorąc pod uwagę wielkość tego państwa) wyobrażałam sobie jako szczęśliwą krainę pełną palm, ślicznych plaż, wiecznej zieleni, ciągłego ciepła (przecież nigdy deszcz nie pada w Kalifornii - według słow. piosenki •) i bardzo szczęśliwych ludzi, żyjących łatwo, lekko i przyjemnie. Po przyjeździe okazało się, że plaże są brudne i gdzież im tam do bałtyckich, południowa Kalifornia (gdzie mieszkamy) jest przez większą cześć roku spalona słońcem i szara, przez większość jesieni, zimę i wiosnę jest chłodno (no może nie na kurtkę, ale co najmniej na ciepły sweter i długie spodnie), a ludzie mają takie same problemy jak wszędzie  - martwią się o jutro, jak spłacić rachunki, karty kredytowe, za co wykształcić dzieci itd. Nie zawiodły mnie tylko palmy - są wszędzie i w dużej ilości. Ale to takie nudne drzewa...

Najbardziej zaskoczyły mnie odległości (wszędzie jest straaaasznie daleko) i ilość samochodów, przeważnie duuuzych. Jak się nad tym głębiej zastanowić - jedno jest powiązane z drugim. Poza tym, jeśli chodzi o ludzi, to zaskoczyło mnie i denerwowało na początku to ciągłe amerykańskie uśmiechanie się i te bezsensowne wymienianie zwrotów grzecznościowych. Te, przy byle okazji, z byle kim, wszędzie: How are you? Gooood and how are you? I am perfectly fine, thank you! - i tak w kolko bez konca, bleee!)

Pierwsze dni - niewiele z nich pamiętam. Pamiętam natomiast zapach naszego domu (tzn. tego, w którym teraz mieszkamy), tak inny od zapachu mojego łódzkiego mieszkanka. Potem zajęłam się, zdaje się, rozpakowywaniem, moszczeniem się i w ogóle robiłam wiele, żeby to miejsce uczynić jak najbardziej moim. Potem natychmiast złapałam jakiegoś wirusa i przeleżałam tydzień w łóżku.

Przyleciałam do USA tuz przed Świętami Bożego Narodzenia i był to wyjątkowo ciepły grudzień w Kalifornii. Możecie sobie wyobrazić ten szok termiczny po wyjeździe z zaśnieżonej Polski? Było mi nieco ciężko przywyknąć do upałów o tej porze roku, a Wigilia przy temp. powyżej 20 C to już była zupełna abstrakcja i nowość. Ciągle pamiętam, jak oblewałam się potem nad gracą zupą grzybową.

No i byłam w ciąży! W 4 mcu mojej pierwszej ciąży! Ufff, jak to dobrze, ze znalazłam pl.soc.dzieci wkrótce po przyjeździe na "nowe śmieci"! Byłam taka zielona, jeśli chodzi o korzystanie News Groups i Magda Busk tak bardzo mi wtedy pomogła. Prawdę mówiąc lista zastąpiła mi grono doświadczonych koleżanek, które każda z nas lubi mieć wokół siebie będąc w ciąży. Komuś w końcu mogłam zadać te niekończące się, podstawowe pytania dręczące przyszłe mamy.

USA jest krajem super przyjaznym dla wszystkich "mniejszości" począwszy od psów i kotów, poprzez dzieci, kobiety karmiące i ciężarne, a skończywszy na staruszkach i osobach niepełnosprawnych. Brak jakichkolwiek barier architektonicznych jest bardzo miły. Wszędzie są podjazdy, windy itd. Podoba mi się, (na przykład - wybrany z wielu) że w mall,’u czyli tutejszym domu towarowym jest specjalna toaleta dla mam z dziećmi, gdzie nie tylko możesz spokojnie wjechać wózkiem, znaleźć bezpieczny, szeroki stół do przewinięcia malucha, ale także miejsce, gdzie możesz w ciszy i spokoju nakarmić dziecko piersią (oddzielny pokój w wygodnym fotelem) oraz toaletę gdzie oprócz kibelka i umywalki normalnej wielkości jest także takiż zestaw w rozmiarze "przedszkolnym". Tadzio uwielbia to miejsce, • Co prawda, nie zawsze jest tam tak sterylnie czysto, ale... Kilka razy widziałam jak to miejsce było sprzątane w ciągu dnia. Lubię tez to, ze w prawie każdej knajpie dziecko jest mile widzianym gościem, dostanie wysokie krzesełko, malowankę i kredki do malowania i w ogóle nikt na nie nosem nie kreci. Jest dużo placyków zabaw, przystosowanych dla dzieci w rożnym wieku. Zazwyczaj obok placyku jest ogólnodostępna, nie najgorzej utrzymana toaleta. Nie wiem czy tak jest w każdym miejscu w USA, ale w Ventura, tak. Urządzenie na placykach są na bieżąco naprawiane - zerwana huśtawka w "naszym" tj. najbliższym dla nas parku została naprawiona na następny dzień po uszkodzeniu. Przy każdym placyku jest porządny kawał trawnika, który jest regularnie koszony i podlewany. Jest gdzie biegać i grac w piłkę, jest tez kilka betonowych ścieżek, gdzie dzieci mogą Np. jeździć na rowerkach albo wrotkach, z dala od ulicy.

Bardzo podoba mi się w tutaj zwyczaj organizowania tzw. play-groups, czyli nieformalnych grup mam, które maja dzieci mniej wiecej w tym samym wieku. Moja play-group zawiązała się przy okazji uczęszczania na zajęcia poświęcone opiece nad noworodkiem organizowane przez szpital, w którym wszystkie rodziłyśmy nasze dzieci. Od tego czasu, (czyli prawie trzy lata) spotykamy się regularnie. Najpierw, kiedy wszystkie siedziałyśmy w domu, spotykałyśmy się raz w tygodniu, co tydzień w innym domu. Gospodyni stawiała lunch dla pozostałych a jak nie miała czasu to zamawiałyśmy pizze na telefon. Z biegiem czasu potrzeby naszych dzieci nieco się zmieniły i teraz organizujemy sobie wspólne wyjścia do parku, wyjazdy do zoo i takie tam inne rozrywki. Czasem spotykamy się bez dzieci, wieczorem w knajpie (bez mężów). Coraz trudniej jest nam zgrać terminy spotkań, bo pojawiły się dzieci nr 2, niektóre zaczęły pracować, starsze dzieci poszły do przedszkola, ale jeszcze jakoś się trzymamy.

Nie powiem, żeby to były moje najlepsze przyjaciółki, ale stanowią dla mnie wielkie wsparcie i są bezcenna kopalnia wiedzy o okolicznych lekarzach, wyprzedażach, rozrywkach dla dzieci, lekcjach pływania itd.

Myślę, ze warto byłoby zadać pytanie -  co mi się w USA nie podoba (jeśli chodzi o stosunek do dzieci, matek, karmiących piersią i ciężarnych). No, bo w końcu - nie wszystkim jestem taka znowu zachwycona. Denerwuje mnie, np. to, ze gołego dziecka nie wypada puścić na plażę publiczna. Musi mieć pieluchę lub kostium. Po pierwsze z powodu ogólnego strachu przed spotkaniem pedofila lub innego rodzaju dewianta, a po drugie, dlatego, ze Amerykanie są niezwykle pruderyjni - Np. nie ma żadnej, ale to żadnej golizny w TV publicznej, wszystkie filmy są ocenzurowane tj. mają powycinane wszelkie sceny pokazujące zbyt dużo gołego ciała (czytaj - sutki i rejony "strategiczne" plus ostry seks). Dziwne, ze na przykład sceny przemocy w filmach wcale im nie przeszkadzają. Polacy są pod tym względem dużo bardziej naturalni i tolerancyjni. W każdym razie nauczyłam się, ze zawsze, kiedy moje dziecko (urodzony naturysta) ma ochotę ściągnąć majtki w obecności innych dzieci i ich mam (Np. podczas wspólnych zabaw w dmuchanych basenikach czy przydomowych basenach) wypada zapytać zebranych czy nie maja nic przeciwko temu. Bo a nuż obrazi to ich uczucia.

Ta sama sytuacja jest z karmieniem piersią - najlepiej robiąc to w miejscu odosobnionym a jeśli już koniecznie chcesz to robić publicznie, to trzeba przykryć swoja nieskromna pierś i dziecko kocykiem albo specjalna zasłonką (tak, tak, możesz takowe nabyć w sklepie). Generalnie karmienie piersią staje się coraz popularniejsze, choć jest to dalej trudne spopularyzowania na szersza skale z powodu szczątkowych urlopów macierzyńskich i braku urlopów wychowawczych. Trudno jest przecież karmić piersią pracując na pełny etat a na siedzenie mamy w domu nie każdą rodzinę stać. Stad tez w sklepach wielki wybór różnego rodzaju pomp do ściągania mleka a także mieszanek, butelek, smoczków itd.

Dalej - niezwykle zdziwił mnie fakt, ze w poczekalni u lekarza pediatry nie ma oddzielnych pomieszczeń dla dzieci zdrowych i chorych. Niby krotko się tam czeka, bo jesteś umówiony na godzinę, ale jednak zawsze. jak tam idę z kichającym Tadziem, to mam wrażenie, ze za chwile mały złapie jakąś poważniejszą chorobę. Poza tym -wybór leków bez recepty jest bardzo ograniczony, lekarz zaś nie przepisze Ci leku ziołowego czy homeopatycznego, albowiem takie leki w tym kraju zaliczane są do kręgu medycyny alternatywnej, a wiec czegoś, co szanujący się pediatra uważa za szamaństwo. Dla mnie wychowanej na polskiej aptece, gdzie półki uginają sie od syropów, ziółek, granulek - to był po prostu szok. Czym mam leczyć np. kaszel u mojego 3-latka? W aptece - tylko kilka leków, przeciwkaszlowych, które zresztą zawierają ten sam działający składnik a wiec różnią sie tylko nazwa, a w sklepach zielarskich (sa tez takowe) nie ma syropów, stoją tam natomiast setki leków ziołowych, których nazwy nic mi nie mówią, a poradom sprzedawców w tych sklepach nie ufam, bo nie sa to dyplomowani farmaceuci. Za każdym razem jak jadę do Polski przywożę sobie żelazny zapas ziół i homeopatii.  Mamy tu duży wybór gotowych obiadkowi, natomiast, jeżeli chodzi o wybór gotowych kaszek - to w Polsce jest pod tym względem El Dorado, a w USA kompletna pustynia (może dwa czy trzy rodzaje wszystkiego). Pamiętam rocznego Tadzia zażerającego sie kaszkami podczas jego pierwszego pobytu w Polsce (miał wtedy ok. roku). Fajne sa tez herbatki ziołowe instant - w USA nie do dostania.

Czy coś mnie zaskoczyło w podejściu tubylców do wychowania dzieci? Czy stało się dla mnie inspiracją? Długo zastanawiałam się nas odpowiedzią - i myślę, ze ogólne zasady wychowania sa mniej więcej zbliżone do polskich. Tak jak w Polsce, dużo zależy od poziomu rodziców, wykształcenia, pochodzenia etnicznego itd. No i do tego czy są to mądrzy czy głupi rodzice J - pisałam o tym niedawno na grupie. Co mi się podoba? Ano, podoba się mi sie, ze tutaj dzieciom od maleńkości mówi się, ze nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia, powtarza się im cały czas, ze, jeśli będą chciały czegoś zrobić to sa w stanie to osiągnąć. "You CAN do it" - słyszy sie bardzo często w parku i na ulicy. Dziewczynkom mówi sie, ze są ładne. W ogóle wiecej sie dzieci chwali niż gani, a brak pochwały jest traktowany jako kara. Tak wiec przeciętny mały Amerykanin jest dosyć pewny siebie i raczej nie wstydliwy, wali wszystkim na ty, przybija piątkę na prawo i lewo i w ogóle jest dosyć przebojowy. Myślę, ze potem wyrastają z nich ci przeciętni Amerykanie, pewni siebie (czasem aż aroganccy), dążący do sukcesu, zahartowani w walce z przeciwnościami. Wiem, ze taka postawa dla Polaka jest za prosta (żeby nie powiedzieć prostacka), ale właśnie ona stanowi o dobrobycie Ameryki i jest tutaj traktowana za cnotę. Bardzo chciałabym, żeby Tadzio przejął trochę tej pewności siebie, zachowując przy tym polska fantazje i poczucie pomoru. Jego tacie znakomicie sie to udało, wiec drugie pokolenie w postaci Tadzia tez nie zawiedzie.

Zwraca sie tez tutaj niesłychaną uwagę na umiejętność działania i współżycia w grupie. Wszystkie mamy, z którymi sie spotykam przy różnych okazjach namawiają nieustannie dzieci do dzielenia sie zabawkami, czekania na swoja kolej, wspólnej zabawy itd. - nawet, jeśli dotyczy to 1-2 latków, które z zasady nie rozróżniają, co moje a co czyjeś. Amerykanie są tez bardzo (bardzo, bardzo!) Uśmiechnięci i uprzejmi, na co dzien a wiec obowiązkowe "szczerzenie sie" do wszystkich i uprzejme "pogaduszki" ze wszystkimi plus "proszę" i "dziękuję" przy każdej okazji. Dzieci sa tego uczone niemal od pieluch i trzeba przyznać sa dość uprzejme. Nie zdarzyło mi sie np. żeby jakieś dziecko w wieku szkolnym, na zwróconą przeze mnie uwagę (np. uważajcie, proszę na młodsze dzieci na zjeżdżalni!) Odpowiedziało arogancko albo ordynarnie. Inna sprawa, ze tu gdzie mieszkam nie spotyka sie dzieci z marginesu...

Trudno mi przyzwyczaić sie do tego, ze nie mam tu rodziny i przyjaciół pod bokiem. Prawie nikt zresztą nie ma. Amerykanie przeprowadzają sie łatwo, bezboleśnie i bez sentymentów. Często maja liczne rodziny, cóż jednak z tego skoro poszczególni członkowie tych rodzin sa tak rozrzuceni po całych Stanach, ze do spotkań rodzinnych dochodzi raczej rzadko.

Jeśli chodzi o opiekę na dziećmi, częściej korzysta sie z usług opiekunki do dzieci niż cioci, babci czy siostry. A ja jestem zwierze rodzinne i te Wigilie nieróżniące sie składem uczestników od normalnego obiadu już mi bokiem wychodzą. Niepraktykowane jest tez wpadanie do siebie na herbatę, ot tak, bez zapowiedzi. Pamiętam jak sie uśmiałam, kiedy moja koleżanka Polka (z mężem prawdziwym Amerykaninem a nie takim pol-na-pol jak mój), kiedy wpadłam do niej bez zapowiedzi, przywitała mnie z entuzjazmem: "ach, jak fajnie, ze sie nie zapowiedziałaś, zupełnie jak w Polsce...!"

Co do rzeczy, które mnie denerwują - to, tak a propos wojny w Iraku, do szalu doprowadzał mnie hura patriotyzm Amerykanów, powiewanie flagami, demonstracje (za i przeciw) itd. Polacy po swoich doświadczeniach z komunizmem maja do patriotyzmu dużo bardziej powściągliwy stosunek, a już tez demonstracje i flagi, to absolutnie pachniało mi 1-szym maja. W ogóle ze stosunkiem do flagi amerykańskiej to tez jest niezły numer - z jednej strony jest to jedna z ich największych świętości z drugiej strony traktowana jest jako bardziej symbol pop-kultury niż jak flaga w naszym polskim zrozumieniu. W Polsce nikt by sobie nie uszył szortów z flagi a tutaj jest to znak patriotyzmu .
Jak można z dziećmi spędzić wolny czas?

Rożnie, rożniscie - zależy, ile forsy chcesz na to wydać. Jeśli nic albo mało - to można udać sie do księgarni lub biblioteki publicznej, gdzie jest mnóstwo książek, z których można korzystać na miejscu, a oprócz tego w wyznaczonych godzinach sa tzw. Story-times czyli głośne czytanie książeczek dla dzieci (czytaj pracownicy tych instytucji. Raz w tygodniu, w domu towarowym odbywa sie mała impreza dla dzieci, za darmo. Raz jest to magik, raz kukiełki, innym razem przyjeżdża facet, który śpiewa piosenki dla dzieci itd. Trwa to ok. godziny i jest dobre na deszczowe, zimowe dni. Jak już wspomniałam jest dużo parków i terenów do gry w piłkę, kortów tenisowych, ogólno dostępnych. W przypadku Ventura - jest jeszcze plaża, przez cały rok, no może nie do kąpieli, ale na pewno do spacerów i kopania w piasku. Z droższych rozrywek - dziesiątki zajęć ze śpiewu, tańca, pływania, plastyki, gimnastyki - niektóre już dla 2-letnich dzieci. Nie ma właściwie sal zabaw jak w Polsce a wlaściwie jest tylko Chuck E. Cheese, czyli cos w rodzaju sali zabaw połączonej z pizzerią. Oprócz zjeżdżalni, basenu z piłeczkami itd są tam jeszcze niezliczone automaty do gier, na żetony (także karuzele, samolociki, samochody dla młodszych dzieci). Nie ma teatrów kukiełkowych L Raz w roku w lecie (z okazji Fairs czyli czegoś w rodzaju powiatowej wystawy rolniczej) przyjeżdża olbrzymie wesołe miasteczko. Do najbliższego ZOO mamy 40 minut jazdy samochodem.

Tadzio nie chodzi do przedszkola - planujemy przedszkole od nowego roku kalendarzowego. Jest to dość droga impreza i rzadko, kogo stać na posyłanie dziecka przez 5 dni w tygodniu. Najczęściej mamy posyłają tam dzieci na dwa lub trzy dni w tygodniu, najczęściej na 3-4 godziny, (choć można tez na dłużej, co jest oczywiście odpowiednio droższe). Przedszkola sa dla dzieci w wieku od 2 do 4 lat. 5-Latki idą już do szkoły, czyli do takiej jakby tutejszej zerówki. Wiecej szczegółów mogę dostarczyć po nowym roku, kiedy sama będę miała przedszkolaka w domu. Chętnie przeczytam o doświadczeniach innym mam, które posyłały dzieci do przedszkola, (czyli preschool) tu w Stanach.

Jestem wielką miłośniczką Halloween - wielokrotnie broniłam Halloween na liście, próbując wyjaśnić jak to naprawdę wygląda w Stanach. Co roku mamy masę frajdy przebierając dziecko, siebie, dom a czasem i Babcie, robiąc latarnie z dyni, kupując cukierki dla przebierańców itd. Nie wiem, gdzie będziemy mieszkach w przyszłości ale na Halloween zawsze będę robiła sobie latarnie z dyni. Podoba mi sie tez zwyczaj wieszania swiatelek na domach na czas Bozego Narodzenia. Moja teoria jest taka, ze Kalifornijczycy rekompensuja sobie w ten sposób brak śniegu na święta.

Na Wielkanoc, natomiast, robi sie dzieciom tzw. egg-hunt, czyli polowanie na jajka. Kupuje sie dziesiatki plastikowych, kolorowych jajek, napełnia sie to słodyczami lub małymi, tanimi zabawkami i chowa sie te jajka gdzieś poza domem, np. w parku czy ogrodzie. Rano w Wielkanoc dziecko idzie z koszyczkiem szukać jajeczek. To taka odmiana naszego Zajączka. Tadzio i jego koledzy mieli w tym roku straszna frajdę podczas egg-hunt.

Kalifornia to jest jedna wielka frajda dla dzieci. Tu sie przyjeżdża z dziećmi na wakacje życia. A my mamy te wszystkie atrakcje w odległości kilku godzin jazdy samochodem i przyznaje, ze w większości jeszcze nie byliśmy L Jest Disneyland i LegoLand, o których nic nie mogę powiedzieć oprócz tego, ze sa w sezonie zatłoczne i bardzo drogie. Polecam natomiast See World w San Diego. Warto zapłacić każde pieniądze, żeby zobaczyć pokazy tresowanych fok, orek i delfinów. Można usiąść w strefie pryskania, czyli tam gdzie na pewno dopadnie cię woda wychlapana przez zwierzaki podczas skoków i akrobacji. Poza tym zajdziecie tam wszystkie zwierzaki morskie, np. pingwiny w specjalnym wyziębianym pawilonie, rekiny, które pływają w basenie nad tobą a ty właśnie spacerujesz specjalnym tunelem pod woda i takie tam inne atrakcje. Z tego samego rodzaju polecam Aquarium w Monterey. Jest małe i kameralne, ale zbudowane z myślą o dzieciach. Tadzio (miał wtedy 2 lata) był zachwycony mozliwoscia pogłaskania żywej płaszczki, pływającej w odkrytym, płytkim basenie. I na koniec polecam Zoo w Santa Barbara. Jest małe, tak wiec małe dzieci sie raczej nie zmęczą, posiada podstawowy zestaw zwiarzat (słonie, żyrafy, lwy, nawet goryle (!), Ptactwo, ryby), ale jest bardzo ciekawie zbudowane.

Nie sposobi nie napisać tu o podstawowym pożywieniu tutejszych dzieci, czyli o peanut-butter and jellie sandwich, czyli o kanapce z maslem orzechowym i galaretka owocowa. Jest to łatwa do zrobienia i bardzo pożywna kanapka. Bierze sie chleb (taki jak na tosty), smaruje masłem orzechowym, polewa galaretka (ona ma tutaj taka półpłynną konsystencje, cos pomiędzy sokiem a dżemem), składa na pół i gotowe. Słyszałam nawet opinie (moim zdaniem przesadzone), ze taka kanapka zrobiona na pełnoziarnistym chlebie, dostarcza tyle składników odżywczych, ile powinien zawierać pełnowartościowy posiłek. No, nie wiem. W każdym razie, na początku wydawało mi sie to nie do przełknięcia, słodkie i mdłe, bleee! Potem zobaczyłam, ze Tadzio częstowany tym specjałem przy rożnych okazjach, o dziwo, je te kanapki. Jakoś sie wiec do nich przekonałam. A w ciąży zdarzyło mi sie nawet mieć na nie specjalny apetyt, co mój mąż skwitować stwierdzenie, ze jego polska żona zupełnie sie juz w tych Stanach zamerykanizowała. Jest jeszcze jedna rzecz, którą tutaj odkryłam i nie przepuszczam żadnej okazji, żeby spróbować. Jest to clam chowder, czyli bardzo gęsta zupa z ziemniaków i małży. Mniam -  polecam!

Kończę, bo mogłabym tak bez końca.
Pozdrawiam
Kasia Lisowska

reklama