Asiu, nie do końca tak. Prowadzenie ciąży mają jak dla nas dziwne, to prawda - do 12 tygodni mają w nosie praktycznie wszystko, masz spotkanie z położną, pobranie krwi, moczu i pogawędkę typu wywiad, odżywianie... pierdoły. Ale jeśli chodzi o poronienie, byłam wręcz zaskoczona klimatem i podejściem.
Wylądowałam na Emergency z plamieniem, 06.01 wieczorem. Obmacali brzuch, sprawdzili ciśnienie, ustalili scan na następny dzień i wysłali do domu. Poza plamieniem nie działo się nic. Następnego dnia scan wykazał "puste jajo" - zostałam o tym bardzo delikatnie poinformowana, zaproponowano mi 3 opcje - zabieg, poronienie chemiczne lub naturalne w domu.I poinformowano, że gdyby zaczęło się coś mocno dziać, typu silne bóle bądź intensywne krwawienie to mam się zgłosić. To był piątek, miałam w sobotę lub poniedziałek poinformować szpital na co się decyduję - kwestia zabezpieczenia łóżka na oddziale w przypadku chemii lub zabiegu. Zdecydowałam się naturalnie, w sobotę wieczorem wylądowałam na Emergency po coś przeciwbólowego bo miałam skurcze jak przy porodzie. Rozwinął się krwotok, zatrzymali do niedzielnego popołudnia na oddziale - kroplówki itd., ale przede wszystkim pewność że jestem stabilna nim wypisali. Od razu termin na kontrolny scan. Okazało się że zostały resztki - znowu do wyboru, chemiczna prowokacja lub zabieg. Zdecydowałam się na tabletki. Ustaliliśmy co i jak, położyli na oddział dla dopilnowania czy w skutek podania tabletek nie rozwinie się zbyt mocne krwawienie. Nie było reakcji, wypuścili do domu, ustalając termin następnego scanu. Dość odległy, ponieważ wbrew zaleceniom lekarzy, muszę polecieć do kraju. Mają nadzieję że to samo zejdzie bądź się zresorbuje, na razie może zostać. Co mi się wybitnie podoba? Atmosfera i informacja. Ginekolog (kobieta) przeprasza, ale musi zbadać - to nie jest przyjemne, ale konieczne, postara się być jak najdelikatniejsza. Każdy zabieg, każde pobranie krwi, każda piguła - mówią po co, co to jest i dlaczego. Nikt nie odejdzie, dokąd nie będzie pewien że pacjent nie ma więcej pytań. Ba! W imieniu mojego rejonowego lekarza, dzwoni na moją komórkę pielęgniarka (mówiąca po polsku - lekarz by się ze mną przez tel. nie dogadał) i mówi że dr. Basu dostał informację ze szpitala o mojej sytuacji i pyta czy mógłby mi jakoś pomóc. LEKARZ PYTA CZY MÓGŁBY POMÓC PACJENTCE? Której de facto na oczy jeszcze nie widział bo my u niego zarejestrowanie ale zawsze zdrowi. Nie mam absolutnie żadnych negatywnych odczuć co do hospitalizacji i klimatu leczenia. To, że nie mogłam się doprosić o wczesny scan, to już inna sprawa - taki system.