reklama

7 tydzień. Powiedzieć czy nie? – oto jest pytanie

To już 7 tydzień ciąży. No właśnie powiedzieć, czy nie?

A raczej: kiedy powiedzieć, bo przecież prędzej czy później sprawa wyjdzie na jaw.

Zawsze mnie trochę bawi takie możliwie najdłuższe ukrywanie ciąży. Przecież nawet jeśli przez całe dziewięć miesięcy nikt nie zauważy odmiennego stanu, to pojawienie się dziecka jest rzeczą nie do ukrycia.

Chyba, że to wynika z jakichś zabobonnych lęków, że ktoś zauroczy... W końcu i tak wszyscy się dowiedzą, ale dzieciom chyba trzeba powiedzieć wcześniej, żeby rozumiały, dlaczego muszę na siebie uważać. Mam też cichą nadzieję, że to wpłynie korzystnie na ich zachowanie...

Mam też taką jakąś nieodpartą babską potrzebę, żeby podzielić się z innymi „babami” w rodzinie, to znaczy moją mamą i siostrą. Tylko mam trochę obaw, czy nie za wcześnie, przecież tyle może się jeszcze wydarzyć. Z drugiej strony, jeśli coś się stanie, to i tak się dowiedzą, bo będę potrzebowała wsparcia i nie będę się z tym ukrywała. Niestety jest jeszcze ten problem, że bocian jakby trochę pomylił siostry. Ja już mam dwójkę dzieciaków, a moja siostra mimo dwuletnich starań ciągle nie może się doczekać różowego paska na teście. Jej lekarz jest dobrej myśli i nie widzi przeszkód, a mimo to jej upragniony dzidziuś wciąż każe na siebie czekać. I jak tu jej powiedzieć, że ja jestem w ciąży? Czuję się z tym nieszczególnie.

Tylko patrzeć, jak chłopaki pójdą w świat. To dzieciństwo wcale nie jest takie długie, jak nam się wydaje. Jest tylko bardzo intensywne. Jestem bardzo szczęśliwa, że jeszcze raz jest mi dane przeżywać to wszystko od nowa i chciałabym, żeby inni dzielili ze mną tę radość. Z drugiej strony obawiam się tego, jak zareagują.

Dzisiaj przez telefon wygadałam się mamie. Bardzo się ucieszyła. Ufff. Trochę obawiałam się jakiejś takiej dezaprobaty, w końcu trzecie dziecko to już prawie wielodzietność, ale mama bardzo się ucieszyła. W sumie sama nas namawiała, niby żartem, ale zawsze. Skoro już powiedziałam mamie, to zadzwoniłam też do siostry. Ucieszyła się, trochę jej głos drżał, ale bardzo się starała, żebym ja miała poczucie, że jest wszystko ok. Ogromnie mi ulżyło. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak mnie to gryzie, dopóki nie zrzuciłam tego ciężaru.

Robię myślowy przegląd tego, co nam będzie potrzebne. Na razie tylko myślowy, grzebać na strychu jeszcze nie mam zamiaru. Po dwójce dzieciaków mam niemal wszystko: jeden rodził się późną jesienią, drugi późną wiosną, więc są ciuchy zimowe i letnie w każdym rozmiarze. Wprawdzie są to ubranka raczej chłopięce, ale tym się na razie nie będę martwiła. Musimy kupić łóżeczko, bo to, z którego korzystali chłopcy, było strasznie duże i niewygodne: metalowe z siatką. No i pomimo pomalowania w kwiatki, muchomorki i biedronki pozostało niezbyt ładne. Tak właściwie to z tego łóżeczka korzystała jeszcze moja siostra, więc naprawdę ma już swoje lata i trzeba mu pozwolić odejść na emeryturę. Nie mamy też wózka, bo tamten się rozleciał, ale tu po cichu liczę na moich rodziców, którzy hołdują tradycji, że wózek kupują dziadkowie. Mmm, miła tradycja. Co jeszcze trzeba?

Komodę i fotelik. Na tym ostatnim nie będziemy oszczędzać, bo na własnej skórze sprawdziliśmy jak bardzo jest on ważny. Kiedy Kajtek miał 4 lata, brał udział w wypadku. Dachowanie samochodu przeżył bez większego urazu: guz na głowie i lekkie otarcia na skroni oraz ramieniu. Wprawdzie zaraz po wypadku wymiotował, ale raczej było to spowodowane szokiem niż wstrząsem mózgu. Tak przynajmniej stwierdził lekarz, bo później młody nie miał już żadnych objawów. Dlatego kolejne foteliki kupowaliśmy patrząc na wyniki testów, a mniej na cenę. Przeglądam więc testy i odkrywam, że bardzo wysoko jest oceniany fotelik z bazą mocowaną za pomocą pasa dwupunktowego – biodrowego. Rewelacja! Wprawdzie byłoby to rozwiązanie tylko na rok, ale to i tak coś: z tyłu auta mamy dwa pasy trzypunktowe i jeden dwupunktowy, a zamiana auta na razie nie wchodzi w rachubę.

Musimy jeszcze kupić laktator i sterylizator, bo laktator nieszczęśliwie upadł i się odłamał kawałek, a sterylizator poszedł w ręce innych ludzi. I jeszcze kocyk, i przewijak do łazienki, i ręczniki, i kosmetyki... Dużo tego, a nasza sytuacja finansowa jest nieszczególna. Fakt, że jak pojawi się dziecko, to będzie przypływ gotówki (ubezpieczenie i becikowe), ale część rzeczy chcę kupić wcześniej. Ech, nie ma się co martwić na zapas, jakoś to rozplanuję. Na razie oglądam, przeglądam i nie mogę się nadziwić ile nowych, fajnych rzeczy dla dzieci się pojawiło w ciągu tych ośmiu lat, które minęły od czasu, gdy Tosiek był mały. Wówczas albo takich wymyślnych gadżetów nie było, albo były tak drogie, że mogłam sobie o nich tylko pomarzyć. Teraz można wybierać i przebierać, więc robię to, choć na razie tylko wirtualnie.

Małe na zdjęciach wygląda troszkę jak dziobak - ma wyraźnie wyodrębnione rączki i nóżki, a w nich widać zarys palców – na razie jeszcze bardzo przypominających płetwy. Na głowie można dostrzec zarys oczu – czarne paciorki po bokach głowy i śmieszny dzióbek. Taki właśnie dziobakowy. Jest dwa razy większe niż tydzień temu, zmieniło się w pestkę wiśni, ma prawie 1cm.

Z rozmów z Tośkiem: Mamo wiesz jak robi burza? Zyg i bum! Faktycznie :-)

Dalej...8 tydzień ciąży - czytaj

Uważasz, że ten tekst jest wart przeczytania? Poleć go znajomym:

Oceń:

Wysyłam Twój głos!
Ocena: 3,88 z 5. Głosów: 8
Kliknij w gwiazdki, żeby dodać swój głos.
reklama