reklama
Martwisz się, że dziecko idzie do żłobka? Też to robiłam. Z bardzo złych powodów...

Martwisz się, że dziecko idzie do żłobka? Też to robiłam. Z bardzo złych powodów...

Sama myśl, że mój synek ma pójść do żłobka napawała mnie rozpaczą. Odwlekałam ten moment, tak długo jak tylko mogłam. Najpierw sama siedziałam 12 miesięcy w domu, potem o pomoc poprosiłam mamę, ale okazało się, że jej za trudno. Na nianię nie miałam pieniędzy, do pracy musiałam wrócić - decyzja o żłobku zapadła i już.

Najbardziej przerażało mnie, że przez pół dnia Staś będzie pod opieką obcych osób, że nie będę mu towarzyszyła, kiedy tego będzie potrzebował i na 100% moja nieobecność negatywnie wpłynie na jego rozwój.

Postanowiłam temu przeciwdziałać najlepiej, jak potrafiłam. Po pierwsze podjęłam decyzję, że natychmiast po pracy jadę do żłobka i potem  jestem “cała dla synka”. Zaczęłam chodzić do pracy na 7, a mój mąż odwoził na 8 dziecko żebyśmy, jak najwcześniej znów mogli być razem.

Z mojego życia zniknął fryzjer, kosmetyczka, wyjścia do kina , czy randki z mężem, bo totalnie zafiksowałam się na Stasiu i wszelkie przyjemności uważałam za fanaberie.
 

Czytałyście w poradnikach  żeby sobie odpuścić, przestać ciągle sprzątać, gotować i prać? Czytałyście, że każdej matce należy się  trochę czasu? Odpuściłam. Obiady robiłam w biegu, sprzątałam bardzo poniekąd. W naszym domu rozgościła się moja obsesja na punkcie rozwoju dziecka i mojej roli. Do nocy układaliśmy klocki, czytaliśmy książeczki, rysowaliśmy, lepiliśmy, a i tak towarzyszyło mi poczucie, że jestem złą mamą, no bo przecież, gdybym była mama na pełen etat to wtedy…wiadomo.

Mój mąż nieśmiało sugerował, że może bym zrobiła coś dla siebie, a on zajmie się Stasiem, ale to nie wchodziło w rachubę, bo przecież dziecku potrzebna jest przede wszystkim mama. Wystarczy, że znikałam z jego życia na 8 godzin dziennie, co mogło mieć niebagatelne skutki w przyszłości.

Z zazdrością patrzyłam na matki pozostające w domu, w pracy nie mogłam się skupić, mąż mnie denerwował, kredyt uwierał, cały świat był przeciwko mnie i mojemu synkowi, którego zaczęłam uważać prawie za półsierotę.

Nie wiem, jak by to się skończyło, gdyby nie mój szef. Powiem szczerze - wtedy go NIENAWIDZIŁAM. Wtedy, czyli w momencie, kiedy niedługo przed moim wyjściem powiedział, że mamy awaryjną sytuację i bardzo prosi żebym została dwie godziny dłużej. Zostałam. Kiedy wybiegałam te dwie godziny później, ręce mi drżały, łzy płynęły po policzkach, a w środku cała się trzęsłam z gniewu i lęku.

Oczywiście już pewnie się domyślasz, że kiedy wbiegłam do żłobka zastałam uśmiechniętego, zadowolonego Stasia, który wcale nie kwapił się do wyjścia, nie czuł się opuszczony, przerażony, czy porzucony.

Nie wpadł w moje ramiona z płaczem tylko… poszedł przytulić się do pań i kolegów z grupy. Dopiero wtedy podał mi rączkę. Czy tak wygląda półsierota?????

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała, że coś ze mną jest nie tak skoro po tylu godzinach zamiast do mnie mój syn pobiegł  do swoich opiekunek. Jasne, że jeszcze przez kilka godzin myślałam, że to sygnał, że woli opiekunki od mamusi, a przecież mamusia tak się stara…, przecież mamusia prawie sobie żyły wypruwa, mamusia po nocach czyta, co jeszcze zrobić żeby tę więź zacisnąć.

Przy kolacji popłakałam się mężowi, że nasze dziecko świetnie się czuje i odnajduje  w żłobku. Pewnie mąż spojrzał na mnie, jak na debilkę, ale byłam pochłonięta swoją rozpaczą, więc nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero pytanie, które mi zadał postawiło mnie do pionu:

- Czyli jak Stasiowi w żłobku jest dobrze to tobie jest źle?

Pomyślałam, że trafił w sedno. Rzeczywiście czułam się źle. Ale dlaczego? Nagle sobie uświadomiłam, że ścigam się sama ze sobą, a przede wszystkim z jakimiś wyobrażeniami o idealnym macierzyństwie.

Koleżanki mi się skarżyły, że mężowie mają oczekiwania, teściowe pretensje itd. Ja byłam dla siebie ich mężami i teściowymi. Miałam i oczekiwania w stosunku do siebie i masę pretensji.

Zrozumiałam, że przez ten okres zajmowałam się nie tyle swoim dzieckiem, co własnymi potrzebami i lękami.

Nadal spędzam aktywnie czas ze Stasiem, ale bez takiej presji. Poczucie winy - przyznaję miewam. No i okazało się, że jest jeszcze jedna osoba, która czuła się samotna - mój mąż. Teraz jest łatwiej. Znajdujemy czas dla synka, znajujemy czas dla siebie i zrozumiałam, że tatus też jest ważny w życiu dziecka, dlatego kompletnie bez poczucia winy wychodzę do fryzjera, czy na spotkanie z przyjaciółkami. A Staś? Nadal się przytula na pożegnanie do pań w żłobku. Jest dobrze.

Stasiowa mama

reklama