Witam kochane...
Zawsze kiedy myślałam o poronieniach, które przytrafiają sie kobietom, myślałam że mnie to nigdy nie będzie dotyczyło...
W październiku dowiedziałam się, że jestem w ciąży - termin miałam na około 20 maja 2012...cała rodzina żyła już właściwie tą nowinką. Brzuszek rósł...tak jak i miłość do tego dzieciątka...
Nadeszły święta...w piątek przed wigilią byłam u lekarza na standardowej wizycie...wszystko ok...wigilia w rodzinnym gronie, żadnych zmartwień, same "ciężarne" prezenty...
Pierwszy dzień świąt msza w kościele....dzieciątko ruszało się jak nigdy - żart teściów, że nie zna tego miejsca....
A wieczorem pierwszy ból w podbrzuszu...w nocy kolejne częściej...szpital...i wiadomość, że pęcherz płodowy w pochwie...
dobę później jest już po wszystkim...
to był prawie 20 tc...
Jak mam się pozbierać....?
codziennie płaczę, zasypiam tylko na środkach nasennych, w ciągu dnia tabletki na uspokojenie....
....tak bardzo go kochałam...to był już mój synek...
codziennie śniłam o dniu w którym przyjdzie na świat, o dniu w którym przytulę go do siebie i już nigdy nie wypuszczę z rąk...o dniu w którym powie:mama,tata....o dniu w którym uśmiechnie się do mnie...
dlaczego tak się musiało stać....czym zasłużyłam na taki los...