Witajcie,
niestety i ja muszę do Was dołączyć. Moja historia, jak każda tutaj, zaczęła się pięknie, teraz walczę z rozpaczą i czekam na poronienie...
Ostatnia miesiączka 11.02 - długie cykle, bardzo nieregularne (po 3latach odstawiam pigułki, najpierw miałam 4 miesiączki co 60 dni, potem przerwę 4 miesiące, miesiączka, cykl 36 dniowy i ten okres 11.02). 17.03 zrobiłam test - cienka kreseczka. hcg total 19.03 131 mlu/ml, 24.03 hct total 382,1 mlu/ml. Wizyta u lekarza 25.03 malutki pęcherzyk, nie obliczamy dnia ciąży, bo przy takich cyklach trudno, czekamy co dalej, luteina 2 razy dziennie doustnie. 7.04 kolejna wizyta na usg mały zarodek wskazujący na 5t5dc, lekarz nie chciał pokazywać serduszka, bo powiedział, że jest za wcześnie. 9.04 - krew (niedużo) szpital (z racji świąt - w innym, nieznanym mieście). usg -lekarz widzi tylko pusty pęcherzyk o nieregularnym kształcie i każe czekać. W szpitalu robią betę hcg -3303 mlu/ml (badanie z 10.4). Dostaję dupka 3xdziennie i nospę fortę, bety nie powtarzają, traktują mnie byle jak mimo kolejnych pytań, 12.04 - wypisują mnie do domu z zaleceniem leżenia i wizytą u mojego gina za 2 tyg (poszłabym wcześniej, ale jest na urlopie do 21.04). plamienia ustały jeszcze tego samego dnia w szpitalu, ale 3 dni leżałam tam chyba tylko po to, że NFZ za mnie zapłacił.
Sobota 14.04 robię betę w moim lab, informacja - wynik będzie wieczorem. Czekam - sobota, niedziela, wyniku nie ma. W pon rano dzwonię - mówią, że wynik będzie do końca dnia. We wtorek rano(dzisiaj) wyniku brak, po mojej awanturze pojawia się wynik -zrobiony dzisiaj (a krew pobrana w sobotę) beta hcg - 3674 mlu/ml.
17.04 Pojechaliśmy do św. Zofii. Mój lekarz tam pracuje, więc chciałam jechać tam, żeby się mną porządnie zajęli, choć bliżej mam 2 inne szpitale. Godzina 19.30 - babka na izbie przyjęć mówi "3 godziny czekania", ja chcę uciekać, M każe zostać. Czekamy w kolejce, jestem 8 a przede mną 7 rodzących. Godzina 22.30 (około) wchodzę - lekarz cudowny. Dziewczyny, mój lekarz jest świetny, ale ten jest nieziemski! Nie spotkałam jeszcze lekarza, który trzymałby mnie ponad godzinę i to na NFZ w Izbie Przyjęć szpitala. Badanie "ręczne" jest ok, resztka plamienia. Oblicza wiek ciąży - niby 9 tydz, ale mówi, że przy takich cyklach liczenie nie ma sensu (to już wiem
), robi usg no i mamy... z tego nieregularnego pęcherzyka, który w szpitalu wcześniej zaczynał się dzielić zrobiły się dwa, piękne i regularne. W środku dwa ciałka żółte - gdyby nie ostatnia @ i wszystko inne wyglądałoby to na 6 t. No i teraz najlepsze - lekarz nie widzi podstaw do przerwania tej ciąży, mamy znowu czekać - powiedział, że nikt nie da mi gwarancji, ale też nikt nie zabierze mi nadziei. Ciąża powinna być inna, większa, ale gdyby rosła od początku jako 1, a tu jakieś podziały... zdjęcia usg się zmieniają, beta choć mała rośnie i powiedział, że czasem ma takie "nieksiążkowe" przypadki. Gdyby dzieci się rozwinęły i przeżyły - będą bliźniaki. Niski przyrost bety, zmieniające się zdjęcia są dziwne, ale są i lekarz mówi, że ta ciąża jeszcze walczy, że nie umarła. Uspokoił mnie też czego się bać, wytłumaczył, kiedy do szpitala, a kiedy leżeć, powiedział jak wygląda medycznie zakończenie takiej wczesnej ciąży a jak jej poronienie. Mam znowu czekać i nie tracić nadziei. W niedziele przyjdzie do mojego lekarza podczas mojej wizyty i porozmawiają o moim przypadku, bo jest trudny, ale ciekawy. Mam poczucie, że nie spotkałam wczoraj lekarza, ale anioła - cokolwiek się teraz nie stanie, wiem czego się spodziewać i jak reagować. I to wszystko w państwowym szpitalu, niebywałe...
19.04 odbieram beta hcg, kolejne mam zrobić w sobotę, ale już wiem, że nadzieja umarła - wynik 3400...czas zatrzymał się dla mnie w miejscu
czekam na wizytę u gina 22.04 i wyrok, który wiem, że usłyszę...