I to przez wielkie B i Z.
Wierzcie mi, ale to, jak się dowiedziałam o moim stanie, jest historią samą w sobie. Ale od początku.
Jak wspomniałam w "poznajmy się", wiosen sobie liczę 22. (a dokładnie 22 + niecały miesiąc). Od czterech lat biore lek zwany Imuran. Wszyscy lekarze twierdzili, że w związku z tym, że lek ten brać muszę, nie mam najmniejszych szans na zostanie mamusią. I tak sobie żyłam w słodkiej niewiedzy (a raczej gorzkim przekonaniu), aż do dnia 9 marca, czyli moich urodzin. Dzień wcześniej zorientowałam się, że okres spóźnia mi sie i to znacznie, więc tak pro-forma postanowiłam zrobić test ciążowy. Od myśli do czynu, przy czym zakładałam, że winowajcą jest tu mój niezdrowy tryb życia i fakt, że niedojadam i ogólnie żyję w ciągłym biegu. Tak więc w momencie, gdy zobaczyłam, że wynik testu jest pozytywny, po prostu usiadłam i przez dobre pół godziny po prostu gapiłam sie na dwie wyraźne kreseczki. Jeszcze tego samego dnia (korzystając ze szpitalnych znajomości) zrobiłam badania krwi. No cóz, o pomyłce nie było mowy. Zwyczajnie i po prostu jestem w ciąży, chociaż lekarze dalej w to nie wierzą i twierdzą, że to absolutnie niemożliwe i że badania trzeba powtórzyć. Oczywiście powtórzyłam, a w labolatorium trzy razy z rzędu chyba raczej pomylić się nie mogli.
Jutro ide na USG (kolejne) i tym razem pewnie sie dowiem, jaka jest płec dziecka, jako że wyszło, że bardzo długo zyłam nieświadoma, że jestem w ciazy.
I tak, to była zdecydowanie wpadka. Ale narzeczony chodzi dumny jak paw i absolutnie wszyscy już wiedzą, że będzie tatą. (gdyby mógł, pewnie wywiesiłby jakiś transparent za oknem, albo coś w tym stylu). W każdym razie jestem szczęśliwa. Fakt faktem, wolałabym z macierzyństwem jeszcze poczekać, nie czuję się jeszcze jak mama (albo może raczej jestem przerażona, że nie podołam macierzyństwu). Ale (wiem, że się powtarzam) jestem szczęśliwa. Nie wiem, jak to trafnie ubrać w słowa, ale chyba wiecie, o co mi chodzi :-)