reklama
Bezdzietni z wyboru

Bezdzietni z wyboru

Prawda – w pewnym uproszczeniu – jest taka, że jeszcze niedawno, bo kilkanaście lat temu, dziecko miał każdy, kto mógł je mieć. Tak po prostu było, że jak małżeństwo, to i tupot małych nóżek - nikomu nie przychodziło do głowy, by negować to odwieczne, niepisane prawo. Dziś, kiedy pojawiły się nowe trendy w zakresie szeroko pojętego lifestyle, a konkubinat, singiel czy samotne rodzicielstwo z wyboru nie budzi już silnych reakcji nerwowych (stało się bowiem nieodłącznym elementem społecznej rzeczywistości), słychać także śmiałe głosy tych, którzy świadomie deklarują bezdzietność. Zazwyczaj i wciąż jest tak, że w odpowiedzi na „Nie planuję mieć dzieci”, szybko przylepiamy etykietkę „wygodnicki”, „egoista” czy „karierowicz”, zapominając, że każdy ma swoje argumenty, priorytety i prawo wyboru życiowej ścieżki, to proste.

Jak to zatem jest? Co motywuje człowieka do podjęcia – wciąż jeszcze sensacyjnej - decyzji o bezdzietności? Czy przeważają względy finansowe, egocentryzm, a może lęk przed rodzicielską odpowiedzialnością?

Kamil: Dlaczego nie mam dzieci? Powodów jest wiele, ale można powiedzieć, że zdecydowała o tym przeszłość - jestem najstarszy z naszej ósemki, mam cztery siostry i trzech braci. Proszę mi wierzyć, że wychowywanie się w takiej rodzinie to skuteczny środek antykoncepcyjny na przyszłość. Nikt się nie zastanawia, jak to jest żyć w takiej rodzinnej komunie, jak wygląda codzienność. Ile bochenków chleba trzeba kupić, by wystarczyło na śniadanie i kolację, jak to jest nosić ciuchy po starszym rodzeństwie, nie jeździć na wakacje i wciąż opiekować się młodszymi braćmi czy siostrami. Dzieciństwo? Mam wrażenie, że niemal od chwili, kiedy sam przestałem nosić pieluchy, stałem się prawą ręką mamy, wszak byłem starszym bratem. Odwaliłem kawał dobrej, ojcowskiej roboty – w efekcie dziś dzieci budzą mój niepokój i niechęć; sam ich płacz stawia mnie do pionu. Jestem na nie.

Magda: Nigdy nie chciałam mieć dzieci i to podtrzymuję. Po prostu taką mam naturę – macierzyństwo nigdy nie było mi do niczego potrzebne, dzieci mnie drażniły i miałam sto tysięcy zajęć, więc nie musiałam sobie dzieckiem wypełniać pustki. Do dzieci mam dystans i sporo muszę się nastarać, żeby nie okazać im jak bardzo działają mi na nerwy.

Marta: W zasadzie nie ma o czym mówić. Po prostu podjęłam decyzję o nie posiadaniu dziecka. Dlaczego? Raz: to ogromna odpowiedzialność, w zasadzie na zawsze, a za nią idący nieustanny lęk o potomka na różnych poziomach - od możliwości skrzywdzenia przez "świat zewnętrzny", aż po nietrafione wybory samego dziecka, no i ponoszenie ich konsekwencji (i przez dziecko, i przeze mnie). Dwa: pomogła mi świadomość i znajomość własnego charakteru, zachowań w konkretnych sytuacjach, etc. W moim przypadku posiadanie dziecka byłoby równoznaczne z "posiadaniem", czyli próbami ukształtowania młodego człowieka wedle własnych reguł, narzucanie mu zachowań i postaw. Sądzę, że miałbym kłopot z akceptacją decyzji dziecka, które byłyby odmienne od tych, które chciałabym, by podejmowało. Jednocześnie źródłem dysonansu byłaby świadomość, iż jako odrębna istota ma ono prawo do suwerennych decyzji, a ja powinnam je uszanować. Trzy: świat (w ujęciu globalnym - szerzące się modele zachłannego konsumpcjonizmu, hedonizmu, etc.) staje się miejscem coraz trudniejszym do życia. Nawet, jeśli sama wpajałabym dziecku jak najlepsze wzorce, nie do końca miałabym wpływ na to, jakie bodźce dostarczy mu otoczenie (np. nawet, jeśli byłabym przeciwnikiem wyścigu gadżetów popkultury, egzekwując to od dziecka, skazywałabym je na ostracyzm w środowisku rówieśników). No i cztery: ja i mój czas. Od chwili, kiedy pojawia się dziecko, kobieta należy tylko do dziecka, a to nie dla mnie.

Robert: O nie posiadaniu dzieci zdecydowaliśmy z żoną wspólnie – lubimy nasze życie i nasze wzajemne relacje. Nic nie chcemy zmieniać, bo dobrze nam tak, jak właśnie teraz jest. Nie myślałem, prawdę mówiąc, nigdy o tym, by być ojcem. Nie czuję się na siłach, by wziąć na siebie odpowiedzialność za dziecko, nawet nie umiem wyobrazić sobie, jak to jest podporządkować się tej roli. Chcę za to w życiu zrobić jeszcze tyle rzeczy, że nie ma w nim miejsca na rodzicielstwo. Chcę skoncentrować swój czas i energię na swoich potrzebach, interesach i celach, dokładnie tak, jak i moja żona. Może nie dorośliśmy do bycia rodzicami, a może po prostu jesteśmy owych instynktów pozbawieni? Nie wiem, nie roztrząsam sprawy, dlatego nie podciągałbym tego pod żadną filozofię czy teorię. To po prostu kwestia podejścia, priorytetów, no i idących za tym życiowych wyborów.

Agata: Dlaczego nie chcę mieć dzieci? Prawdę mówiąc taka opcja nigdy nie przyszła mi do głowy. Sprawa jest prosta: jestem egoistką, lubię swoje życie, wolność, wygodę i niezależność. Nie wyobrażam sobie siebie w roli matki – nie umiałabym dać dziecku szczęścia, ba – nawet stabilizacji, bezpieczeństwa, uwagi. Nie lubię dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego – nie uważam, żeby każdy musiał mieć dziecko. Niektórzy powinni takich wyzwań unikać, dla dobra wszystkich. Na szczęście mój maż jest takiego samego zdania. Żyjemy sobie przyjemnie, pełną piersią – stać nas na wszystko. I nie chodzi tylko o względy materialne. Nie muszę się o nikogo martwić i troszczyć, czy uwzględniać w swoim harmonogramie – zarówno codziennym, jak i życiowym. Po prostu nigdy nie poczułam tej potrzeby, by być jeszcze dla kogoś oprócz siebie. Nie mam ciśnienia na bycie matką, a piętno bycia bezdzietną? Nie robi to już na mnie wrażenia, żyjemy w XXI wieku!Acha, argument "kiedyś, kiedy będzie za późno, będziesz żałować" czy " na starość będziesz samotna" też do mnie nie przemawia.

Paweł: Nie umiem być ojcem i bałbym się, że swoją postawą skrzywdzę swoje dziecko. Nie mam dobrych wzorców wyniesionych z domu, nie mam też przyjaciół, którzy mieliby dzieci. W mojej rodzinie ojciec był wielkim nieobecnym, a kiedy się pojawiał – nie, nie chcę o tym pamiętać. Nasza rodzina była zdecydowanie patriarchalna – matka usługiwała ojcu, bała się go, wynosiła pod niebiosa, a ja nie mogłem patrzeć, jak on strasznie ją traktował. Mnie zauważał tylko wtedy, kiedy przychodzili do niego koledzy, a on chciał dobrze odegrać swoją rolę kochającego tatusia. Nienawidziłem go szczerze, i chyba boję się, że choćbym nie wiem jak się starał, i tak skończyłbym tak jak on. A tego bym dla swojego dziecka nie chciał.

Anita: Nie mam dzieci, ale nie dlatego, że nie czuję potrzeby bycia matką. Chciałabym, ale nie wyobrażam sobie, jak miałoby to wyglądać. Wychowałam się w szczęśliwym domu, ciepłym i takim pro-dziecięcy, przyjaznym dziecku. Wszystko kręciło się wokół mnie i mojej siostry, rodzice chcieli przychylić nam nieba. Żyłyśmy jak w bajce – beztrosko i pięknie. A dziś? Zarabiam najniższą krajową, dokładnie tak, jak mój maż. Pracujemy w systemie zmianowym, a mieszkamy kątem u rodziców. Nie mamy szansy na kredyt, lepsze zarobki i cóż – godne życie. W tym kraju nie mamy żadnych perspektyw, a z kolei za granicę nie chcę wyjeżdżać. Co miałabym zaoferować mojemu dziecku? Chleb z margaryną zamiast gwiazdki z nieba? Kim bym była, każąc mu żyć w biedzie, na pół gwizdka, ze sfrustrowanym ojcem i zgorzkniałą matką? Bo taki scenariusz jest raczej nieunikniony. Jestem realistką - w pewnym momencie sama miłość i moja uwaga nie będzie mu wystarczać. Maluch urośnie, będzie chciał wyjechać na jakiś obóz, uczyć się języków czy mieć nowe dżinsy. A my mu tego nie będziemy mogli dać. Że rodzice? Że jakoś to będzie? To nie argument, to żart. Nie jestem też zwolenniczką teorii, że jak Bóg dał dziecko, to da i na nie. Wolę liczyć na siebie.

red. Monika Zalewska-Biełło

reklama