reklama

6 tydzień. Długi, deszczowy tydzień, czyli zaczynamy odliczanie

Znalazłam kalkulator ciąży, żeby wyliczyć termin porodu.

Wychodzi różnie (oczywiście nie poprzestałam na jednym kalkulatorze): od 27 lutego do 3 marca. Wiadomo, że to taki termin - plus/minus dwa tygodnie, ale mam cichą nadzieję na luty.

Na dwoje babka wróżyła: Kajtka urodziłam 10 dni po terminie, a Tośka 14 dni przed, więc nic nie wiadomo. Sama jestem z lutego, więc fajnie byłoby w tym właśnie miesiącu urodzić. O mamo, o czym ja myślę? Jaki termin?

Przede mną długie 8 miesięcy i wiele może się zdarzyć (puk, puk w niemalowane!). Mam też straszny problem z wyliczeniem, w którym właściwie tygodniu jestem. W sumie to śmieszne, że ciążę liczy się od pierwszego dnia ostatniej miesiączki (niby logiczne, jest to jakiś pewnik w cyklu kobiety), no bo w ten sposób pierwszy tydzień ciąży ma się co miesiąc i wcale się w ciąży wówczas nie jest. I czy dany tydzień ciąży jest wówczas, gdy się zaczyna czy kończy? A może jednak liczyć od daty zapłodnienia? Jestem tym skołowana i decyduję się w końcu przyjąć, że skończyłam piąty, więc jestem w szóstym tygodniu i choć dla lekarzy liczy się tydzień skończony, dla mnie on trwa. Właśnie teraz.

Rano nie mogę się pozbierać, na nic nie mam siły. Pogoda za oknem jak z powieści Broszkiewicza „Długi deszczowy tydzień”. Czuję się strasznie zmęczona, ale drzemka w ciągu dnia dopadła mnie na razie tylko raz. Kiedy nosiłam Kajtka, przesypiałam całe popołudnia, co wcale nie przeszkadzało mi spać spokojnie w nocy. Zobaczymy jak będzie tym razem. Póki co na nogi stawia mnie kawa. Większość lekarzy twierdzi, że w małych ilościach nie powinna szkodzić, a jeśli ktoś ma takie niskie ciśnienie jak ja, może nawet pomóc. Zatem delektuję się kawą z jakąś taką myślą, że kto wie, czy jutro będę miała na nią ochotę. Wykrakałam! Na samą myśl o zapachu kawy mnie mdli. Mimo to eksperymentalnie parzę sobie „małą czarną”. Odrzuca mnie od niej, więc po wypiciu jednego łyczka resztę wylewam do zlewu. Pa, pa, kawko, nie spojrzę na ciebie przez całą ciążę.

Swoją drogą, niesamowity mechanizm – coś, co jakoś tam może szkodzić, zupełnie mi nie smakuje. Ech, żeby działało to także w przypadku słodyczy... Na razie nie mam jeszcze jakieś przesadnej ochoty na nie, na zachcianki chyba trochę za wcześnie, ale potem pewnie mnie będzie ciągnęło...

Ciężko mi pisać cokolwiek na komputerze, bo zaczęły mnie boleć nadgarstki. Już tak dawno nie miałam z nimi kłopotów, a tu znowu. Wiem, najlepiej byłoby nie klepać w klawiaturę, ale co robić innego, kiedy na zmianę siąpi, pada i leje? Szukam informacji na temat bolących nadgarstków i ku swemu pocieszeniu odkrywam, że jest to związane z ciążą! Zmiany hormonalne powodują zatrzymanie wody w organizmie i powstaje ucisk. Po porodzie ból samoistnie mija. No tak, podobnie jak szereg innych ciążowych dolegliwości. Póki co (na szczęście!), jakoś bardzo na nie narzekam. Mam trochę mdłości, ale nie wymiotuję, jedynie te piersi mi dokuczają...

Pocieszam się, że jest to oznaka, że piersi się szykują do karmienia, ale na tym etapie to raczej marna pociecha. W każdym razie jest to znak, żeby już teraz o siebie trochę zadbać, rozstępy mogą się zrobić nie tylko na brzuchu, ale i na piersiach, czego niestety nie wiedziałam w pierwszej ciąży. Wprawdzie tamte rozstępy zbladły i prawie ich nie widać, ale jednak są...

Zaczynam szukanie kosmetyku, który nie byłby powalająco drogi, a jednocześnie polecany przez forumowe mamy. I oczywiście przeznaczony dla ciężarnych. W końcu decyduję się kupić dość drogi krem, ale tak po cichu sobie myślę, że może wystarczy go na większość ciąży? W końcu, jak znam siebie, i tak w którymś momencie zacznę się smarować coraz rzadziej, czasami zapomnę całkiem, a końcówka kremu zostanie w tubce...

Solennie obiecuję sobie, że będę się smarować przynajmniej raz dziennie! Zwłaszcza, że brzuch zrobił się już nieco inny. Niby nie ma z czego, a jednak. Waga stoi w miejscu, ale w pasie się zrobiłam znacznie szersza. Nie wiem, czy to nie ma czegoś wspólnego z hormonami, które jakoś tam działają na więzadła/mięśnie i je rozluźniają.

Oglądam w internecie zdjęcia sześciotygodniowych zarodków. Śmieszne kijanki: wielkie główki, spore brzuszki i ogonki. Wciąż jeszcze bardziej ich nie ma niż są, takie półprzezroczyste. Po bokach sterczą maleńkie wypustki - zawiązki rąk i nóg. Trudno wyobrazić sobie, że zamienią się w małe, słodkie paluszki, które tak mocno zacisną się na maminym palcu. Także w środku zachodzą zmiany, bo zaczynają zawiązywać się organy wewnętrzne. Maluszek ma bijące serduszko! Niesamowite, że to dzieje się tak wcześnie! Jeszcze 40 dni temu nie było nic, a teraz proszę: serce. Wprawdzie na razie są to tylko dwie rureczki połączone ze sobą, ale już zaczynają pracować. Moja Pestka jest wielkości, hmmm... nie pestki jabłka (chyba, że małego), może granatu? W każdym razie ma już 4 milimetry.

A już za chwilę chyba jednak ... 7 tydzień ciąży

reklama

Niezbędniki w dziale ciąża