reklama
Zielono mi. Nasze życie w Irlandii

Zielono mi. Nasze życie w Irlandii

Byliśmy parą zaledwie od roku, ale wiedzieliśmy, że chcemy być razem już zawsze, stworzyć rodzinę.

Nie sądziliśmy tylko, że właśnie w taki, a nie inny sposób, że w tym, a nie innym momencie... I z pewnością nie myśleliśmy, że zamieszkamy w tym kraju, a nie w ojczyźnie...

Ja straciłam w Polsce pracę w marcu 2005 roku, a mój ówczesny chłopak - w 2 miesiące później. W czasie wakacji podjęliśmy decyzję o wyjeździe "na zarobek" za granicę, na jakiś czas...


Nasz znajomy mieszkał już w Irlandii od roku,
więc na początek proponował dach nad głową i pomoc w załatwianiu spraw formalnych. Skorzystaliśmy z jego oferty i w połowie sierpnia wyruszyliśmy w 35. godzinną podróż autokarem na Zieloną Wyspę. Dojechaliśmy wykończeni, połamani, ale szczęśliwi, bo razem...
Klimat chyba nam sprzyjał, bo po niespełna miesiącu zaszłam w ciążę... Bardzo się cieszyliśmy, choć nie był to dobry moment...Teraz jednak uważamy, że właśnie tak miało być...

W połowie ciąży wróciłam do Polski, ponieważ nasze ówczesne warunki mieszkaniowe (mieszkaliśmy w 7 osób w dwusypialniowym mieszkaniu!) i finansowe (ja nie zdążyłam znaleźć pracy, sprzątałam tylko dorywczo u Irlandczyków, a mój chłopak dopiero co zaczął pracę) nie pozwalały na to, bym mogła zostać w Irlandii. Powiedziałam sobie wtedy: “Nigdy tam nie wrócę!“ Nie znałam języka, nie miałam wielu znajomych, a pogoda, jak dla mnie, była delikatnie mówiąc- depresyjna...

W Polsce urodziłam syna. W międzyczasie pobraliśmy się, a gdy Raduś miał 15 miesięcy wróciłam do Irlandii. Zmusiła mnie do tego sytuacja finansowa.


Początki były trudne
Całymi dniami byłam sama z dzieckiem, bez znajomych, a mąż w pracy. Sami Irlandczycy okazali się jednak bardzo miłymi, uprzejmymi, uśmiechniętymi i kochającymi dzieci ludźmi. Bardzo mi się to podoba. Kiedy idę ulicą, obcy ludzie się do mnie uśmiechają, pozdrawiają. W sklepach każdy służy pomocą. To sprawia, że się poczułam mniej obco w kraju, który nie jest moją ojczyzną.

Jest jednak, coś, z czym nie mogę się pogodzić i pewnie nigdy tego nie zaakceptuję. Nie podoba mi się zbyt pobłażliwie podchodzenia do złego zachowania dzieci. Wielokrotnie byłam świadkiem, gdy jedno dziecko szturchnęło, uderzyło, opluło czy nawet zepchnęło ze zjeżdżalni drugie, a matka siedziała na ławce i się śmiała. Polki od razu reagują, a Irlandki mają to w nosie. Druga sprawa to, że często bardzo małe dzieci, nawet 2-3 latki biegają bez opieki po osiedlu. O wypadek nietrudno.

rodzinnie

Irlandczycy promują tzw. “zimny wychów".
Dzieci wożą bez czapeczek, bucików, ba, nawet w porządny ziąb potrafią dzieciaczkowi skarpet nie założyć, brrr....A do tego w aptekach słaby wybór leków dla dzieci, szczególnie maluszków. Dla bąbli do roku czasu nie dostanie się żadnego syropu, jedynie leki przeciwgorączkowe. Zaopatrujemy się w więc w leki przy okazji wizyt w Polsce lub w polskich aptekach internetowych, które działają na terenie Irlandii.

Tu urodził się nasz drugi syn
Mieszkamy w niedużym miasteczku w pobliżu Dublina, wszystko mamy "na miejscu": sklepy, pocztę, lekarza. Jesteśmy tu już ponad 5 lat, tu urodził się nasz drugi syn, Mateuszek. Mam więc porównanie jeśli chodzi o opiekę w ciąży, poród i opiekę nad maluszkiem.

Byłam bardzo mile zaskoczona, po tym jak naczytałam się o "kiepskiej “opiece medycznej. Wizyty w czasie ciąży polegały na słuchaniu serduszka dziecka, "ponaciskaniu" powłok brzusznych przez lekarza, zapytaniu o samopoczucie i czasem USG. Trochę na początku mnie to zdziwiło, ale w miarę upływu czasu pomyślałam, że przecież skoro wszystko jest ok, to po co "zaglądać do środka”.

Nasz Mateuszek urodził się w dublińskim szpitalu, gdzie mieliśmy wspaniałą opiekę przed, w czasie i po porodzie. Poród odbywał się w pokoju, w którym prócz mnie i męża była tylko położna oraz czasem zaglądał lekarz. Cały pokój był do naszej dyspozycji, każde moje prośby były spełniane, personel miły, dla maluszka przyszykowane stanowisko z ogromną lampą. Ponieważ poród odbywał się nocą i trochę się przeciągał, mężowi przyszykowano "miejscówkę" na drzemkę.

Gdy synek przyszedł na świat, ja i mąż dostaliśmy śniadanie. Urodziłam rano w niedzielę, a w poniedziałek po obiedzie już wyszliśmy do domu. Nie mogę narzekać na poród w Polsce, ale gdybym miała wybierać, zdecydowanie lepiej wspominam poród w Irlandii. Był bardziej komfortowy, intymny, przyjemniejszy jednym słowem.

Chrzciny urządziliśmy w irlandzkim kościele.
Nikt nas nie pytał o świadectwa chrztu rodziców o jakieś karteczki ze spowiedzi. Nikogo nie obchodziło czy my i czy chrzestni są wierzący, czy też jakiego są wyznania. Najważniejsze było, że chcemy nasze dziecko ochrzcić w kościele katolickim i uważam, że takie podejście tutejszego kościoła do tematu chrztu jest świetne. Starszy syn również w tutejszym kościele, za półtora roku przystąpi do komunii.

Rodziny i dzieci w Irlandii są bardzo dobrze traktowane, to bardzo "familijny" kraj. Wszyscy kochają dzieci, w sklepach zaczepiają nas i mówią, że mamy ślicznych chłopców, to bardzo miłe.

Nasz starszy syn chodzi już do szkoły.
Ma w tej chwili 6 i pół roku i od 2 i pół roku jest już uczniem. To na początku był dla nas szok, że można już czterolatka posłać do szkoły. Można, ale nie trzeba. Obowiązek szkolny bowiem obejmuje dopiero dzieci od szóstego roku życia. Wtedy bowiem zaczyna się pierwsza klasa. Te dwa wcześniejsze lata to są tzw.klasy: junior infant i senior infant i działają na zasadzie polskich zerówek.

My posłaliśmy syna do szkoły jako czterolatka ponieważ chcieliśmy, aby do pierwszej klasy poszedł już znając język angielski a nie został "rzucony na głęboka wodę”. Te 2 lata to był strzał w dziesiątkę. Radek w tej chwili mówi po angielsku bardzo dobrze, nie ma żadnych problemów z komunikacją, czyta, pisze po angielsku i jest w tym lepszy niż niektóre dzieci anglojęzyczne. Ma dużo znajomych i kocha chodzić do szkoły. Z perspektywy czasu wiem, że wyszło mu to tylko na dobre i Mateuszka (w tej chwili 20 miesięcy)już zapisaliśmy do szkoły, pójdzie do niej również jako czterolatek.

Nauka tu wygląda inaczej niż w Polsce,
nie ma bowiem podziału na pojedyncze lekcje, ale jest nauczanie zintegrowane. Szkoła zaczyna się o 8:30 i trwa do 14:10.W tym czasie dzieci mają dwie przerwy, krótszą na śniadanie i dłuższą na lunch a przez wszystkie te godziny w szkole jest tylko jeden nauczyciel, który uczy dzieci wszystkiego po troszku: matematyki, angielskiego, irlandzkiego (jest on obowiązkowy), nauki o świecie, przyrodzie, plastyki, itd. Tylko zajęcia sportowe  mają z innym nauczycielem.

Co roku zmienia się wychowawca, więc pan, który teraz uczy naszego Radka, za rok będzie znowu uczył pierwszą klasę. Dzieci do nauczycieli zwracają się po imieniu, zresztą wszędzie tu mówi się do ludzi "na Ty" a nie per "pan”.
Bardzo mile mnie zaskoczyło, że w szkole propagowane jest zdrowe żywienie. Dzieci nie mogą przynosić żadnych słodyczy, chipsów czy gazowanych napojów. Na początku roku szkolnego dostaliśmy dokładne wytyczne co do tego, z czego powinno się składać drugie śniadanie dziecka. I tak: kanapki (byle nie z Nutellą czy dżemem), owoce, warzywa, jogurty, sery, do popicia woda, mleko lub sok.

Czas wolny
Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Irlandia to deszczowy kraj, potrzeba wypełnienia dzieciom wolnego czasu w takie dni jest ogromna. Często chodzimy do kina, jeździmy na kręgle ,basen, jest masę figlorajów. Natomiast gdy pogoda dopisuje spacerujemy po parkach, zwiedzamy malownicze tereny Irlandii, jeździmy na place zabaw, na plaże, których w naszych okolicach jest kilka.

Wybierając się z dzieckiem do Irlandii na pewno warto zobaczyć
dublińskie zoo oraz park, w którym to zoo się znajduje. To Phoenix Park, największy park w Europie. Sarenki przechadzają się między drzewami i są dosłownie na wyciągniecie ręki.

Poza tym w niedalekiej odległości jest również piękny ogród botaniczny, który o każdej porze roku kryje w sobie inne cuda do zobaczenia (wstęp wolny).

W pobliżu Cork jest natomiast park Fota, coś na zasadzie mini zoo, ale zwierzątka niedrapieżne biegają sobie wśród ludzi, po alejkach, świetna sprawa bo można ptaszki pokarmić, z kangurem sobie zdjęcie zrobić, popatrzeć jak lemingi nad naszymi głowami skaczą.

W wielu miejscach są farmy, na które za niewielką opłatą można z dzieckiem wejść, zwierzątka pooglądać, pogłaskać a i owieczkę z butelki mleczkiem nakarmić.

W Bray jest oceanarium...

Jednak najlepszą atrakcją byłoby odwiedzenie Irlandii w okolicach 17 marca, kiedy to przypada Dzień Św. Patryka i organizowane są parady, największa oczywiście w Dublinie. Jest tłoczno, głośno i bardzo kolorowo, z przewagą zielonego rzecz jasna.

A jeśli ktoś kocha słodycze to zapraszam na Halloween - 31 października. Dzieci (co bardziej rozrywkowi dorośli również) przebierają się i chodzą po domach straszą mieszkańców, za co zostają obdarowani słodyczami, owocami, czasem i parę Euro wpadnie. Plon po takiej wycieczce po osiedlu jest zaprawdę imponujący

Jeśli chodzi o "irlandzkie smaki"
to jak dla mnie wszystko jest zbyt słodkie, za dużo wołowiny i baraniny, której nie lubię no i ...frytki polewają octem, o zgrozo!
Na szczęście jest tu dużo sklepów z polskimi produktami, są polskie hurtownie gdzie można kupić towar na prawdę dużo taniej niż w detalu, są sklepy wędliniarskie, polscy fryzjerzy, salony kosmetyczne, lekarze...Tak więc gotowanie ulubionych polskich potraw nie stwarza żadnego problemu, wszystkie produkty można dostać.

Nowi przyjaciele, nowy dom
Mieszkamy na osiedlu, którego 1/4 społeczności stanowią Polacy, czujemy się tu na prawdę fantastycznie. Zawsze można z kimś przystanąć, porozmawiać,dzieci razem się pobawić, pojeździć na rowerach, pograć w piłkę.
Mamy dużo polskich znajomych, również dzięki forum BabyBoom. Przyzwyczaiłam się już do życia tutaj, nawet irlandzkie pogody już mi nie straszne, zresztą nie pada ciągle. Są i dni z piękną pogodą, ciepłe i słoneczne.
Miał to być nasz wyjazd tylko na jakiś czas a los sprawił, że tutaj jest nasz dom, tu stworzyliśmy rodzinę. Gdy jesteśmy z wizytą w Polsce nasz starszy syn pyta: “Kiedy wracamy do domu?"...

Dobrze nam tu i choć wcześniej broniłam się przed Irlandią rękami i nogami to teraz już nie wyobrażam sobie życia gdzieś indziej...W końcu to przecież Zielona Wyspa a zielony jest kolorem nadziei :)

TICHONEK

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,10 z 5. Głosów: 30
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama