Doktor ewolucja Obniżanie gorączki szkodzi, leczenie przedłuża chorobę, a intensywna opieka medyczna – mimo najlepszych chęci – potrafi zabić. Tak się dzieje, kiedy lekarze ignorują ewolucję. Boli? Musi boleć! Ma palić gorączka, lać się z nosa, skręcać w brzuchu, łupać w kościach. Nie po to ewolucja harowała miliony lat na nasze mechanizmy obronne, żebyśmy teraz jedną tabletką mieli się ich pozbywać. Tak wiem – gorączka czy biegunka to nic przyjemnego. Ale organizm wie, co robi. Za jego mądrością w walce z chorobą stoją miliony lat ewolucji. A za naszą – pół wieku rozwoju intensywnej terapii i przekonanie, że wiemy, dlaczego chorujemy. O, ludzka naiwności! Wyzdrowieć mimo leczenia Wyjaśniam na samym początku: nie chcę nikogo przekonywać, by od jutra przestał chodzić do lekarza albo rzucił w kąt przepisane medykamenty. Zamierzam tylko skłonić do rozwagi nad leczeniem antybiotykami byle kataru, zbijaniem każdej gorączki i nerwowym pozbywaniem się najmniejszych oznak choroby. Nasz wysiłek w tym względzie może bowiem przynieść więcej szkody niż pożytku. Tak w każdym razie twierdzą ewolucjoniści, którzy postanowili trochę napomnieć lekarzy. Niektórzy medycy słuchają ich argumentów - i tak na styku dwóch, wydawałoby się odległych, nauk powstała trzecia: medycyna ewolucyjna. Jednym z jej głównych piewców jest Mervyn Singer, dyrektor Bloomsbury Institute Centre for Intensive Care Medicine w University Colage w Londynie. Jak na funkcję, którą pełni, ma dość radykalne poglądy. – Współczesna intensywna terapia – mówi – bardzo często koliduje z naturalnymi mechanizmami obronnymi naszego organizmy. W wyniku tego zdarza się, że ciężko chory pacjent dochodzi do siebie pomimo działań lekarzy, a nie dzięki nim. - lekarze powinni przechodzić kurs ewolucjonizmu – wtóruje mu amerykański lekarz i biolog ewolucyjny, profesor Randolph M. Nesse. Na University of Michigan Nesse kieruje programem badawczym mającym zgłębić ludzkie mechanizmy adaptacyjne wykształcone w procesie ewolucji. Wyniki badań jego zespołu pozwoliły mu napisać książkę „Why we Get Sick”. Dzięki takim ludziom jak on medycyna ewolucyjna (zwana także niekiedy darwinowską) staje się pomału coraz bardziej obecna w świecie białych fartuchów. Niektórzy się na nią oburzają, inni uważają ją za kontrowersyjną. Są także tacy, których urzeka. Niewielu pozostaje obojętnych. To bowiem całkowicie odmienne spojrzenie na to , czym jest choroba i jak należy z nią walczyć. Weźmy na przykład rozmaite zmiany genetyczne. Współczesny lekarz zobaczy w nich przyczynę poważnej choroby, ewolucjonista – mechanizm, który powstał, by w odległej przeszłości umożliwić Homo Sapiens przetrwanie. – Dopiero rozwój cywilizacji sprawił, ze stały się dla nas niekorzystne – mówi dla przekroju profesor Nesse. – Zmiany ewolucyjne powstały tysiące, a nawet miliony lat, a rozwój cywilizacji to w skali ewolucyjnego zegara zaledwie nanosekundy. Dzieją się one zbyt szybko, by nasze ciała przeniesione niemal bez zmian z paleolitu w późny czwartorzęd były w stanie przystosować się do nowych warunków. Dlatego chorujemy. Dla zilustrowania swego poglądu R. Nesse przytacza taką historię: ewolucja ukształtowała nasze nawyki kulinarne, które – choć świetnie sprawdzały się w długich okresach chłodu i głodu – w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci dostatku są dla nas tylko utrapieniem. Bo w epoce hipermarketów i Fast foods zrobić z upodobaniem do zwykle rzadkiego w dawnej diecie słodkiego i tłustego? Właśnie to ewolucyjne zaprogramowane łakomstwo jest przyczyną cukrzycy typu II. A wszystko zaczęło się kilka milionów lat temu, w czasach gdy pełny żołądek był rzadkością. Okresy obfitości trzeba było umieć wykorzystać. O dziwo, najlepiej radzili sobie nosiciele genów, które dziś predysponują do cukrzycy typu II. Po posiłku ich organizm produkował dużo insuliny, a pozyskany cukier szybko przetwarzał tłuszcz. Poziom insuliny spadał, co wywoływałoby głód i chęć zjedzenia następnego posiłku. W ten sposób obrastało się w tłuszcz przydatny na czarną godzinę. Jak jednak działa ten mechanizm, gdy jedzenia jest w bród? Po pierwsze, powoduje otyłość. Po drugie, ciągły wyrzut insuliny „znieczula” tkanki organizmu na jej działanie. A komórki głuche na działanie insuliny to właśnie cukrzyca typu II. Może uszkodzić nerki, zakończenia nerwowe, doprowadzić do ślepoty, nadciśnienia i otyłości. Wyścig zbrojeń W przypadku cukrzycy medycyna ewolucyjna pozwala nam po prostu zrozumieć mechanizm tej choroby, w wielu innych daje dodatkowo bardzo praktyczną możliwość zastosowania lepszej terapii. No choćby taka, za przeproszeniem, biegunka. Jedna drugiej nierówna. Kiedy na przykład wywołuje ją zakażenie pałeczkami Shigella – powodującymi czerwonkę – nie ma co jej przeciwdziałać. Ludzie leczeni preparatami przeciwbiegunkowymi chorują bowiem dłużej i są bardziej podatni na powikłania niż ci, którzy bez protestów poddali się naturze i odcierpieli swoje, dzieje się tak dlatego, że nasz organizm w dość częstych kontaktach z bakterią nauczył się jej pozbywać. Wydzielane przez nią toksyny przyspieszają perystaltykę jelit i bakteria – w gwałtownych dla posiadacza owych jelit okolicznościach – jest szybko z organizmu wydalana, co przyspiesza leczenie. Podawanie leków przeciwbiegunkowych jest działaniem sabotującym ten mechanizm, które tylko przedłuża męki. Z drugiej jednak strony inna bakteria – przecinkowiec cholery – wycwaniła się bardziej od nas i zaczęła wykorzystywać biegunkę do rozprzestrzeniania się po świecie. Rozsiewana przez biedaka muszącego co chwila kucać pod krzaczkiem czyha na kolejną ofiarę. W tym przypadku leki przeciwbiegunkowe pomogą organizmowi zwalczyć infekcję w zarodu i przeszkodą w zarażaniu innych. By jednak wiedzieć, jak zadziałać, trzeba dobrze znać wykształcone w ciągu wieków mechanizmy funkcjonowania mikrobów oraz wiedzieć, kiedy objaw choroby jest systemem obronnym, a Kidy opowiada wywieszeniu białej flagi i wołaniem o pomoc. Za to drugie zwykliśmy często uznawać gorączkę. Tymczasem podwyższona temperatura ciała to nie kapitulacja, a właśnie zwieranie szyków: stymuluje układ immunologiczny do walki z infekcją – twierdzi w pracy opublikowanej w „Nature” Sharon Evans, immunolog z Eoswell Park Cancer Institute w Bufflo. Podwyższona temperatura (u człowieka powyżej 37,5 C) jest naturalną odpowiedzią układu odpornościowego na rozpoczynający się stan zapalny. Wiemy, że znaczenie tego objawu to obronna odpowiedź organizmu na atak wirusów, bakterii, grzybów, obecność ciał obcych, alergenów, martwych fragmentów tkanek i innego dziadostwa. Do niedawna przyjmowano jednak, że funkcja obronna gorączki polega jedynie na zaburzeniu metabolizmu chorobotwórczych mikrobów przez ich lekkie „podgotowanie”. Tymczasem S. Evans oraz współpracownicy przeprowadzili serię doświadczeń na myszach i wykazali, że podniesienie temperatury ciała zwierząt to znacznie bardziej wyrafinowany mechanizm - działa jak inkubator na nasze siły obronne – zwiększa liczbę komórek układu immunologicznego, które w cieple szybciej dojrzewają i nabierają zdolności do rozpoznawania i niszczenia wroga. dlatego autorzy pracy sugerują, żebyśmy podczas przeziębienia zastanowili się, zanim przyjmiemy leki na obniżenie temperatury, bo ewolucja wiedziała, co robi, wymyślając gorączkę. Nie bez powodu zmiennocieplne jaszczurki, kiedy zachorują, przenoszą się do cieplejszych miejsc i nagrzewają swoje ciała, wywołując rodzaj sztucznej gorączki. Zaobserwowano też że stare szczury, które mają zaburzone mechanizmy termostatyczne, również szukają cieplejszych miejsc. Podobną ostrożność należy zachować przy zwalczaniu anemii – niskiego poziomu żelaza we krwi, który często towarzyszy przewlekłym infekcjom. Podanie żelaza może w niektórych przypadkach tylko pogorszyć sprawę. W czasie infekcji nasz organizm przemyślnie zatrzymuje je w wątrobie. Brak żelaza nie sprzyja bowiem rozwojowi wielu bakterii i wirusów. Podanie żelaza może nas więc wyleczyć z anemii, ale za to zaostrzyć infekcję. Co się bardziej opłaca? Organizm nauczył się rozważać zyski i koszty. Tym bardziej że czasem do dla niego kwestia życia albo śmierci. Totalne zapalnie Taka sytuacja ma miejsce w przypadku ogólnoustrojowej reakcji zapalnej zwanej potocznie sepsą. Organizm zaatakowany przez bakterie (rzadziej grzyby czy wirusy) daje sygnał: cała naprzód! Układ immunologiczny wchodzi na najwyższe obroty, uwalniają się hormony stresu, przyspiesza się przemiana materii. Podnosi się gwałtownie (albo opada) temperatura, przyspieszają serce i oddech. Taka akcja może doprowadzić do czegoś, co lekarze nazywają niewydolnością wielonarządową. Stanem, w którym przestaje działać kilka narządów naraz. Oficjalnie pogląd na sprawę głosi, że narządy wyłączają się, bo dociera do nich zbyt mało tlenu. To zaś jest spowodowane przeciekaniem naczyń krwionośnych na skutek r5eakcji zapalnej organizmu. Krew wycieka z nieszczelnych żył i tętnic, nie roznosi tlenu, tkanki tego nie wytrzymują i giną. Mervyn Singer, anestezjolog i zagorzały ewolucjonista, odkrył że stoi za tym zupełnie inny mechanizm i niezrozumienie go przez anestezjologów, którzy w dobrej mierze ratując pacjenta, mogą wywołać tylko szkody. Otóż Singer przeprowadził badania, z których wynika, że narządy wewnętrzne wcale nie są uszkodzone przez brak tlenu. One przełączają się w tryb awaryjny i potrzebują go dużo mniej. Przeczekują tak stan wojny, w który wchodzi organizm chcący zwalczyć infekcję. Owa woja wymierzona przeciw najeźdźcy nie zostaje bez wpływu na własne terytorium. Niezwykłe obciążenie energetyczne organizmu uszkadza mitochondria – małe komórkowe elektrownie zapewniające dostawę energii wszystkim narządom. Ich odbudowa chwilę trwa i by to przerwać, narządy wchodzą w rodzaj energooszczędnego trybu standy. To daje im szanse przeczekania najgorszego i dotrwania bez większych szkód do czasów pokoju. Dlatego y ludzi, którzy przeżywają niewydolność wielonarządową, po jakimś czasie wszystko w końcu wraca do normy. Narządy nie zostają uszkodzone. To oczywiście ryzykowna strategia, dlatego nasze ciało podejmuje je tylko w stanie skrajnego zagrożenia. Sztuka umiaru Lekarze, działając w całkiem dobrej wierze, mogą tu sporo zaszkodzić – uważa Singer. Chcąc zwalczyć infekcję, podają np. antybiotyki. Tymczasem wiele z nich hamuje działanie mitochondriów. Te zaś w początkowej fazie mobilizacji organizmu muszą działać pełną parą. Stłumione antybiotykami mogą nie dać rady wytworzyć ogromnej ilości energii potrzebnej do walki. Antybiotyki mogą też wpływać negatywnie na proces regeneracji uszkodzonych elektrowni i organizm załamuje się wskutek naszego leczenia. A zatem – konkluduje Singer na łamach tygodnika „New Scientist” – lekarze powinni lepiej dobierać dawki i czas podawania antybiotyku. Podobnie jest z podawaniem tlenu. Może być zbawienny, kiedy poda się go wcześnie, ale nieefektywny lub nawet szkodliwy, kiedy dawka tlenu zwiększy aktywność organów przełączających się w tryb uśpienia. Uaktywnione będą potrzebować energii od i tak przeciążonych mitochondriów. Gdy jej Ne otrzymują, naprawdę umrą. – Jeśli więc chcecie pomóc, wspomagajcie te małe komórkowe elektrownie – głosi Singer. Ale to wymaga zupełnie innego leczenia. Wielu lekarzy nie jest przekonanych do pomysłów Singera i jemu podobnych. Godzą one bowiem w stosowane od lat algorytmy postępowania. Randolph M. Nesse odpowiada im: - Nasze ciała wiedzą, jak walczyć z infekcji, urazami, niedoborem pożywienia. Miały czas, by się tego nauczyć. Ale nie zdołały wytworzyć mechanizmów obronnych wobec antybiotyków, interwencji lekarskich czy intensywnej terapii. Dlatego często są wobec nich bezradne. Próbują robić, co umieją najlepiej. A my tylko im w tym przeszkadzamy. Oczywiście systemy alarmowe organizmów nie są idealne. Dlatego czasem włącz je wcale nie pożar, ale po prostu przypalona grzanka. Układ odpornościowy wytacza wielkie działa na byle muchę. Coś boli, mimo że ó ból nie informuje o istotnym zagrożeniu. W takiej sytuacji nie stanie się nic groźnego, jeśli go powstrzymamy. Sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy interwencja ma sens, no dobrze, ale skąd to wiedzieć? Medycyna darwinowska próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Wskazuje, że potrzeba więcej naukowych badań nad istotą choroby i że czasem powinny one pójść w innym niż wyznaczonym kierunku. Nie wystarczy bowiem zrozumieć, co robi organizm w obliczu zagrożenia. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co to robi. A po takie informacje należy czasem udać się w podróż do przeszłości. Ewolucjoniści już szykują swoje wehikuły.