reklama

29 tydzień i wielkie łubudu!

Zabraliśmy się za wielkie malowanie. Wszystkie graty z pokoju i kuchni przenieśliśmy do dzieci, co ich szalenie ucieszyło, bo nie da się przejść przez pokój i muszą się wspinać na meble.

Potem oklejanie wszystkiego taśmą i folią. Wreszcie malowanie – tu oczywiście uczestniczyłam najmniej, ale mimo to, pod koniec dnia padam na dziób. I wszystko byłoby pięknie, tylko wieczorem spadłam ze schodów.

To zmęczenie spowodowało, ze byłam mniej uważna. Szczęśliwie spadłam, bo właściwie podwinęłam prawą nogę pod siebie i na niej zjechałam. W związku z tym mam obitą lewą pietę, prawe kolano i co najgorsze prawą stopę - cały jej wierzch mam spuchnięty i zaczyna sinieć.

Na pewno nic nie złamałam, ani nie skręciłam, ta noga zamortyzowała upadek i właściwie nie dolega mi nic poważnego, no ale boli, kapci nie mogę ubrać, bo gniotą, ledwie chodzę i nie wiem co z dalszymi porządkami! A poza altacetem to niewiele mogę stosować na tę nogę, bo wszystko, ale to wszystko, co mam w domu do smarowania takich przypadłości, jest w ciąży niewskazane.

Siniaki po „wielkim łubudu” powoli schodzą, ale i tak będzie mi głupio pokazać się u lekarza.  Brzunio ma się dobrze, mała kopie, więc myślę, ze jeśli w ciągu 24-36 godzin nic się nie stało, nic mnie nie bolało, to nie ma co panikować i wszystko jest OK. Tylko staram się dużo leżeć.

Dopada mnie jakaś taka zimowa chandra: zmęczenie po tym malowaniu i sprzątaniu (a to dopiero połowa!), ten upadek, no i strach. Że jednak mi się to łożysko odkleiło, bo coś bolało, że ... eee nawet nie będę pisać, bo szkoda sobie samej głupie myśli utrwalać. I jak już byłam na dnie takiego wielkieeeeego dołu, przyjechał kurier z zamówionym fotelikiem samochodowym. A w sklepie, w którym go kupowałam, sprzedawca mi wrzucił dwie cudne zabawki w ramach gratisów: żyrafkę i sympatyczną kaczuszkę. Dopiero te zabawki mnie natchnęły jakąś nadzieją, otuchą i dobra myślą. Żółta, pluszowa kaczka czyni cuda w psychice ciężarnej...

Malowania ciąg dalszy, co dzisiaj wygląda tak, że ja leżę i pokazuję palcem, a mąż lata. Niestety, co wstanę, to mnie coś boli i wolę się nie wygłupiać. Chyba wczoraj za bardzo się zmęczyłam, bo prasowałam ciuszki dla małej i trochę mi zeszło. Ale przynajmniej większość mam już złożoną w komodzie – nowej, ślicznej i wywietrzonej (po kupieniu okazało się, że ma niemiły zapach farb i kleju, więc stała i się odśmierdywała na strychu).

Dom zaczyna być gotowy nie tylko na święta, ale i na przyjęcie naszego maleństwa. Teraz gromadzi sobie tłuszczyk pod skórką, żeby pojawiwszy na tym nieprzyjaznym świecie chronić się przed utratą ciepła i regulować temperaturę. No właśnie, z tą utrata ciepła – im zimniej na dworze, tym zimniej u nas w pokoju. Nam śpi się w tych warunkach dobrze, ale to nie są temperatury dla noworodka, więc kupujemy grzejnik, który dogrzeje pokój. Dziecko śpi i śni! Co się takiemu berbeciowi śni? Widziałam cudne zdjęcia niemowlaka: śpiący dzieciak w różnych przebraniach, a wokół niego ułożone z ubrań i przedmiotów codziennego użytku całe scenerie: plaża i morze, chmury i ptaki. Nie były to wcale jakieś drogie stroje, widać, że to zdjęcia, które mama zrobiła swojemu maluszkowi – tyle w nich miłości!

Oglądam taki film/program o kobietach, które nie wiedziały o tym, że są w ciąży. Dowiadywały się dopiero wtedy, gdy zaczynał się poród, przy czym jedna urodziła w ciągu 30 minut, a druga jeszcze poszła do innego szpitala, bo nie mogła uwierzyć w to, co lekarz jej mówił, gdzie potwierdzili "diagnozę" i urodziła po kolejnych kilku godzinach. Z jednej strony współczuję im tego szoku i zaskoczenia, ale z drugiej... przejść całą ciążę nie wiedząc o tym...! Bez bóli tego i owego, bez tego czekania, bez obaw... Trochę im zazdroszczę, choć z drugiej strony nie oddałabym za nic tego wszystkiego, co dane jest mi przeżywać raz jeszcze.

Siniaki z nogi prawie zeszły i przestało boleć. Całe szczęście, że to się tylko tak skończyło!

reklama