reklama

- Czy wiesz, skąd się biorą choinki? – zagadnęłam mojego czteroletniego syna.

Popatrzył na mnie nieco zdziwiony.
- Z lasu – odpowiedział niemal pobłażliwie.

I właściwie miał rację. Pochodzenie choinki nie jest bowiem do końca znane, ale mi osobiście najbardziej odpowiada pewna góralska legenda. Otóż o narodzinach Jezusa usłyszał też niedźwiedź. Koniecznie chciał zanieść Dzieciątku prezent, a że w lesie nie miał zbyt dużego wyboru, wyłamał pięknego świerczka i pobiegł z nim do Betlejem. Po drodze niechcący zanurzył go w potoku. Krople wody zamarzły i skrzyły się jak diamenty, a ptaki zleciały się i usiadły na gałęziach. Tak przyozdobione drzewko niedźwiedź postawił przed Jezusem.

Teraz my co roku idziemy w ślady niedźwiedzia i dekorujemy choinkę najpiękniej jak potrafimy. Zazwyczaj oznacza to wizytę w dziale z ozdobami, ale moja młodsza latorośl dopiero co ukończyła półtora roku. Stawia to pod znakiem zapytania sens kupna przepięknych i jednocześnie bardzo kruchych bombek. Dlatego w tym roku postawiłam na wieszanie dekoracji przyjaznych dzieciom. Kupiłam słomiane aniołki, plastikowe jabłka (okropne!), glinianego Mikołaja (też się stłucze, ale przynajmniej kawałki nie będą mikroskopijne) oraz kilometry przeróżnych łańcuchów. Rozglądałam się za czymś jeszcze, gdy nagle okazało się, że repertuar stoiska się wyczerpał.

Wtedy przypomniałam sobie moją największą frajdę związaną z choinką. W naszym salonie zawsze stał ogromny świerk, miał dobrze ponad dwa metry wzrostu. Wśród licznych ozdób pozycją obowiązkową były cukierki. Czekoladowe z nadzieniem, zawinięte w różnokolorowe błyszczące papierki. Cała zabawa polegała na tym, by znaleźć odpowiedni moment, gdy reszta rodziny była czymś bardzo zajęta. Wymykałam się wtedy w pobliże drzewka, znajdowałam najmniej widoczny cukierek i zjadałam go, a papierek pracowicie zawijałam pozorując efekt wypełnienia zawartością.
 
Dziś wiem, że cukierki specjalnie były wieszane na takiej wysokości, bym mogła ich dosięgnąć, ale smak zakazanego owocu  nadal pozostaje w mojej pamięci.

Postanowiłam więc zrobić cukierki domowej roboty. Sprawa wydaje się skomplikowana, ale to tylko pozory. Czy lubicie śliwki w czekoladzie? Ach, to pytanie retoryczne? W takim razie powinna się Wam spodobać moja propozycja.

Składniki na cukierki domowej roboty:
suszone śliwki, morele, daktyle (tyle ile chcemy mieć cukierków, na przykład po 10 sztuk)
kandyzowane wiśnie
gorzka czekolada
masło (jakieś 20-40% ilości czekolady – niekoniecznie, ale ułatwia roztopienie czekolady i polewa mniej się kruszy)
folia aluminiowa, kolorowy papier, celofan, wstążeczki

Roztapiam w kuchence mikrofalowej lub w kąpieli wodnej czekoladę (ewentualnie czekoladę z dodatkiem masła) i dokładnie obtaczam w niej owoce. Można naturalnie bawić się w pojedyncze nadziewanie każdej śliwki czy moreli na wykałaczki, ale ja wrzucam wszystko do miseczki z czekoladą, wyjmuję widelcem i układam na folii aluminiowej. Jedna strona cukierka jest wtedy profesjonalnie płaska.

W wersji dla dorosłych bardzo polecam namoczenie śliwek w rumie na przynajmniej 2 godziny. Uwierzcie mi, różnica jest zasadnicza. Smakują tak dobrze, że u mnie żadna alkoholowa śliwka nie zdążyła zyskać czekoladowej skórki, bo wszystkie pożarł mąż.

Gdy czekolada zastygnie, owijam w folię aluminiową (kolorowy papier, celofan) formując cukierki. Przechowuję w chłodnym i, co najważniejsze, trudno dostępnym miejscu.

Jeśli w domu są już nieco starsze dzieci na pewno z radością zajmą się nurzaniem owoców  w czekoladzie i opakowywaniem ich w błyszczący papier, ale proponowałabym zlecić tę pracę po obiedzie i wziąć dużą poprawkę ilościową podczas przygotowywania składników. Moje są na tyle małe, że ze wszystkich sił starałam się nie włączać ich w akcję i kosztowało mnie to chyba najwięcej wysiłku.


Wśród jadalnych ozdób prym wiodą jak co roku pierniczki. Na choince można potem znaleźć pachnące korzennie gwiazdki, aniołki, bałwanki, ludziki a nawet piernikowe brzuchate bombki.
 
Pierniczki, owszem, też robiłam ale ciągle czułam niedosyt. Dlatego zaproponuję Wam pyszne i proste miodowe ciasteczka. Są dość twarde po upieczeniu, ale od biedy da się je jeść od razu, co ma znaczenie, jeśli robimy je dwa dni przed świętami.

A jeśli chcecie bardziej piernikowo? Można zrobić eksperyment i do mąki dosypać łyżeczkę lub nawet łyżkę przyprawy do pierników. Jeszcze tego nie robiłam, ale wszak do odważnych świat należy!

Składniki na miodowe ciasteczka:
(przepis z książki siostry Anastazji)
2 szklanki mąki

½ szklanki cukru pudru

1½ łyżki miodu

1 jajko

50 g masła

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1½ łyżki kwaśnej śmietany

Masło i miód rozpuszczam, studzę. Mąkę przesiewam, mieszam z cukrem, proszkiem do pieczenia i sodą. Dodaję jajko, śmietanę i masło z miodem, zagniatam ciasto. Ciasto jest miękkie, sprężyste i bardzo przyjemne w obróbce, więc bez problemu rozwałkowuję na grubość 3-5 milimetrów i wycinam ciastka.
Piekę w temperaturze 180 stopni 10-12 minut.
Można polukrować, ale ja nie zdążyłam. Dwie blachy ciastek zniknęły w mgnieniu oka.

Pierniczki, cukierki, ciasteczka, wszystko pięknie, ale czy w grudniu wszystkie domowe słodycze muszą mieć formę wiszących ozdób? A co jeśli teraz mam ochotę wprowadzić się w świąteczny nastrój, a choinki ani widu ani słychu?
Wówczas nie ma nic lepszego od karmelizowanych migdałów.

Składniki na karmelizowane migdały:
100 g migdałów
2-3 łyżki cukru pudru
około 1 łyżeczki wody

Nagrzewam piekarnik do 180 stopni. Mieszam w miseczce migdały i cukier puder, dodaję wodę i dokładnie obtaczam migdały.
Blachę wykładam papierem do pieczenia, wysypuję migdały. Jeśli wody chlapnęło mi się za dużo, to biorę sitko i lekko posypuję po wierzchu pudrem. Piekę 10-15 minut. Jak widać wystarczy kwadrans i już można chrupać prażone pyszności w słodkiej skorupce.

Doskonale wiem, jak wyglądają przedświąteczne dni. Choćbyśmy nie wiem jak sobie obiecywali, że w tym roku nie padniemy na nos z wyczerpania, zawsze okazuje się, że ledwie się wyrabiamy ze wszystkimi obowiązkami.
Dlatego nie podałam przepisu na piernikowe ciasto, które trzeba trzymać dwa dni w lodówce, ani nie zaproponowałam Wam pieczenia pięciowarstwowego przekładańca, ale skupiłam się na tym, jak najmniejszym nakładem sił zrobić coś pysznego i zarazem świątecznego. Najlepiej włączając w to rodzinę. Smacznego!

Anna Lewandowska blog

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 5,00 z 5. Głosów: 23
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama