reklama

Dzieci, które się nie urodzą... List do redakcji

 – Nie możecie mieć dzieci? Ooooo… Jaka szkoda. Cóż! Może czas się z tym pogodzić? …Nie? Hmm… Jest jeszcze jedno wyjście. Przygotujcie sobie około 60 tys. zł. Jest szansa, że przy odrobinie szczęścia tyle pieniędzy wystarczy na długi i mozolny proces starań o potomstwo na drodze zapłodnienia pozaustrojowego in vitro.

Od dawna nie spotkałam się z czymś tak okrutnym ze strony władz. Pary, mające trudności z zajściem w ciążę, nie będą już mogły liczyć na żadną pomoc państwa. Rządowy program leczenia niepłodności będzie wygaszany, by ostatecznie zamknąć go 30 czerwca 2016 roku.

Proces ten refundowany jest we wszystkich cywilizowanych krajach Europy i świata, gdzie partie rządzące nie tylko starają się kreować dobrobyt swoim obywatelom, ale też przeciwdziałać ujemnemu przyrostowi naturalnemu i starzeniu się społeczeństwa. Ktoś chce nas przekonać, że polski program 500+ na drugie i każde kolejne dziecko to równie doskonały pomysł na wspieranie polityki prorodzinnej w Polsce. Czyżby? W sytuacji, w której wiele par ma problem z poczęciem nawet tego pierwszego dziecka, decyzje PiS wydają się być nie tylko śmieszne, ale też kategoryczne, krótkowzroczne i zabierające ostatnią nadzieję blisko półtora milionowej części naszej populacji. Okrutne, Panie Ministrze. Niepłodność dotyka coraz młodszych mężczyzn i kobiety. Takich par jest też z roku na rok coraz więcej i nic nie wskazuje na to, by trend ten miał się odwrócić.

Jestem w 3 miesiącu ciąży z bliźniakami. Mam 42 lata. O dziecko staraliśmy się od kilku lat. Przeszliśmy cztery próby in vitro, zanim zobaczyłam na teście upragnione dwie kreski. Mamy za sobą wizyty w trzech różnych klinikach leczenia niepłodności, drżenie o każdą kolejną procedurę, zastrzyki w brzuch, burze hormonalne, w końcu ciąg rozczarowań, wieczory i poranki we łzach.

Ponieważ jesteśmy po 40-stce, płaciliśmy po kilkanaście tysięcy złotych za każdy zabieg, zachodząc w głowę przed każdym z nich, czy aby na pewno dobrze robimy, wydając życiowe oszczędności przy tak małej szansie na poczęcie. Ale jest sukces. Dzieci w drodze. Poza tym, że w naszym wieku mieliśmy szczęście, to przede wszystkim było nas stać. Ale dziesiątki par, które spotkaliśmy w klinice nie było równie dobrej sytuacji.

Młodsi, jeszcze bez oszczędności, walczą niekiedy latami o dzieci w ramach rządowego programu leczenia niepłodności, który gwarantuje im trzy darmowe próby in vitro. Gdyby nie refundacja państwa, nigdy nie zostaliby rodzicami. Niektórzy z nich osiągają co chcą. Pamiętam dumne uśmiechy i szczęście w oczach takich par. Dla innych… porażka przy trzeciej próbie jest wyrokiem.

Bariera finansowa jaką stanowi dla przeciętnie zarabiającego Polaka koszt procedury zapłodnienia pozaustrojowego jest nie do pokonania. Spotykałam też takich, którzy starając się o dziecko brali ogromne kredyty. I dziś… zamiast skupiać się na edukacji dzieci, spłacają pożyczki ledwie wiążąc koniec z końcem. Tego Pan chce, Ministrze Zdrowia?

Powiedział Pan podczas wystąpienia przed prasą: „nie mamy na to pieniędzy”? Co to znaczy? Płacimy co miesiąc składki zdrowotne i gigantyczne podatki, żeby żyć w kraju prawa i bezpłatnej opieki medycznej. Chcemy żyć w miejscu, w którym dostępność do nowoczesnych zabiegów medycznych nie jest ograniczana i blokowana w imię bezdusznych ideologii. Każdy ma prawo decydować sam, czy zapłodnienie pozaustrojowe jest dla niego moralnie dopuszczalne.

Jak mówią dane Światowej Organizacji Zdrowia WHO, co najmniej 60-80 mln par na świecie jest dotkniętych problemem bezdzietności. Szacuje się, że w krajach wysoko rozwiniętych, nie wyłączając z tego Polski, problem dotyczy od 10 do 15 proc. par w wieku prokreacyjnym. Przyjmuje się, że w naszym kraju ponad 1,2 mln par dotknięta jest niepłodnością. To jedna trzydziesta naszych rodaków. Pozbawianie ich dostępu do nowoczesnych procedur medycznych, które są w zasięgu mieszkańców innych krajów Unii Europejskiej, jest ograniczaniem ich obywatelskiej wolności.

Dyskryminacją finansową i polityką na krótkich nóżkach, która pogłębi ich poczucie nieszczęścia, a i kryzys demograficzny. Nie tylko nie narodzi się tysiące dzieci – długo wyczekiwanych pociech, które miałyby szansę na miłość kochających, świadomych swej roli rodziców. Maluchów, które w przyszłości budowałyby pewnie wokół lepszy świat i którym przekazalibyśmy nasze dziedzictwo. Pary, które nie będą mogły liczyć na wsparcie własnego państwa, znajdą oparcie w systemach opieki zdrowotnej innych krajów, do których wkrótce chętnie wyemigrują.

O to Panu chodzi Ministrze Zdrowia? Ma Pan dzieci? Kocha je? Grał Pan z nimi w piłkę? Chodził na spacery? Przytulał do piersi? Wzruszał się przy pierwszych w ich życiu samodzielnych krokach? A może pamięta Pan, gdy po raz pierwszy powiedziały do Pana „tato”?

Patrzy Pan na nie i jest szczęśliwy, że zawsze będzie mógł do nich zadzwonić? Porozmawiać, gdy siwy włos i strzykanie w stawach nie pozwolą już Panu piastować odpowiedzialnych stanowisk?  No to teraz niech Pan sobie wyobrazi, że Pana dzieci nie istnieją. Że nigdy ich nie było. Co Pan czuje? Jest Pan jeszcze w stanie stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w oczy?

Dorota