Witam Was wszystkie. Ja po raz pierwszy goszczę na forum "Ciąża po poronieniu". Jeszcze do niedawna dzieliłam radości i zmartwienia kwietniówek 2010, ale niestety nie będzie mi dane mieć mojego maluszka w tym czasie :-(
13x13 dziękuję za pokierowanie na tę stronę.
Ja poroniłam moją dzidzię 4 dni temu w 8 tygodniu ciąży. Wg USG ciąża miała 7 tyg i 3 dni, więc dziecko umarło zapewne kilka dni przed tym jak zaczęło się krwawienie. We wtorek zauważyłam u siebie brązowe plamienie, ale pielęgniarka z kliniki, do której dzwoniłam uspokajała mnie, że to pewnie jakaś stara krew i dopóki plamienie jest ciemne a nie czerwone to nie ma się czym martwić. Starałam się zatem być dobrej myśli, chociaż oczywiście martwiłam się co nie miara i na wszelki wypadek całe popołudnie po powrocie do pracy przeleżałam. To jednak nie mogło już w żaden sposób pomóc. Ok. 5 rano następnego dnia zauważyłam że krwawię. Byłam przerażona tym co się dzieje. Od razu zadzwoniliśmy z mężem do kliniki. Doktor, z którym rozmawiałam kazał mi zadzwonić do nich tuż po otwarciu kliniki, czyli o 8 rano i poprosić aby znaleźli dla mnie miejsce tego ranka aby sprawdzić czy z ciążą jest wszystko w porządku. Na USG kobieta od razu stwierdziła, że jest to niestety poronienie. Po USG spotkaliśmy się z lekarzem, który starał się nas pocieszyć jak mógł. Dał mi do wyboru albo zabieg D&C (przypuszczam, że po polsku jest to łyżeczkowanie, o którym piszecie) albo poronić samoistnie w domu. Wybrałam tę drugą opcję, gdyż nie chciałam aby wyssano ze mnie moje dziecko. Już na USG uprzedzono mnie, że w pewnym momencie mogę zauważyć jak opuści mnie mój maluszek w jego woreczku. Powiedziano mi aby się tego nie przestraszyć. I faktycznie widziałam swojego maluszka. Nie przestraszył mnie jego widok, gdyż dlaczego miałabym się jego bać, ale za to jak go zobaczyłam to ogarnął mnie przeogromny żał i atak płaczu. Wtedy naprawdę uwierzyłam, że to już koniec :-

-

-( Potem zaczął się ból fizyczny. Mój przerażony mąż widząc mnie zwijającą się z bólu zadzwonił do lekarza z pytanie czy mogą mi jakoś pomóc, bo zalecany ibuprofen wcale mi nie pomaga. Lekarz przepisał mi silniejszy środek przeciwbólowy i jakiś środek przeciwwymiotny. Powiedziano też, że wciąż możemy przyjechać na zabieg. Środek przeciwbólowy jednak pomógł, więc na zabieg nie pojechaliśmy. W piątek byliśmy na wizycie kontrolnej. Wizyta odbyła się dokładnie wtedy kiedy mieliśmy mieć naszą pierwszą wizytę u lekarza. Mieliśmy wtedy po raz pierwszy zobaczyć dzidzię i usłyszeć jej serduszk :-( Tymczasem piątkowa wizyta była zupełnie inna niż ją sobie wyobrażaliśmy :-( Mój mąż mnie pociesza, że jeszcze z pewnością przyjdziemy na taką wizytę gdzie usłyszymy bicie serduszka naszego zdrowego maleństwa.
Mam ogromne wsparcie w swoim mężu i dzięki niemu udaje mi się otrząsnąć z przeżytego koszmaru. Już patrzę z nadzieją na przyszłość, że niedługo poczniemy inne maleństwo, które tym razem będzie mogło z nami pozostać.
Tymczasem lekarz kazał nam poczekać aż dostanę 2 normalne @ i potem możemy zacząć starania.
Na razie wciąż krwawię i czasami boli mnie brzuch. Szczególnie dzisiaj rano odczuwałam bóle, ale potem wyleciał ze mnie ogromny skrzep, więc pewnie jego odrywanie się było tego przyczyną.
Zważając, że na tym forum jest ponad 6000 stron lektury, to oczywiście jeszcze wszystkiego nie przeczytałam i wszystkiego zapewne nie przeczytam. Aby Was trochę poznać postanowiłam zacząć od ok. początku tego roku, ale póki co jestem dopiero na stronie 4135...