Juchu, masz trochę racji z tą irytacją, ale jest nie tam, gdzie myślisz. Odstawienie testów tylko sprawi, że będę się irytować na co innego, np. na brak śluzu, a to jest dużo mniej przyjemna irytacja. Lepiej się pozłościć tak niepersonalnie, że jakiś tam mikroskopik nie pokazuje tego, co miał, potem najlepiej się jeszcze na niego obrazić i stwierdzić, że po prostu jest do kitu a i tak na pewno jest wszystko ok, niż zastanawiać się, gdzie ten śluz, co się z nim dzieje, bo wtedy się człowiek złości sam na siebie i co gorsza nie może się na siebie obrazić i stwierdzić, że pewnie po prostu jest do kitu

Taki "chłyt" psychologiczny. Ale to wszystko to są tak naprawdę małe złości i złostki jako elementarna część mojego charakteru, ja sobie po prostu muszę poględzić, bo pęknę. Ale to ględzenie i te złostki nie są mocne, nie są ważne i są jakąś taką przeciwwagą dla chorobliwie optymistycznego środka. Muszę poględzić na głos i sama siebie posłuchać, żeby ten optymizm trochę temperować, bo bez tego to on prowadzi tylko do bardzo niemiłych "zderzeń ze ścianą". Taki mechanizm obronny. Temperuję go drobnostkami, którymi i tak wiem, że się zanadto nie przejmę - żeby nie przeholować w drugą stronę. A czy jajeczko teraz jest, czy go nie ma, to tak gdzieś w głębi wcale nie jest duży problem, jak go teraz nie będzie to za miesiąc już będzie na pewno
Tak, wiem, nie jestem normalna, nie byłam i nie będę
A jeśli chodzi o jakąś taką prawdziwą irytację, to jest taka. Cały czas jestem gdzieś w środku zła, że zrobili mi zabieg i to pewnie przejdzie dopiero, jak zajdę w ciążę, czyli zobaczę, że nic się nie "zepsuło". Do zabiegu byłam od razu nastawiona na nie, bo bałam się komplikacji, ale to, czego się dowiedziałam po zabiegu od najbliższego otoczenia dopiero wzbudziło taki bardziej realny lęk, że teraz mogę mieć problemy. W sumie chyba mogę być trochę zła, że mi to opowiedzieli, można było oszczędzić mi takich rewelacji albo zachować je "na potem". Koleżanka po zabiegu miała jakąś paskudną infekcję przydatków. Cioci się zrobiły zrosty. A moja mama... Zawsze mi opowiadała historię, że się o mnie długo starała, że nie mogła zajść w ciążę i dopiero po dłuuugim szukaniu przyczyn okazało się, że ma niedrożne jajowody, podczas wpuszczania kontrastu się udrożniły i wtedy zaszła w ciążę. Po tym, jak poroniłam, przyznała się, że to nie była pełna wersja historii. Pełna wersja była taka, że w pierwszą ciążę zaszła bez problemu, ale ją straciła, miała zabieg a potem długo zajść w ciążę nie mogła - bo po zabiegu miała niedrożne jajowody. Te wszystkie historie sprawiają, że po prostu gdzieś w głębi serca się boję, czy aby na pewno u mnie po zabiegu wszystko jest ok. Wiadomo, że nie będę jeszcze latać po gabinetach lekarskich jak szalona i prosić o histeroskopię, żeby sprawdzić, czy nie ma zrostów, czy o kontrast

Na razie muszę czekać, żeby się przekonać. Ale poczucie, że ten zabieg nie był dobrym pomysłem i strach, że coś może być teraz nie tak a ja o tym nie wiem, pozostaje.
No, to się przyznałam do swojej większej irytacji i o niej akurat raczej ględzić nie będę. Prędzej w tej kwestii muszę jakąś przeciwwagę w drugą stronę zastosować. Taką przeciwwagą są m.in. szczęśliwe historie od Was, że jedna po drugiej zachodzi w ciążę, daje to nadzieję, że i u mnie nie będzie z tym akurat problemu

Te szczęśliwe staram się sobie brać do serca.