reklama
Być razem. Ślub?

Być razem. Ślub?

Miłość. Jedni mówią o przeznaczeniu, inni o chemii. Niektórzy twierdzą, że by być razem, wystarczy silne uczucie – ono pomoże przetrwać wszelkie przeciwności i pokona wszystko. Wielu zwolenników ma też teoria, która recepty na szczęśliwy związek upatruje w przyjaźni, zaufaniu i braterstwie dusz. Niektórzy dodają do tego wachlarz innych, bardziej przyziemnych determinantów, takich jak zgodność charakterów czy dopasowanie się.

Nikt nie łudzi się, że istnieją ludzie idealni, dlatego tak ważne jest, by znaleźć swoją drugą połówkę, kogoś, kto patrzy w tym samym kierunku i podobnie czuje, a jego wady jesteśmy w stanie zaakceptować. Chodzenie ze sobą, spotykanie się, bycie razem lub, jak kto woli, okres narzeczeństwa, to dobry czas na to, by poznać się na tyle dobrze i  postanowić, co dalej. Ślub, a może życie na kocią łapę?

Dla niektórych uroczyste złożenie przysięgi małżeńskiej to przypieczętowanie miłości i wielkie wydarzenie, które stanowi początek wspólnej drogi – bez niego nic nie jest ważne. Dla innych jest niczym innym, jak „sformalizowaniem miłości”, którego jedynym plusem jest uregulowanie sytuacji cywilno-prawnej. Tak - ile osób, charakterów i światopoglądów, tyle teorii i konfiguracji opinii na temat bycia razem po grób.

Jak długo być ze sobą przed ślubem?

Niejedna z nas, stwierdziwszy, że nasz partner jest wymarzonym towarzyszem na resztę życia, zachodzi w głowę, jak długo należy być ze sobą, by się dostatecznie poznać. Kiedy przychodzi dobry czas, by zmienić stan cywilny? Jak dobrze wymierzyć, by nie popełnić falstartu, nie przegapić niczego, no i za późno nie dobiec do mety? Kiedy ma się tę pewność, że to już?

Wiele zależy od okoliczności, wieku i oczekiwań. Niektórzy po kilku tygodniach znajomości są gotowi, by powiedzieć sakramentalne „tak”, inni do tej myśli dojrzewają latami i sporo wody musi upłynąć, nim ostatecznie staną na ślubnym kobiercu. Ci pierwsi są zdania, że jeśli się kocha, razem można pokonać wszystko. Ci drudzy różnie – albo preferują życie „bez papierków”, albo brak im po prostu ochoty i entuzjazmu. Może nie są do końca pewni swego sercowego wyboru?

Czy narzeczeństwo można „przechodzić”?

Mówi się, że w narzeczeństwie można się zasiedzieć lub przechodzić to, co najważniejsze. Kiedy ludzie są ze sobą, zwłaszcza wówczas, gdy mieszkają pod jednym dachem, z czasem mogą porzucić myślą o ślubie, no bo „co on zmieni”? Jeśli obydwie strony są zgodne, problemu nie ma (kłopotliwa może być jedynie rodzina, która suszy głowę pytaniami „a kiedy się pobierzecie?”). Mało komfortową jest sytuacja, kiedy do ślubu dąży jedna ze stron, a druga się temu pomysłowi opiera – „Po co ślub, skoro nam tak dobrze? Papierowe zobowiązania nie są wszak ani gwarancją trwałości uczuć, ani nie dają pewności, że małżeństwo przetrwa wszystko”. Niemniej mówi się, że jeżeli rozważamy poważne decyzje co do sformalizowania związku, powinno się je podjąć nie później, niż po dwóch latach bycia razem. Może dlatego, że po mniej więcej trzech, czterech wspólnych latach nadchodzi pierwsza fala poważnych kryzysów?

„Przed ślubem należy koniecznie zamieszkać razem!”

W Polsce na tzw. kohabitację, czyli wspólne mieszkanie przed ślubem, decyduje się coraz więcej par, nie tylko tych młodych wiekiem. Są one determinowane głównie względami ekonomicznymi i tempem życia, ale ma na to wpływ także większa świadomość siebie i swoich potrzeb oraz liberalizacja polskiej obyczajowości.

Nie należy jednak spłycać zjawiska – wspólne życie przed ślubem to nie tylko wygoda czy względy finansowe, ale także zaspokojenie takich potrzeb, jak potrzeba bliskości, czułości czy intymności. To także przejście na zupełnie inny poziom relacji - pośród motyli w brzuchu, namiętności i wzajemnego ciepła, pojawia się szara codzienność, która często każe zdjąć różowe okulary i dostrzec wiele rzeczy, które do tej pory pozostawały niezauważalne. Tak, teraz jak na dłoni, widać i wady, i różnice. To także pytania: czy damy radę tolerować swoje wady? Czy umiemy podejmować decyzje i rozwiązywać spory? Czy potrafimy się wspierać i dzielić się sobą, swoja przestrzenią, czasem, ale i obowiązkami? Czasem zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością może okazać się cenne, ale bolesne. Bywa, że jest całkiem miłym doświadczeniem – ukazuje wachlarz cudownych cech i przymiotów partnera.

Zdanie na ten konkubinatu burzy krew nie tylko w społeczeństwie, ale także wśród naukowców. Niektórzy psychologowie przyklaskują idei mieszkania razem przed ślubem twierdząc, że w grupie małżeństw, które przeszły ów swoisty test dojrzałości, jest zdecydowanie mniej rozwodów, niż pośród tych, którzy czekali z tym do ślubu. Inni ostrzegają przed pułapką. Otóż mieszkając ze sobą, ludzie często decydują się na małżeństwo tylko dlatego, że „sprawy zaszły tak daleko, nie można wybrać innej opcji, niż ślub”. Pojawia się poczucie przyzwoitości i strach przed rewolucjonizowaniem swego życia - parom nie dopasowanym trudniej się rozejść, bo wyprowadzka wymaga znacznie większego nakładu sił.

„To ślub powinien rozpoczynać nowy etap we wspólnym życiu”

Zamieszkanie ze sobą przed ślubem to dla niektórych jedzenie deseru przed obiadem i sytuacja nie do zaakceptowania. Przez jednych odbierana jest jako obraza nauki kościoła, dla innych jako karygodny hedonizm, brak kręgosłupa moralnego i siły woli. Inni mówią jasno: to unikanie zobowiązań i odpowiedzialności. Bo ślub, niezależnie od tego, czy będzie cywilny czy kościelny, większości z nas wciąż daje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, jest gwarancją odpowiedzialności.

Cóż, na koniec pozostaje życzyć, by wszystkim tym, którzy stanęli na ślubnym kobiercu, było ze sobą po prostu. Niech się szczęści także tym, którzy żyją w miłości i zdrowiu, legitymując swój związek wyłącznie „karta rowerową”.

mzb

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 4,38 z 5. Głosów: 8
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama