No więc miałam opisać przebieg swojego porodu. Z piątku na sobotę dostałam skurczy ale jak zwykle je zbagatelizowałam...Długo nie mogłam zasnąć,a kiedy w końcu usnęłam jak na złość ktoś do mnie zadzwonił i mnie obudził. Kiedy kładłam się położyć z powrotem zaczęły ze mnie lecieć wody płodowe. Ubrałam się i razem z Mikołajem pojechaliśmy do szpitala. Lekarz dyżurujący stwierdził,że mam 5 cm rozwarcia. Położna zabrała mnie na lewatywę,a później razem z Mikusiem poszliśmy na salę do porodów rodzinnych. Podłączyli mnie pod KTG i skurcze po krótkiej chwili pojawiły sie na nowo,z tym,że coraz częstsze i częstsze i mocniejsze. Podłączyli mi kroplówkę z oksytocyny i jak przyszły bardzo silne skurcze po 140 to poprosiłam o znieczulenie. Dostałam Dolargan i odwaliło mi po prostu. Byłam tak naćpana,że żal mi siebie jak o tym pomyślę... Stwierdziłam,że przeszkadza mi wenflon i kroplówka i wyrwałam go sobie z ręki,zaczęłam trząść stojakiem do którego była przymocowana kroplówka. Później rzucałam się po łóżku i wzywałam Boga... Nie pamiętam momentu w którym kazali mi przeć,ale Miki powiedział mi,że gdybym parła cały czas Malutka urodziła by się w 5 minut a tak to ponad 20 zajęło Jej wyjście na świat. Po urodzeniu Niki chlusnęła ze mnie krew,do miski na cała podłogę i jeszcze obryzgałam lekarza i położne,zrobiła się straszna wrzawa i sprowadzili jeszcze jednego lekarza,zrobili mi łyżeczkowanie żeby zatamować krwotok i podali oksytocynę aby macica sama się obkurczyła szybciej. Później dostałam moje Maleństwo. Po porodzie okazało się,że hemoglobina spadła mi z 11,8 na 4,3 zaczęłam mdleć po kontach i konieczna była transfuzja dlatego razem z Niką wyszłyśmy ze szpitala dopiero po 6 dniach.
Wstawiłabym zdjęcie Malutkiej ale nie umiem ;/