reklama

Teraz mieszkam w Anglii

Kończyłam studia polonistyczne, byłam w szóstym miesiącu ciąży, a mój mąż Ben (jest Bułgarem) od dłuższego czasu pracował w Anglii.

Podjęliśmy decyzję o mojej wyprowadzce z Polski.
Nie bałam się opuścić kraju, ponieważ tak naprawdę niewiele rzeczy mnie w niej trzymało. Czułam, że to będzie dobry, nowy start i tak się stało.

Już wcześniej spędziłam w Anglii pięć miesięcy, pracując przy zbiorach truskawek. Wiedziałam dokąd jadę i co - mniej więcej - mnie tu czeka. Pierwsze dni były cudowne. Spotkaliśmy się z Benem po długiej rozłące. Byłam przemęczona pisaniem pracy magisterskiej, stęskniona - wreszcie nadszedł czas odpoczynku.

Przyjechałam do Anglii będąc w ciąży. Natychmiast zapisałam się do lekarza. Dwa miesiące przed porodem przeprowadziliśmy się z Maidstone do Kington (małego miasteczka tuz przy granicy z Walia), musiałam więc zmienić położną, która się mną opiekowała. Tutaj kobietami w ciąży nie opiekują się ginekolodzy, tylko położne. Badania polegają jedynie na sprawdzeniu ciśnienia krwi, teście za pomocą specjalnego paseczka odczynu moczu oraz słuchaniu bicia serca dziecka. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem.

Ponieważ mieszkamy w maleńkim miasteczku, realia życia tutaj na pewna różnią się od realiów dużych miast, takich jak Londyn. Zaskakująca jest przede wszystkim życzliwość obcych ludzi , "bezpłatne" uśmiechy na ulicy, radość. Podoba mi się, że ustępują miejsca na ulicy, gdy widzą kobietę w ciąży lub z wózkiem (mamy w Kington w centrum bardzo wąskie chodniki). Dzięki temu nauczyłam się uśmiechać do innych, nie ważne, czy się znamy, czy nie. To była dla mnie wielka nowość, ponieważ w Poznaniu spotykałam się, na co dzień z nieprzychylnością obcych, co było szczególnie bolesne, kiedy byłam w ciąży.

Już od trzeciego miesiąca miałam spory brzuch, koleżanki ciągle pytały żartując, czy jestem pewna, że to trzeci miesiąc. Nie raz i nie dwa stałam w tramwaju nad jakaś młodsza ode mnie dziewczyna, a ona uparcie wciskała głowę w szybę, żeby tylko nie zauważyć, ze stoi nad nia ciężarna.

Udogodnień w Anglii dla mam jest cale mnóstwo, mnie jednak, jako obcokrajowcowi, większość z nich nie przysługuje. Generalnie jednak rzecz ujmując, jeżeli Angielka ma dziecko, a na dodatek jest samotną matką, państwo opłaca  jej mieszkanie i gwarantuje pieniądze na wychowanie malucha. Taka mama nie musi o nic się martwic.Mnie natomiast przysługują bezpłatne lekarstwa w czasie ciąży i rok po urodzeniu dziecka; nieważne, czy są to krople do nosa, czy środki antykoncepcyjne). Dziecko przysługują bezpłatne lekarstwa do 16. roku życia.

Uwielbiam to, że można wszędzie wejść z wózkiem, nie ma żadnych barier, co jest przecież szalenie istotne nie tyle dla mam z maluchami, ile dla osób niepełnosprawnych. Kiedyś znajoma z niesmakiem stwierdziła, że w Anglii jest dziwnie, bo tylu niepełnosprawnych na ulicach. Odpowiedziałam, że nie ma ich więcej niż w Polsce, po prostu nie boją się i maja możliwość, żeby wychodzić z domu.

Kocham Anglię właśnie za to, że można tutaj w pełni być sobą. Nikt się na ulicy nie odwraca na widok osoby na wózku inwalidzkim, nikogo nie zdziwi, ze ktoś ma np. dwa różne buty na nogach. Przesadzam oczywiście z tymi butami, ale tu ludzie niczemu się nie dziwią.

Na razie (a mieszkam tu prawie dwa lata) nie ma elementów życia, z którymi nie mogę się pogodzić, czy trudno mi zrozumieć. Oczywiście żyje się tutaj inaczej, mnóstwo dzieci jest rozpieszczanych, nie zna słowa "nie". Ma więcej zabawek w domu, niż niejedno polskie przedszkole. To mnie drażni. Jednak wiem, że tylko ode mnie zależy, jak wychowam naszego synka.Wiele dzieci jest wychowywanych w sposób "róbta, co chceta", rodzice wmawiają im, że są najwspanialszymi ludźmi na świecie i nikogo lepszego nie ma. Oczywiście nie powinnam generalizować, jednak naprawdę często spotykam się  takim właśnie podejściem. Anglicy są uważani (nawet przez siebie samych, o czym często słyszę w radio) za społeczeństwo konsumpcyjne i taki model życia wpajają swoim dzieciom. Mamy znajomych, których pięcioletnia córka jest dumną posiadaczką około 30 Kubusiów Puchatków. Czy to normalne? Alex ma jednego i myślę, że mu wystarczy.Wielu angielskich rodziców małą wagę przykłada do zdrowego odżywiania dzieci. Wolą dać czekoladkę, niż jabłko. To się zauważa. Natalia.

Mama Alexa (6 miesięcy)

reklama