reklama

Moja Ameryka

Już jako dziecko, z nieznanego mi w zasadzie powodu, chciałam opuścić Polskę i zamieszkać gdzieś daleko poza jej granicami.

Moje wyidealizowane marzenia ciągnęły mnie w stronę mlekiem i miodem płynącej Ameryki, którą znałam z bajkowych, kolorowych filmów i gazet, gdzie od wielu pokoleń mieszkała większość mojej pra-rodziny ze strony ojca.

Przepaść ekonomiczna w tamtych czasach pomiędzy Ameryką a Polską była jeszcze ogromna. W Polsce żyło się dość ciężko, więc USA, znane jedynie z mocno przekoloryzowanych opowieści wydawało się być bardzo atrakcyjne.

Życie pokierowało mną tak, że okazja, na którą czekałam cale swoje dzieciństwo, nadeszła - byłam studentką (drugi rok), świeżo upieczoną mężatką i matką dwumiesięcznego niemowlęcia. To był chyba najmniej pożądany okres – już przygasiłam swoje emigranckie marzenia, rozpoczęłam studia i założyłam rodzinę. Nie chciałam wtedy w zasadzie wyjeżdżać. To był taki krok wiary i pełna determinacją - szybka decyzją, spakowanie maleństwa i niewielkiego, aczkolwiek całego życiowego dorobku i wyjazd w nieznane.

Pierwsze wrażenia. Chaos i kontrasty

Nie pamiętam dokładnie już, co było moim największym zaskoczeniem po wylądowaniu na ziemi amerykańskiej. Długo przygotowywałam się do napisania tych kilku zdań, mających przedstawić moje życie emigranckie i jestem ogromnie zaskoczona, że do tylu rzeczy juz przywykłam. Nie są one dla mnie absolutnie niczym specjalnym, wyjątkowym czy zaskakującym! Zbyt wiele lat minęło. To Polska jest dla mnie odległą historia. W zasadzie nie dane mi było wieść dorosłego życia w mojej starej ojczyźnie, dlatego nie mam zbyt wielkiego, aktualnego porównania.

Jeśli dobrze pamiętam, to najbardziej chyba zaskoczył mnie ogólny chaos i kontrast wszystkiego, co mnie otaczało. "Chaos" który zastał mnie już na lotnisku, jakże potężnym i niemalże kosmicznym, z ogromem ludzi o różnych kolorach skóry, posługujących się wszystkimi chyba językami świata, do tego startujący bądź lądujący co kilkanaście sekund samolot, liczba samochodów - bardzo dużych samochodów, wielkie przestrzenie, rozległa zabudowa, nieziemski upal połączony z wilgocią i niewyobrażalne dla Europejczyka odległości.

Uderzyły mnie tez przerażające kontrasty. Jednym słowem upraszczając: strzelistość wieżowców kontra plaska architektura przedmieść. Huk centrum wielkiego miasta kontra wyrywający mnie o piątej rano ze snu bajeczny śpiew ptaków. Tętniące życiem Chicago kontra pogrzebane żywcem Detroit. Gęsta zabudowa miejska kontra niemal bezludne przestrzenie. Bogactwo ludzi mieszkających przy najbardziej uprzemysłowionych rejonach kontra ogromna bieda stanów niezagospodarowanych i rolniczych.

Co stan, to obyczaj

Zaskoczeniem dla mnie był fakt, ż każdy stan przypomina samodzielne państwo, rządzące się odrębnymi prawami, zwyczajami, podatkami, klimatem, architektura, z dialektem językowym ciężko zrozumiałym przez sąsiada i różniące się sposobem życia – w niektórych dziedzinach aż do granic skrajności. Ludzie w Illinois mają kompletnie inne życie niż Kalifornijczycy czy Nowojorczycy, nie wspominając o południowych stanach USA czy górskich ranczy w Kolorado.

Początkowo zamieszkałam na dość bliskich peryferiach dużego miasta. Moj adres pokazywał Chicago, ale daleko temu było do Chicago, które znałam z filmów. Szokiem był dla mnie fakt, że do najbliższego sklepu muszę dojeżdżać kilka czy nawet kilkanaście kilometrów, nie ma chodników na przedmieściach, sygnalizacja świetlna jest nieprzyjazna dla pieszych, ulice są opustoszale, a komunikacji miejskiej jak na lekarstwo. Że wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym i że zrobić prawo jazdy może każdy, kto posiada 10 dolarów w kieszeni, wie jak przekręcić kluczyki w stacyjce i kręcić kierownicą na boki. Pamiętam, jak po kilku pierwszych dniach pobytu wybrałam się na pieszy spacer w kierunku widzianego przeze mnie gołym okiem centrum miasta, zachęcająco zapraszającego swoimi wieżowcami, pobłyskującymi na horyzoncie. Hm… Po godzinie marszu z wózkiem owe wieżowce jakby oddaliły się... Okazało się później, że autobusem muszę jechać aż godzinę do tego miasta, które wydawało mi się być w zasięgu ręki.

Mentalność i zwyczaje

Mieszkając w tym kraju polubiłam jego różnorodność. Jeśli się jest otwartym, można poznać wielu interesujących i ciekawych ludzi, rozwijać się, dowiedzieć wielu rzeczy, zobaczyć coś z całkiem innej perspektywy. Podoba mi się wysoka samoocena ludzi i sposób myślenia. W naszą, szeroko pojmowaną jako wschodnio-europejską mentalność jest wpisany fatalizm. A tu ludzie wierzą w to, że mogą swoje życie zmienić, że mają władzę nad rzeczywistością i realizują to.

Zaskoczył mnie również fakt, jako osobę pochodząca z kraju jednolicie kulturowego i etnicznie, że USA jest taką mieszanką rasowa i zwyczajową oraz ta ogólna tolerancja Amerykanów do ludzi niemiłosiernie kaleczących ich język, o których muszą się ocierać każdego dnia. Przeraził mnie ogrom Polaków mieszkających na obczyźnie, niezbyt przyjaznych i chętnych do pomocy tym świeżo przybyłym z kraju. Liczba przeróżnej maści biznesów i sklepów, których właścicielami byli Polacy, polskie szkoły sobotnie, do których zmuszana jest większość dzieci zamieszkałych tutaj rodaków, miejsca i dzielnice, gdzie przybyli ponad pól wieku temu Polacy normalnie mieszkają i funkcjonują bez konieczności znajomości języka angielskiego...

Boleśnie dotykał mnie brak wspólnego stołu podczas Wigilii. W ogóle totalna komercja podczas świat jakiego do tej pory nie znałam. To właściwie przyczyniało się do corocznej świątecznej depresji i wielkiej tęsknoty za rodzina i ochota spędzania świąt w Polsce właśnie podczas tych pierwszych lat po przybyciu. Obecnie częściowo przywykłam do tutejszych zwyczajów, mam swoją rodzinę juz tutaj i wszelkie święta celebrujemy juz w powszechnie panujący sposób. Moich dzieci nie drażni fakt że nie ma Wigilii, że święta to tylko jeden dzień, a choinkę i dekoracje składa się praktycznie pod koniec grudnia, zacierając skrupulatnie wszelkie ślady świąt. Opuściłam w końcu również Chicago... ponad 13 lat temu, zamykając pewien etap w swoim życiu. Może przestałam uważać się za emigranta, a stałam się po prostu miejscowym obywatelem? Jednym ze "swoich"?

Absurdy

Nie podoba mi się natomiast częste popadanie w skrajność wśród zwyczajów amerykańskiego społeczeństwa. Doskonałym przykładem może być nadmierna pruderia współistniejąca z największa chyba na świecie rozwiązłością moralną. Przebieranie niemowlęcia w miejscu publicznym jest gorszące i karalne, a rozpoczynające bujne życie seksualne trzynastolatki są sprawą normalnie traktowana. Wysyłanie 18-latka na wojnę jest zjawiskiem powszednim, a zakupienie przez niego kufla piwa po powrocie do kraju jest niezgodne z prawem, bowiem 18-letnia osoba jest w świetle prawa niepełnoletnia. Jest wiele tego typu absurdów uprzykrzających codzienne życie.

Rodzina po amerykańsku

Tu, gdzie mieszkamy, dzieci i rodziny są traktowane jak największa inwestycją i skarb społeczeństwa. Otacza je szacunek i przesadną może nawet opieka.

Urodziłam tutaj dwoje dzieci, ale moje obydwa porody miały miejsce w domu z prywatną położną, wiec niestety nie mogę nic napisać o szpitalach i konwencjonalnej opiece medycznej z własnego doświadczenia. Wszystkie fakty znam jedynie z opowieści.

Jeśli chodzi o wychowanie dzieci, szkoły i system edukacji - podobnie niewiele mam do powiedzenia. Moje dzieci chodzą do całodziennej prywatnej szkoły prowadzonej programem wg. filozofii Marii Montessori. Nie jestem zwolennikiem tradycyjnego szkolnictwa w wydaniu amerykańskim, w związku z tym, pomimo 20 lat spędzonych w tym kraju, nie miałam bliższej przyjemności funkcjonowania w szkołach publicznych.

Nasza przygoda w szkole montessorianskiej trwa juz kilkanaście lat - od kiedy to mój najstarszy, teraz juz dorosły syn, zaczął swoją karierę szkolna. Poświęciłam wtedy kilka lat na przestudiowanie różnic pomiędzy edukacją konwencjonalna a tą oferowaną jako wynik licznych badań prowadzonych przez Marie Montessori. Moj wybór padł na szkolę montessorianską, pomimo tego, że tego typu szkoły są tutaj bardzo drogie i wyłącznie prywatne. Metoda ta kładzie nacisk na swobodny rozwój dzieci. Przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Marii Montessori „szkolna ławka”. Montessori uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego.

Młodsi synowie - lat 10 i 5 uczęszczają do placówki prowadzonej w tym samym systemie, chodząc do tej samej małej, lokalnej szkoły w naszym miasteczku. Starszy od 3. roku życia i obecnie jest w 4 klasie, a młodszy uczy się drugi rok w tzw. Children's Mouse, czyli Domu Dzieci, realizując w tej chwili program przed-zerówkowy. Jak pisałam wyżej jest to całodzienna szkoła, zajęcia czysto akademickie kończą się o 15, po czym dzieciom oferowany jest zorganizowany blok zajęć rekreacyjnych, mianowicie wspólne gry i zabawy, codzienny pobyt na zewnątrz na placu zabaw czy wycieczki bez względu na pogodę, gimnastyka na świeżym powietrzu, rytmika, szachy, gra na instrumencie (starszy syn gra na saksofonie), czas w którym dziecko odrabia zadania i kończy projekty (nie ma prac domowych – dzieci wykonują wszystko podczas pobytu w szkole), albo po prostu tzw. cichy czas, w którym dziecko czyta książkę, bawi bądź odpoczywa i relaksuje się. Chłopcy odbierani są codziennie po 18 i mimo późnej godziny nie widać po nich zmęczenia. Nadal są pełni energii i po przyjeździe do domu mają przeciętnie dwie godzinki czasu na zabawę, bajkę w telewizji, komputer, zjedzenie posiłku oraz przygotowanie się do łóżek. Czują się w tej szkole świetnie, jak w swoim drugim domu. Podczas przerw wakacyjnych zawsze z utęsknieniem wypatrują powrotu do swoich klas szkolnych i przyjaciół.

Dom

Jednym z naszych przywilejów mieszkania tutaj jest możliwość posiadania domu nad krystalicznie czystym jeziorem, z własną plażą i wydzielonym prywatnym miejscem do pływania, dzięki czemu moje dzieci spędzają większość lata korzystając z tych plażowych i przyjeziornych dobroci, pluskając się z sąsiadami, budując zamki z piasku bądź pływając z tata łodzią. Mamy tu ciszę i spokój, czujemy się bezpiecznie. Mała i nieuboga ze względu na wysokie podatki od nieruchomości społeczność miasteczka bardzo nam odpowiada. Wszyscy się znają, przynajmniej z widzenia i zawsze pozdrawiają z uśmiechem. Wokół lasy, jeziora i tereny wypoczynkowe, brak zanieczyszczenia i dobry klimat. Często organizujemy sąsiedzkie przyjęcia na plaży z drobnym składkowym poczęstunkiem i zorganizowanymi atrakcjami nad woda. Nasze zamknięte osiedle składa się zaledwie z kilkudziesięciu domów, w związku z tym wszyscy się dobrze znamy i tworzymy jedna wielka rodzinę spędzając ze sobą wspólnie cale lato.

Atrakcje poza domem

Jeśli chodzi o spędzanie czasu poza domem możliwości jest wiele, zarówno są to opcje darmowe, jak i takie, które wymagają jakiegoś wkładu pieniędzy. Są to tematyczne muzea dla dzieci, bawialnie, ogromne place zabaw, specjalne sale gimnastyczne, parki wodne, niezliczone baseny i pływalnie ogólno dostępne dla wszystkich dzieci, zajęcia muzyczne, plastyczne, szkoły tańca, jazda konna, tenis i cala masą tym podobnych rekreacji. Nasza ulubiona juz tradycją jest odwiedzanie farmy dyniowej każdego roku w październiku, gdzie oprócz standartowych atrakcji typu wiejskie wesołe miasteczko, jest też jazda traktorem na pola dyniowe i zbieranie dyni. Wykorzystujemy je później do gotowania w kuchni bądź dekoracji w sezonie jesiennym i tworzenia latarni podczas popularnego tutaj święta Halloween. Zimą organizujemy wycieczkę na pokazy świateł i dekoracji świątecznych oraz huczne zapalanie choinki jako rozpoczęcie sezonu i tradycyjne zdjęcie z tutejszym Mikołajem czyli Santa. Obowiązkowa atrakcją jest również Wielkanocne Egg Hunt, czyli polowanie na wypełnione przysmakami jajka Wielkanocne, ukoronowane tradycyjnym zdjęciem z Wielkanocnym Zającem. Kraj ten jest bardzo przyjazny na spędzanie rodzinnego czasu z dziećmi i naprawdę jest w czym wybierać.

Kuchnia

Jeśli chodzi o kuchnię, to akurat my gotujemy dosyć nietypowo. Był czas, kiedy jadaliśmy dużo i bardzo często w przeróżnych restauracjach, ale zmieniliśmy podejście do odżywiania, nastawiając się na przygotowywanie posiłków w domu od podstaw. Gotuję dość niekonwencjonalnie, stosując w dużej przewadze dietę paleonistyczną bezmączna. Uwielbiam kuchnię meksykańską, indyjską, bezglutenowe desery, mięso pod każdą postacią, które zakupujęe bezpośrednio z ekologicznego gospodarstwa i sezonowe warzywa, zdobywane na targach ze zdrowa żywnością. Uwielbiamy też pizzę, która piekę bez grama maki na cieście z kalafiora. Ostatnio odwiedzając najstarszego syna zamieszkałego na stale w Kalifornii miałam okazję poznać rodzinę jego żony, która ma meksykańskie korzenie, i zaczerpnąć praktycznej wiedzy z kuchni latynoskiej,  łącznie z kilkoma pożytecznymi przepisami. Polecam rybne tacos albo wszelkiego rodzaju mięsno-warzywne fajitas. Przyjezdnym turystom odradzam absolutnie posiłki w dużych sieciach, natomiast mogę polecić małe rodzinne knajpki, które kładą nacisk na jakość i czystość oferowanych potraw oraz dbają o dobre imię swojego biznesu.

Moja duma…

Tak w przybliżeniu wygląda to moje emigranckie życie z pozycji zasiedziałego już poważnie domownika. Kraj, który stal się moją drugą ojczyzna, tu wychowuję swoje dzieci, tutaj jest mój dom, tutaj pochowana jest moja mamusia, tutaj rozwinęłam swoją karierę zawodową, a mój pierworodny syn broni tego kraju, wyjeżdżając na misje wojenne w szeregach Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Jestem z niego niesamowicie dumna, chociaż przy każdej kolejnej misji moje serce zamiera ze strachu -  wiem, że jego życie i ciężki zawód jest błogosławieństwem dla wielu. Podobnie jestem dumna ze swoich młodszych synów, którzy dopiero uczą się życia, osiągają dobre wyniki w nauce, są ciekawi świata, moją dobre serca i są niezwykle przyjacielscy. Żyjemy w kraju, który potraktował nas bardzo serdecznie, dal nam wiele możliwości, dzięki czemu mogę powiedzieć, że moje życie jest spełnione.

Zapraszam w odwiedziny do malowniczego rejonu Midwest, pełnego bajecznych jezior i lasów!

reklama