Wczoraj mieliśmy w sr zajęcia z pielęgnacji.
Nasza położna poleca zasadę im mniej tym lepiej. Mycie NIE codziennie, ale w razie potrzeb (bo dziecko przecież i tak się nie poci a leżąc w łóżeczku nie ubrudzi), samą ciepłą wodą. W lecie, w upały można kąpać częściej i w trochę chłodniejszej wodzie, żeby dzieciaczka ochłodzić troszkę. Do pielęgnacji po polecała oliwę z oliwek, olej migdałowy itp. Do pępka Octenisept. Ogólnie jeśli chodzi o kosmetyki nie dać się zwariować.
To, co ucieszyło mnie niewątpliwie najbardziej nie powiedziała, że nie trzeba dziecięcych ubrań (ale już używanych) prasować. Lepiej ten czas przeznaczyć na sen, albo spędzić go z dzieckiem a nie stać przed deską do prasowania (no chyba że ktoś to bardzo lubi). Ufff. Mam zamiar się do tego solennie stosować, B. też nie miał nic przeciwko. Oczywiście nowe ubranka lepiej przeprasować bo to nigdy nie wiadomo koło czego to w Chinach leżało ;-).
Nasza położna nie jest też zwolenniczką rożków, zwłaszcza tych twardych, bo malutkie dzieci mają kręgosłupy ułożone w literkę U, z racji pozycji w macicy i po prostu na takich twardych jest im nie wygodnie i może im to bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Kąpałam też dziecko (tzn lalkę ;-)). Ale fajne to było. Trochę mniej się tego boję. No i zaciekawiło mnie wiaderko do kąpieli. Ponoć dziecko się w nim czuje jak w macicy i bardzo lubi się w nim kąpać. Uczyła też jak dziecko umyć w umywalce np. na wyjeździe czy u dziadków.
Radziła w miarę możliwości trzymać dziecko bez pieluszek, żeby wietrzyło skórę i kikuta. Oczywiście w cieniu trzeba dzieciaczka trzymać.
Powiem Wam, że bardzo były inspirujące te zajęcia i dały mi trochę wiary w siebie, że może jednak dam sobie radę...