reklama

Opisy naszych porodów

Wreszcie mam na tyle czasu i sił by usiąść i opisać to co sie wydarzyło tydzień temu...
Tak więc jesteśmy już w komplecie :-)
O 19.00 w niedzielę, 1 lutego 2009 urodziliśmy z mężem naszą córcię Łucję :-)
Mała zdecydowała się zobaczyć ten piękny świat dokładnie dwa tygodnie przed terminem.
O 3 nad ranem poczułam dziwne mrowienie w podbrzuszu, pokręciłam się w łóżku i przeszło. Jadnak za jakis czas znów wróciło to dziwne odczucie. Poszłam do kibelka, gdy wróciłam poczułam wilgoć, wstałam żeby zobaczyć co to jest a tu chlusnęły wody płodowe. Nie było ich dużo ale ewidentnie pokazały, że "zaczyna się".
Postanowiliśmy poczekac na rozwój sytuacji i nie panikować. Poszliśmy spać a pojawiające się co 15, 20 min skurcze rozładowywałam oddychając przeponowo.
O 6 zadzwoniłam do mojego lekarza, powiedział, żeby spokojnie zbierać się do szpitala. O 7 wyjechaliśmy z domu-do szpitala jedzie się ok godziny.
O 9 zostałam przyjęta na oddział porodowy, położna zrobiła mi lewatywę(co tak naprawde było chyba najgorsze w całym porodzie...)
Lekarz badając mnie powiedział, że poród bedzie długi bo nie ma akcji skurczowej(skurcze ustały w drodze do szpitala chyba z przejęcia) a szyjka jest twarda. Jednak po lewatywie wszystko zaczęło sie rozkręcać. Oddychałam sobie przeponowo, rozładowyjąc kolejne skurcze, które zrobiły się co 5 minut.
Chyba dzięki temu mojemu oddychaniu, krążeniu biodrami wszystko zaczęło bardzo postepować, po 2 godzinach było już 4 cm rozwarcia. Połozna chwaliła mnie, że dobrze oddycham.
Nie chciałam znieczulenia, przez całą ciążę ćwiczyłam oddychanie i relakscję wg Fijałkowskiego to mi baaaaardzo pomagało.
Mąz był ze mną od początku, bvardzo wszystko przeżywał, uczestniczył we wszystkim, po tym wszystkim kocham go tak bardzo, że nieraz po prostu mnie zatyka...
Poród postępował szybko, 20 min przed 19 położna oceniła, jest już pełne rozwarcie. Dobrze się dogadywałyśmy, była zadowolona z mojego rodzenia, oddychania...postanowiła zostać i urodzić razem z nami, choć powinna iść juz do domu.
Najtrudniejszym momentem był dla mnie etap od 8 cm do pełnego rozwarcia. Połączyły się skurcze rozwierające i parte, przerw między nimi praktycznie nie było, musiałam intensywnie oddychać przeponowo praktycznie non stop. Żeby sobie ulżyć unosiłam się na rękach na łóżkiem i kręciłam biodrami. Po porodzie miałam straszne zakwasy właśnie w ramionach :mrgreen: to o dziwo bolało bardziej niż zszyte krocze :-)
Gdy położna przygotowała wszystko do parcia, zaczęła się naj bardziej niesamowita części naszego porodu. Skurcze parte to sama dzicz! :-D coś niesamowitego! Siła tak wszechogarniająca i nieustępliwa, że nie da się chyba tego porównać do niczego!
W sali zebrało się dużo osób, mąz przytrzymywał mi głowę a ja parłam jak szalona, dzieląc skurcz na trzy. Było we mnie tyle siły, że sama byłam tym zaskoczona, tym bardziej po tylu godzinach. Położna bardzo mnie dopingowała. Najbardziej pomogło mi to, gdy powiedziała "widzę główkę z włoskami" :-D
Po nacięciu krocza szybko urodziła się główka a za nią reszta ciałka naszej córuni.
Mąż dzielnie przeciął pępowinę, byłam z niego taka dumna, całowaliśmy się gdy położono mi na piersi naszego skarbek. Na początku płakała ale gdy tylko położono ją na mnie ucichła i tylko sie patrzyła, intensywnie prosto w oczy(skąd wiedziała, że tam należy sie patrzeć?)
Później ją zabrali, mąz poszedł z nią by asystować przy zabiegach. Szycie krocza nie było przyjemne, ale dało się przeżyć ;-) Mąz wrócił z czerowonymi oczami, wruszony...tak bardzo go kocham :-D
W szpitalu najbardziej doskwierała mi właśnie rozłąka z mężem, płakałam w poduszkę z tęskonty, a on dzwonił i też płakał.
Jeszcze w szpitalu zaczął się nawał pokarmu, od początku karmię Lucię piersią, bardzo mi na tym zależało. Bardzo się bałam, że coś pójdzie nie tak, że strace pokarm...
Moje piersi zrobiły sie jak kamienie z guzami, wielkie i ciężkie od zastoju a mała nie chciała jeść lub jadła na mało, była senna, nie dawało sie jej rozbudzić do karmienia.
Tak mi jednak na tym zależało by za wszelka cenę karmić ją piersią, że zacietrzewiłam się.
Kolejny raz gdyby nie mój kochany mąż nie wiem co by było, założyliśmy sobie "plan dwugodzinny" wstawanie do małej co dwie godziny w nocy i w dzień, budzenie jej za wszelka cenę i przystawianie do piersi. Mąż odciągał mi pokarm laktatorem i z czasem wszystko jakoś kroczek po kroczku zaczęło sie układać. Najpierw zniknęły guzy, potem piersi przestały być jak kamienie. Nadal przystawiamy małą co dwie godziny, ale ona też już więcej je co bardzo pomaga w opanowaniu kryzysu. Mam do nas wielki szacunek, że w takim akcie desperacji uratowaliśmy moje piersi i pokarm dla małej.
Śpimy mało, ale jesteśmy szczęśliwi :-)
Podsumowując poród był dla mnie niesamowitym doświadczeniem, mistycznym i silnym, bardzo pozytywnym. Nie mam ani babyblus ani deprechy za to juz myślę jak to bede z mężem szaleć po zdjęciu szwów :-) :-) :-)
 
Ostatnia edycja:
reklama
samaola opis porodu cudowny..aż mi niejedna łezka poleciała i nie widzę liter na klawiaturze:zawstydzona/y: zazdroszczę porodu..podziwiam za wytrwałość i siłę..no i wielki szacunek do męża:tak: niech Łucja zdrowo i dobrze się chowa:tak:
 
samaola dzięki wielkie za bardzo wzruszający i zapierający dech w piersiach opis porodu ! Naprawdę wielkie gratulacje dla Was, wspaniale przez to przeszliście, można by rzec, że wzorcowo! Zazdroszczę i cieszę się, że tak dobrze będziesz wspominać to wyjątkowe wydarzenie ! Zawsze najbardziej mnie rozczula moment, kiedy maleństwo pierwszy raz jest widziane i widzi swoich sprawców ;) Jeszcze raz gratuluję, życzę szczęścia takiego jak teraz, żeby pozostała w Was ta miłość, o której piszesz, bo z opisu wygląda na zjawiskową :) ! Powodzenia. Pozdrawiam.
 
Samaola- kobieto, gratuluję samokontroli, dzielnie sobie poradziłaś- oby dalej szło podobnie, KOchana :tak:
(Chwalipięta z Ciebie, nie ma co- nie wystarczy, że położna chwaliła?? :-D:-);-);-);-);-))
 
samaola pięknie... po prostu bajecznie :tak::tak::tak: cieszę się tym bardziej, że mam podobne odczucia :tak::tak::tak: gratuluję też tak wspaniałych relacji z mężem:-)
 
Tak, to się nazywa samokontrola:tak:Ale oddechy to ja tez miałam oklepane, ale skurcze nijak mi się nie rozładowywały.
Fajnie że Łucja patrzyła się w oczy, moja Zosia pierwsze co zrobiła to zaczęła szukać cyca i ssała jak szalona, zresztą do dzisiaj tak robi:)
Mąż rzeczywiście dzielny i bardzo zangażowany. Wogóle myślę że wspólny poród dobrze wpływa na relacje małżeńskie. Faceci nabierają szacunku do kobiet. No i wspólne emocje łączą.
Super opis, widać że byłaś bardzo przygotowana do porodu i psychicznie i fizycznie.
 
reklama

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry