reklama

Opowieści porodowe - BEZ KOMENTARZY

Temat na forum 'Dzieci urodzone w styczniu 2015' rozpoczęty przez Nulini, 29 Grudzień 2014.

  1. Nulini

    Nulini Po prostu szczęśliwa!

    Masz to już za sobą?
    SUPER!

    Jak opadną emocje, podziel się wrażeniami z tej niezapomnianej chwili :-D
     
  2. Doggi

    Doggi Moderator

    nasze historie z porodówki rodem :)
    Ja co prawda jeszcze nie pochwalę się porodem styczniowym ale mogę na zachętę wrzucić opis mojego porodu z Olą :) był spoko i spokojnie pierworodki mogą czytać bo to praktycznie wspaniałe wspomnienie :)

    "Ready... Steady... Gooo...

    Więc jak wiadmo wszytskim zaczęło się sto lat temu :p Skurcze miałam daaaawno, ale rozwarcie nie chciało się ogarnąc...

    15.06 tj środa od 4.40 byłam na nogach bo miałam już tak silne i tak regularne skurcze ze myślałam że zdechne, ale i tak wychodziłam z założenia że to NADAL nie jest to :p... Skurcze najpierw co 10 minut, potem co 8 minut.... i potem szybko byly co 4 minuty i długo długo takie własnie były.. Postanowiłam IDĘ DO WANNY i poszłam... skurcze się nasiliły ale stały sie nieregularne, wiec myślę se PFFFF NARA...
    Ale tak z 30 minut później się nasiliły i znów regularne... zaczęły byc takie ze zginało mnie w pół z bólu i mój stary się wkrzył i mówi MAŁA TY MNIE NIE WKUR.WIAJ JEDZIEMY DO SZPITALA... ja długo mówiłam nie nie nie, ale każde kolejne wyginanie w paragraf mnie przekonywało... tak więc około chyba 14 pojechaliśmy do szpitala... skurcze all the time takie same... przyszła pani ginka dyżurująca wrzuca mnie na fotel a tam DUUUUUUPPPPPPPAAAAAAA !! Ostatnie 2 miesiace miałam na opuszek rozwarcie a ona mówi mi ROZWARCIA BRAK !! (załamałam się !!! !!! !!!) i ona mówi do mnie, "ale możemy zrobic tak, ze ja panią położę na patologię i bedziemy monitoorwac skurcze" na co ja po poprzednich doświadczeniach po beszczelnemu zareagowałam i powiedziałam "pffffff nie ze mną te numery !! Ja dziękuję bardzo!! Skoro nic sie nie dzieje jadę do domu" oczywiście mówiłam to z rykiem (płakałam z załamania i wściekłości, że to nadal nie to mimo ze ból taki obrzydliwy)

    No i wyszłam z rykiem, ide do auta do męża i ryyyycze ryyyycze ryyyycze i mu mowie co i jak.. Po czym stwierdzil, że on idzie z ta lekarka pagadac bo on nie moze patrzec na to jak ja cierpie... no i poszedł i zaraz wrócił... i mówi "pani dr powiedziała, ze chce cie polozyc na patologię, ze chce obserwowac skurcze bo jest wiele rodzajów skurczy i jesteś już tyle przeterminowana, że to trzeba monitorowac!! I że jeżeli są to skurcze porodowe to się rozkręci, ale jeżeli będą to skurcze porodowe, a rozwarcie nadal nie bedzie postepowac to wtedy następnego dnia zrobią mi cc bo dziecko już za długo jest w brzuchu, żeby tak nic się nie działo..." no i ja mówię NIE NIGDZIE NIE IDE i wyje... mąż mnie błagał wręcz, prosił, żebym została, że oni chcą mi pomóc ale ja sobie nie daje pomóc itd itp... ale w końcu mówie no ok (przekonało mnie że nie bęę sama, że może byc ze mną Tomek całą noc nawet bo to nie będzie jako jego zwykla wizyta ze o 20 do domu, tylko obserwacja i czekanie na poród i Tom może byc ze mną cały czas....)

    No więc około 15.30 wrócilismy na ip i mnie przyjęli (ta lekarka prosiła Tomka żeeby namówił mnie na powrót, bo ona chce mnie obserwowac !! No i mnie przyjeli, poprosiłam o pokój gdzie będę sama (taki dostałam na tej patologii mimo, że kobitek było pełno) tylko zapowiedzili ze jak zabraknie miejsca to mi kogos poloza, ale polozyli dopiero koło 20.30 taka młodą laseczkę jak ja już miałam nieogara mózgowego :p

    No wiec pierwsze ktg skurcze zapisywały się miedzy 80-95 bolało ale nie jakoś strasznie...
    Następne ktg po godzinie, skurcze między 95-107 zapisywały się
    nastepne ktg skurcze dochodziły do 120, co 3 minuty...
    Decyzja piguły - prysznic, tak też zrobiłam... ALE TO BYŁO STRASZNE !! Ona powiedziała, ze ciepła woda pomoże lipa... jak polewałam brzuch ciepłą wodą w czasie skurczy to była masacra..nie wiedziałam co robic za co się łapac ! Ból nie do opisania (ale to przez ta wodę)

    Po 30 minutach wyszłam spod prysznica... skurcze co 2-3 minuty jeszcze mocniejsze... i tak było przez godzine i przyszła piguła (tak btw zaje.bista kobitka, mega miła !! z reszta kazda jedna każda taka miła, troskliwa pomocna !!) i się pyta o skurcze, to jej powiedziałam co i jak i stwierdzila ze dzwoni po ginka zeby mnie zbadała... w tym czasie łaziłam po korytarzu, i przy każdym skurczu z bólu klękałam a tułowiem opierałam sie o ścianę (tak mi łatwiej było)... no i około godziny 22.15 przyszła pani ginka i mnie wzieła na badanie..
    Achaaa wtym czasie kazałam pojechac staremu mojemu do domu zeby się ogarnal i dam znac jakby coś... (spodziewałam się ze nie dam znac :p)
    Siadam na fotel, ginka zagląda, smyra, przepycha kręci nosem i nagle błysk w oku "JEST !! 2 cm !! rozwarcie jest od strony krzyża i bardzo trudno jest je wybadac !! Ale jest dobre 2cm" wtedy druga ginka (zmieniały sie i obie mnie badały) zajrzała i potwierdziła... No z radości zaczęłam na tym fotelu skakac :p I pani ginka mówi "no to co, rodzimy dziś.. teraz na spokojnie pójdzie pani do pokoju spakuje sie, zadzwoni po męża i na porodówkę przenosimy" ryczałam ze szczęścia !! I wtedy piguła podeszła do mnie żeby mi krocze ogolic w razie w i jak zaczęła golic w tym momencie PLUSK... WODY MI ODESZŁY (to już w ogole sobie pomyślałam że naprawde dziś !! Ze jak już wody poszły to Olcia bedzie niedługo ze mną , matko jaka ja byłam szczęśliwa !!) na co lekarka mówi, "no dobra, to teraz, JUŻ NIE NA SPOOJNIE, szybko prosze zabrac najpotrzebniejsze rzeczy, zadzwonic po męża i on dopakuje panią do końca, a pani na porodówkę JUŻ" (nie to ze za 5sec urodze, tylko zebym juz byla na miejscu i zeby sie tam mna zajeli i wpisali mnie i zaczeli procedury porodowe, bo jak wody odchodzą to rozwacie na ogół to szybka akcja)

    Wzięłam miśki żelki moje, wodę klapki i ręcznik, piguła wzięła mnie na wózek i zawiozła na porodówkę, ja całą droge z szerokiem uśmiechem na twarzy, zę na porodówce sie zdziwliły ze mam skurcze i się tak uśmiecham bardzo :p
    No i na porodówce byłam jakoś około 22.30 może później wtedy znow mnie zbadano, ale to już położne (te które odbierały mój poród - bo lekarka to na 5 sekund przyszła :p) i miałam już rozwarcie na 3cm hihihi :) no i tak sobie łaziłam po korytarzu z mężem skurcze coraz mocniejsze, ale jakoś nie było masacry... no i za godzine o 23.30 miałam rozwarcie na 4 cm i wtedy mnie do wanny wrzucili i tam byłam z godzine kolejną... i około 00:30 badanie kolejne i rozwarcie na 5cm, po czym zaczęło mi byc strasznie niedobrze, myślalam ze sie schawce.. no i prawie prawie... ale dałam rade.. i im mówię, że zaraz isę porzygam i z resztą KUUUUUPPPPAAAA !! !! !! to znaczy darłam się do męża że ma iśc tam i je sprowadzic bo nie ogarniam !! Przyszły badanie i miałam 8/9 cm rozwarcie po 30 minutach !! :D na co one "wow, niezła pani jest" a ja mówię "no raczej, że jestem :p" ale to rozwarcie już nei chciało tak szybko iśc :( nawet nie tyle to wszystko bolało, co po prostu mialam takie uczucie że zaraz eksploduje przez te parte i ze ja musze powstrzymywac je i to była męczarnia, bo bólu nie pamiętam...
    W oczekiwaniu na to rozwarcie ostateczne w przerwie miedzy skurczami spałam... po prostu zasypiałam... jak przychodził skurcz darłam się wniebogłosy (zawsze tak odreagowuje)...
    Mąż był cały czas ze mną, zrozpaczony i załamany, że nie moze mi pomóc blady jak ściana był (moze nie ściana na porodówce bo rodziłam w dali tzw lawendowej i ściany były w tym własnie kolorze ;) ) cały czas trzymał mnie za rękę i w pewnym momencie zaczłą mnie po tej ręce cmokac na co ja oprzytomniałam spojrzałam na niego moim szatańskim spojrzeniem i powiedziałam "PRZESTAŃ MNIE KUR.WA CAŁOWAC PO RĘCE !! !! !!" położne wybuchły śmiechem (po fakcie mąż mi powiedział, że bardzo był mu porzebny opierdziel ode mnie, bo on juz sie rozpływał i płakac mu sie chciało ze ja tak cierpie i sam nie wiedział co sie ze mna dzieje, ale jak ja moim "słodziutkim" głosikiem powiedziałam co powiedziałam i szarpnęłam nim za rękę to oprzytomniał i wiedział, ze bede zyc i ze ulżyło mu gdy tak zrobilam bo wczesniej zero kontaktu ze mną na nic nie reagowałam (mdlałam w miedzy czasie) a tu Dagmarka ma sie dobrze :D :p

    No i około 2.25 (może później) położne kazały mi przec.. nie wiem ile razy parłam ale sporo, bo główka nie mogła wyjsc (coś tam ponoc to ma wspolnego z tym ze to rozwarcie miałam takie od krzyza i to utrudnia) ale w końcu główka zaczęła się pojawiac i położna mówi "widac główkę, juz prawie wyszła, chca pani dotknąc?" na co ja mówie "i co jeszcze KUR.WA" (póxniej było mi tak głuppio, ze tak powiedziałam do nich ale ja mega nieświadomke miałam i srednio to pamietam tylko mąż mi powiedział ze tak powiedziałam, ale one sie nie wkurzyły tylko zaczeły smiac ;) :p) no i potem już się potoczyło szybko, jak głóka wyskoczyła, to poczułam że bardzo dużo czegosc płynnego ciepłego ze mna wylatuje a zaraz później jakiś ogromny glutel wyleciał, ale to już była Olcia :) Jak to mój mąż powiedział, wyglądała jak surowy kurczak, do obróbki :p
    MASACRA JAKA ULGA.... Stary ryczał jak bóbr, że Olcia się urodziła i że ja jestem taka dzielna... ja też ryczałam, ale z zupełnie innego powodu... BÓL MINĄŁ !! żadnych skurczy, żadnego parcia... jakie to było boskie !! Czułam się taaaaaka lekka !! :)

    No i dostałam małą na brzuszek... cieplutka, malutka słodziutka... zakochałam się !! Mąż w tym momencie to już w ogóle ryczał nie z tej ziemi !! (KOCHAM GO !!)

    Oczywiście nie obyło się bez nacięcia... bolało tak strasznie ze nie czułam skurczy hahahahaha :p i mega dziwne uczucie jak cie tak tną strasznie dziwne !!

    Łożysko urodziłam w niecałe 10 minut i ptem pani dr mnie zaszyła (to juz nie bolało ale znieczulenia nie dostałam)

    Ogólnie jak o 22.30moze troche pozniej zapadla decyzja ze bede rodzic tak o 2:50 Olcia była na świecie :) Panie powiedziały, że bardzo ładnie sobie poradziłam, bo pierworódki ostatnio u nich po 18h rodzą, a u mnoe 4h i po krzyku :)

    O 4 przenieśli mnie na oddział położniczy, a o 8 już się domagałam by mi pozwolili wstac, bo już mi się leżec nie chce...
    Nic nie bolało i nadal nic nie boli... Na obchodzie o 8.30 lekarka spojrzała na moje krocze silnie zdziwiona i mówi "gdyby nie te pare szwów, to prawie nie widac ze pani rodziła pare godzin temu" i tak tez sie czułam !!

    Pierwzy raz od 9 miesiecy czułam się bosko i nadal tak się czuję :)"

     
  3. reklama
  4. Nulini

    Nulini Po prostu szczęśliwa!

    To i ja się podzielę przeżyciami ze stycznia 2011 ;-)

    W niedzielę 2 stycznia wieczorem łyknęłam sobie olejek rycynowy.
    Noc - bezsenna, ciągle wstawałam do kibelka (czyściło mnie przeokrutnie po tym olejku!), do tego strasznie się bałam, czy nie zrobiłam głupstwa i nie zaszkodziłam Tosi.
    O 4 nad ranem znowu pobudka, kładę się i czuję skurcze.
    Zaczęłam mierzyć - równiutko co 4 minuty.
    Obudziłam małża (tekst na powitanie "jezuuuuu, nie możesz poczekać do rana???"), poszłam się wykąpać, ale nie pomagało, skurcze nadal regularne.
    Mama się obudziła i opieprzyła mnie, że zamiast do szpitala, to ja się kąpię i że zaraz urodzę w łazience.
    Zebraliśmy się i w drodze skurcze były już co 2 minuty.
    A śniegu po kolana, ślisko, więc jazda powoli :-p
    Zgarnęliśmy moją babcię i prosto na IP, była 5.50 rano.
    Tam KTG, wywiad i lewatywka (nie wiem po co, jak w łazience zostawiłam całe jelita :confused2:).
    Zaprowadzili mnie na salę porodów rodzinnych i zostawili.
    Łaziłam w kółko, mąż przysypiał na krzesełku, skurcze nadal były regularne, w końcu po chwili przyszła położna, dała mi zastrzyk w tyłek i podała kroplówkę z oxy.
    Po tym nastąpiła MASAKRA, skurcze tak cholernie bolały, że małżowi prawie rękę miażdżyłam.
    Pęcherz musieli mi przebić, bo sam nie chciał się rozlecieć...
    Leżałam na boku, co chwilę lekarz badał rozwarcie i czy się główka obniżyła, bo do tej pory była wysoko.
    W końcu przy skurczach kazali mi przeć na kupę, żeby obniżyć główkę, a jak już się obniżyła, obrócili mnie na plecy (chociaż ostatecznie i tak lekarz wypchnął Młodą, bo brzuch miałam pod samymi cyckami).
    Przy drugim parciu wyszła głowinka (czułam się, jakbym wypychała ARBUZA :crazy:), przy trzecim reszta ciałka (śmieszne uczucie, pierwsza myśl, że wypchnęłam z siebie ośmiornicę, autentycznie :-D).
    Rodzenia łożyska nie pamiętam w ogóle.
    Położyli mi Młodą na brzuchu, później zabrali ją do pomiarów, a mnie podali znieczulenie i lekarz zaczął szyć.
    Miałam w sobie tyle siły i energii, że chciałam od razu iść na korytarz do męża i babci, bo tam imprezka w najlepsze, śmiechy chichy, pogaduszki, a jaka byłam zła, że mnie na łóżku wożą, jakbym sama iść nie mogła!
    Niestety, nacinali mnie i to bolało chyba najbardziej, czułam każde uszczypnięcie, mimo skurczu, koszmar przeżycie...
    Później pierwsze karmienie i na salę poporodową.
    W trakcie porodu wrzeszczałam (chociaż w ogóle nie pamiętam, że krzyczałam, mąż mi opowiadał), że następne na bank urodzę przez cesarkę, ale teraz, jak pomyślę, że w szpitalu miałabym leżeć przez tydzień, skłaniam się jednak do porodu naturalnego ;-)
    Tosia była z nami już o 9.35, czyli 3 godziny 45 minut po przyjęciu na IP.
     
  5. nieobecna87

    nieobecna87 Fanka BB :)

    To i moja historia z pierwszego porodu - każdej życzę żeby tak wyglądał (tylko z innym finałem) ;)


    Termin z OM miałam na 10.04.2013 i modliłam się by tego dnia nie urodzić (wszędzie tylko Smoleńsk i Smoleńsk). ;) 7.04 bardzo źle się czułam (nie mogłam oddychać) więc pojechaliśmy do szpitala, w którym miałam rodzić dowiedzieć się co się dzieje. Jakiś lekarz zbadał mnie, zjechał z góry na dół, że do porodu daleko i po co ja przyjechałam. Pół dnia przepłakałam, ale pogodziłam się z faktem, że nie mam szans na bliskie rozwiązanie. Tym bardziej, że ani brzuch mi się nie obniżył, ani czop nie odszedł... Od mojego gin miałam skierowanie na wywołanie porodu już na 11.04, gdyż było wiadomo, że Młody będzie duży.


    Tak więc 10.04 wstałam wcześnie (koło 6.30), zrobiłam jajecznicę na boczku i wysłałam Męża do fryzjera a potem na oddanie krwi (osoby oddające krew mają dzięki temu dzień wolny w pracy). Dzień wcześniej zjadłam mc zestaw + wielką porcję lodów z sokiem pomarańczowym, rano ta jajecznica.. więc bieganie do wc i ból brzucha mnie nie zaskoczyły - w końcu na pewno się zatrułam... Gdy Mąż pojechał a ból stawał się coraz większy zaczęłam się zastanawiać czy czasem nie rodzę. W głowie cały czas miałam jedną myśl - jeśli rodzę, to muszę się jak nawięcej ruszać bo to przyspieszy poród, a i tak pierworódki rodzą 12 godzin. Więc umyłam okna, podłogi, sprawdziłam torbę, 2 razy wzięłam prysznic, 2 razy wyprostowałam włosy, pomalowałam się itd. ;) Koło 9.30 - 10 zadzwoniłam do Męża, że chyba rodzę. Akurat był już na fotelu do pobierania krwi, szybko się zebrał i przyjechał do domu. Ból był już taki, że wiedziałam, że tego dnia na świat musi przyjść Młody. Nie mierzyłam skurczy, bo brzuch bolał praktycznie bez przerwy. Szybki skok do auta i pojechaliśmy do najbliższego szpitala. Koło 10.30, gdy tylko na parkingu pod szpitalem wysiadłam z samochodu odeszły mi wody (jak mi było wstyd, że idę z mokrą dupą po ulicy!). Kazałam Mężowi zostawić torbę w aucie (bo w końcu dopiero się zaczyna i mamy 12 godzin, a może to fałszywy alarm..) i iść za mną (żeby mnie zakrył i nikt nie widział mokrego tyłka). Na izbie przyjęć mnie zbadali i kazali się szybko przebrać. Powiedziałam babce, że spokojnie, mamy czas.. mamy 12 godzin. A ona na to, że mam 7 - 8 cm rozwarcia i zaraz nie zdążę dojechać na porodówkę. Wzięli mnie na wózek inwalidzki, Mąż w tym czasie pobiegł po moją torbę. Na porodówce standard - podpięli mnie pod ktg. Od razu się położyłam bo miałam już skurcz na skurczu. Poprosiłam o znieczulenie, jednak dali mi tylko antybiotyk na GBS - na znieczulenie było już za późno. Po godzinie było pełne rozwarcie i parłam. Raz tylko poszłam siku do wc. Jednak wtedy Młody zaczął tracić tętno, dostałam tlen. Kazali mi zmienić pozycję "na pieska". Podobno wtedy dziwnie spojrzałam na położną i zapytałam ją, czy chodzi jej o pozycję "kolankowo - łokciową". Nie wiem skąd mi się to wzięło. ;) Mąż mówi, że nie krzyczałam i byłam dla wszystkich bardzo miła. Raz tylko zwróciłam mu uwagę, że nie musi mi przypominać, że mam oddychać. :) Zmiany pozycji nic nie dawały, Młody zamiast odgiąć głowę do przodu, wygiął ją do tyłu i dlatego przestawał oddychać. Lekarz podjął więc decyzję o zrobieniu cc. O 13 było już po wszystkim. Z sali poporodowej pamiętam tylko opiernicz lekarza, że nie zdjęłam do cc stanika (ale kiedy miałam to zrobić?) ;)
     
  6. agulqa_b

    agulqa_b Fanka BB :)

    Więc... ja jako młoda mamusia nie mam siły jeszcze by siąść i napisać. Albo może czasu brak? Albo jednego i drugiego.
    W każdym razie mój Ł zrobił krótką relacje. Nie jest to sam poród, ale powiedzmy że od momentu poczęcia do porodu (mam nadzieję, że adminki mnie za to nie zabiją;) ). No więc wstawiam to co mój Ł wypocił ;)
    AAAAA zapomniałam. Przepraszam za błędy stylistyczne, ortograficzne i inne takie. Ł ma problem z poprawną polszczyzną czasami :p

    Witam,
    Na wstępie chciałbym się pochwalić tym co nie wiedzą, że zostałem tatą uroczego Chłopca imieniem Robert. Ci co wiedzą chyba rozumieją, że duma i szczęście mnie po prostu podnoszą- a jest co podnieść. Ale ja nie o tym. Chciałem przedstawić jak moimi oczami wyglądało to 9 miesięcy kangurowania Agnieszki i sam poród, przy którym byłem od początku do końca i uważam osobiście, że każdy mężczyzna powinien tego doświadczyć. Ale od początku:
    Wiadomo poczęcie jedna z trzech najprzyjemniejszych rzeczy w życiu, co do dwóch pozostałych to nie jestem pewienJ Następnie 9 miesięcy ciąży, niby nic. Urośnie brzuszek, czasami o 3:00 w nocy poprosi o jakaś oranżadę, śledzia i wszystko najlepiej aby było w czekoladzie z rodzynkami, nabierze kilka niezbędnych kilogramów i ot cała ciąża- kobieta szczęśliwą jest uśmiechniętą i wszystko fajnie –tak jest niestety tylko chyba we filmach!!! Czemu w szkole zamiast siódmej lekcji matematyki i całek czy jakiś dziwnych iksów nie ma lekcji jak przetrwać ciążę z kobietą, której buzują hormony, świruje organizm, która sama nie wie co chce od siebie, więc skąd ma wiedzieć czego chce ode mnie? Jak wspomóc kobietę, która ma coraz mniej siły, praktycznie tylko śpi, je i płacze w przerwach wyzywania mnie za to, że oddycham tylko po to by za chwilę przytulić się i rozpłakać jak to jest ciężko. Od samego początku, moja Agusia starała się uświadamiać mnie: co to jest ciąża, ile trwa, mówi się 9 miesięcy, a ciąże liczy się w 40 tygodniach, miesiąc ma 4 tyg. więc jakby nie liczyć to 10 miesięcy – tak wiem zniszczyłem wasze wyobrażenie o ciąży. Stopniowo pokazywała mi jak wygląda nasz potomek w konkretnych tygodniach i to jest niesamowicie przyjemne i fascynujące, jak z niczego powstaje życie i jak rośnie coś co jest z Nas, krew z krwi itp. Ogiń!! Ale ciąża to nie tylko takie lelum polelum, błahe sprawy czy jakieś tam hormony. To też strach o to małe coś tam w brzuchu, czy aby wszystko jest ok? Czy będzie zdrowe? Tu jakiś krwiak, tu jakiś ból, tu urok, a tu sraczka. 9 miesięcy strachu i horroru, ale jeden kopniak wyczuty ręką położoną na brzuchu Kobiety i zapominasz że było źle, wiesz że już będzie tylko lepiej. Tak naprawdę nie wiesz czy jak pomagasz kobiecie to pomagasz jej jako jej czy jej bo nosi Twoje dziecko, ale nie zastanawiasz się nad tym. Idziesz i robisz czasem nawet coś co według ciebie nie ma w ogóle sensu, ale wiesz, że sprawisz tym przyjemność, albo uspokoisz. Nieraz to jest wyjście po głupią tabliczkę czekolady chodź wiesz że jak wrócisz to już ochota przejdzie, czy nawet pomasowanie stóp (bo przecież tak bolą i puchną!). Ale jakby nie było okres, w którym kobieta jest w ciąży mimo swoich wielu wad (mówię Wam filmy kłamią!!) jest okresem cudownym. Zwykłe USG i widzisz jak „coś”, co nie przypomina jeszcze „nic” pływa w brzuszku i cieszysz ryja do monitora. O ciąży mógłbym jeszcze chyba opowieść napisać. Tona sytuacji, w których człowiek nigdy by nie pomyślał, że się znajdzie, uświadomienie sobie, że „***** a miałem takie beztroskie życie, zarobić trochę siana, iść do kina, czy w****ć kebaba i labamba- jak to mówią szafa gra”. A tu rośnie jakiś stworek, który wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pochłonie cały Twój wolny czas, a w sumie cały czas nawet ten nie wolny. Beztroska się kończy stary, ogarnij poślady tu rośnie życie za które jesteś, albo będziesz odpowiedzialny!! „Helołłł” woła ****** sumienie, dorośnij stary masz tylko 9 mcy, a sorry 10 miesięcy, by Twoje dziecko nie musiało się za Ciebie wstydzić!! A propo dziecka był ktoś z Was przy porodzie? Albo planował? Drogie Panie- wielki szacun za to co Wy tam znosicie. Na początku niby nic, trochę skurcz złapie, kapeczkę coś tam boli, to zakuje i gra. Nie jest tak źle. Ale za chwilunie a dokładnie za kilka bądź kilkanaście godzin (bo to nie trwa jak we filmach dwa stękniecia i do domu z dzieckiem!) ja *******e! Ogiń w szopie to mało. Ten ból wypisany na Twarzy, krzyk, płacz, lament i błaganie by już się skończyło. Decybele z gardła u jednej kobiety wydobywają się niczym 70tys kibiców na stadionie. Słowa położnej nie docierające w momencie kryzysu w ogóle do kobiety tylko te magiczne jedno zdanie zmieniające wszystko a mianowicie: „Zrób to dla swojego dziecka” widzisz aż drgawki przeszywające ciało kobiety jakby wszystko miało się podporządkować. Teraz i tu walka z samym sobą wiesz, że jesteś tam, Ona liczy na Ciebie widzisz jak się męczy więc ty nie możesz panikować, musisz być twardy i silny, a jednocześnie delikatny i miły. Czasem walniesz coś głupiego typu : ”skąd ty masz takie śmieszne skarpetki?”, ale kogo to, skoro wiesz że to już za chwile, prawie koniec. Widać coś.. coś się dzieje, bo położna, lekarz, wszyscy się zbiegają i coś tam majstrują w okolicach, w których ty zabawiałeś się parę miesięcy temu. Zanim się spostrzeżesz słyszysz jakiś pisk, jakby kurczaczek i wiesz że ten kurczak To Twój syn!! Widzisz go na Własne oczy. Te kopniaki które czułeś kilka miesięcy wstecz, właśnie się stały namacalne. Te uderzenia w maszynce z zapisu KTG możesz za chwilę poczuć na swojej ręce. Zanim się spostrzeżesz już trzymasz nożyczki większe od dziecka, albo może wydaje ci się, że większe. W końcu nie raz obcinałeś coś albo ucinałeś, a tu masz wykonać jedno małe ciachnięcie, by oddzielić dziecko od matki i co? Ręce latają ci jakbyś dopiero co… No właśnie co? Nie da się tego do niczego porównać, te emocje są czymś najstraszniejszym w życiu, a jednocześnie najpiękniejszym.. kobieta która przed chwila marzyła by umrzeć, która błagała by ją rozcinali, dali jej spokój, że ona nie chce, po położeniu jej dziecka na piersi jakby zapomniała co przed chwilą przechodziła. Ból? Jaki ból, nic jej nie jest tylko trochę spocona jakby po porannej przebieżce na dobry początek dnia. Łzy same lecą, ale co tam- Ty jesteś Twardziel nie zapłaczesz. Czujesz jak cebula ciśnie ci się z oczu więc odwracasz się niby by podać wodę, ale **** tam i tak nikt na ciebie nie zwraca uwagi bo to na co czekałeś tyle czasu, to co było dla Ciebie nie znanym już jest przy Tobie. Płacze sra, ci po ręce, ale ty masz to w dupie i cieszysz się jak głupi do sera. Z uśmiechem spoglądasz na *****, człowieku obsrali ci rękę a ty jesteś szczęśliwy, co z Toba?! Wyjdź na miasto i niech ktoś nasra ci na rękę, dostajesz ****ozy, a tu nie- cieszysz ryja „o ***** kupka, zrobil kupke”. Położna cieszy się z tobą, ty patrzysz na niego, dostrzegasz podobieństwo do siebie ( uff jednak moje nie jestem, tym co trzecim co odbiera nie swoje dziecko, niech oni się martwią ja teraz cieszę ryja). Chcesz złapać ale się boisz takie to małe i kruche. Łooo przecież to już nie to, teraz to już jest RobertemJ Szczęście takie ze cieszysz się sam nie wiesz z czego. Nerwy puszczają, świrujesz pawiana. Nie wiesz czy całować kobietę, dziękować jej za ból, trud i moc którą włożyła w poród, zaczynasz chyba dopiero wtedy doceniać ile ja to kosztowało. Tu na jakimś fotelu, tam we wannie, tu na pieska, tam na misjonarza, a na końcu po wszystkim rozwalona jak żaba na liściu, ale w dupie tam. Ważne, że to co najważniejsze jest całe i zdrowe na 10pkt a Ty widząc to wszystko zostawiasz ich samych by się sobą nacieszyli, a samemu idziesz podzwonić, niech ci gratulują ciężkiego ale szczęśliwego poroduJ
     
  7. dagi27

    dagi27 Fanka BB :)

    Wiec i opiszę to jak Zosia szybko zechciała pojawić się na tym świecie:)

    Jak pisałam wcześniej, w poniedziałek pojechałam do szpitala ze skurczami i innym niż zwykle samopoczuciem, zostawili mnie na noc i we wtorek miałam mieć robiony masaż szyjki jednak polozna w porozumieniu z lekarzem doszła do wniosku, że termin z usg wychodzi na 8stycznia wiec zostało jeszcze dwa dni i cala sytuacja może się sama rozwinąć - naturalnie i wpisali mnie do domu.

    Wróciłam do domu, posprzątalam, zrobiłam placki po węgiersku, byłam na zakupach i jak gdyby nigdy nic położyłam się spać....koło północy zaczęły mnie męczyć skurcze - niestety nie ominęły mnie bóle krzyzowe....chwilę później poczułam jak by pęknięcie i mokro między nogami - odeszły mi wody...

    Na spokojnie wzielam prysznic, ubrałam się i pojechaliśmy do szpitala, po drodze bóle były nie do zniesienia, mój T miał zakaz odzywania się, radio mnie tak drażnilo, za myślałam, że wyrwe regulator głośności. Dojechaliśmy do szpitala, zbadala mnie polozna i okazało się, że mam już 5cm rozwarcia, od razu wysłali mnie na salę porodowa, mały przytulny pokoik z własną łazienką, przyciemnionym światłem, T z moja mama byli cały czas ze mną, a polozna która odbierała poród była cudowna - kocham ją.

    Ale najlepsze przed Wami...Otóż jak tylko się przebrałam, dostałam do wydychania w czasie skurczy gaz rozweselajacy, który mnie powalił na kolana dosłownie;)
    W przerwie między skurczami podobno prosiłam mojego T o przeniesienie pojemników z ikei bo są w nich pampersy ;)
    Kolo godziny 2 przyszła ponownie polozna i powiedziała, że za 4h przyjdzie mnie znów zbadać, ale jeśli coś się będzie działo to mamy po nią dzwonić, koło godziny 3:20 dostalam boli partych - jak dla mnie uczucie nie doi opanowania, T zadzwonił po polozna. Zbadala mnie i kazała podciągnąć nogi i w czasie skurczu przeć......Szczerze dla mnie to była dosłownie chwila w rzeczywistość dokładnie 26min od pierwszego skurczu partego
    I Zosia była z nami!!! Cała i zdrowa w 1min życia otrzymała 10pkt w 5min również 10pkt.

    Mój T był dla mnie ogromnym wsparciem, bardzo mi pomógł choć tak na prawdę wszystko działo się tak szybko, że nie wiele sama pamiętam a moment kiedy położyli mi mala na piers wynagrodzil wszystko.

    Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy jak można kochać kogoś tak bezgranicznie. Nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia - teraz wiem, że taka istnieje.

    Mała przez cały czas była ze mną, nawet na chwilę nikt jej nie zabrał, każde badanie było wykonywane przy mnie, o wszystko byłam pytana nawet o to czy mala może zostać ubrana przez polozna kiedy ja będę brała prysznic. Do domu wyszlysmy tego samego dnia o 18, następnego dnia była polozna o doradca laktacyjny.

    Każdej z Was przyszłe mamy, życzę tak szybkiego rozwiązania a każdy bol nawet ten najmniejszy będzie wynagrodzony kiedy zobaczycie Wasze maleństwa!
     
  8. jenn200818

    jenn200818 Fanka BB :)

    To i ja w takim razie podzielę się z Wami swoją relacją porodową.. Chociaż nie spodziewałam się, że będzie mi dane aż tak szybko to zrobić.

    W środę wieczorem miałam skurcze ale takie jak zwykle, bolało podbrzusze no i plecy.. Obejrzeliśmy sobie film wieczorem i położyliśmy się spać.. O 1.44 zbudził mnie A. słowami, Asia chyba wody Ci odeszły no i bach..faktycznie. Trochę zaspana, zdezorientowana i zarówno przerażona wstałam poleciałam pod prysznic oczywiście sprzątając po drodze pozostałości. Dopakowałam torbę, chociaż na szczęście tylko kosmetyczka pozostała, ubrałam się, przyszykowałam dokumenty, badania i w sumie po 40 minutach wyruszyliśmy taksówką na izbę przyjęć szpitala Raszei w Poznaniu. Było pusto, także w sumie lekarz mnie zbadał, zrobił USG, wypełniłam miliony papierów i decyzja była jedna, jedziemy na porodówkę. Pierwszy raz byłam wieziona wózkiem, więc to niebywała atrakcja. Dodam, że skurcze właściwie były bardzo słabe, trochę mnie podbrzusze pobolewało, a tak generalnie luz.

    Dojechałam na porodówkę, sale miałam dużą, z łazienką z wanną.. W sumie zrobiła się prawie 4. Skurcze zaczęły się nasilać, ale były powiedzmy do wytrzymania.. Starowałam z 1 cm rozwarcia, no więc cała droga była przede mną. Już nie pamiętam w jakim tempie się potwornie nasiliły, w każdym razie przeprawa do 5 cm była nieciekawa. Skakanie na piłce nie pomagało, chodzić nie miałam już siły. Miałam ochotę spać, ale w momencie skurczu nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. A. mi masował plecy, to pomagało chociaż trochę. Lekarka pytała się czy podajemy oxytocynę, żeby przyspieszyć.. cóż wybór był jeden. Podajemy! Przecież nie chcę rodzić cały dzień..
    Po oxytocynie regularność wzrosła o sile nawet nie wspomnę. Kiedy już było te 5 cm.. weszłam do wody, żeby trochę uśmierzyć ból. Nawet wysiedzenie w wannie było koszmarem. Woda niby trochę miała pomagać, ale chyba miałam inne wyobrażenie o niej.
    Odliczałam czas w niej spędzony, po wyjściu lekarka zbadała, okazało się, że już jest tak 7-8 cm.. No to mówi, że jeszcze tylko trochę..
    Ból okropny, miałam dosyć.. ryczeć mi się chciało z bezsilności. Położna i A. pomagali przy oddychaniu, bo mi ciężko było się skupić. Przyszedł lekarz, ordynator.. pytał się czy chcę coś przeciwbólowego, no to coś mi dali, jakiś narkotyk, nawet nie pamiętam co to było. W każdym razie mnie to przymuliło ale właściwie na moment, a efekt praktycznie żaden.
    Lekarka postanowiła trochę pomóc, bo widziała, że się męczę, a było już tak blisko, więc przy skurczach pomagała szyjce, no ale pojawiły się mega skurcze parte, a kazała wtedy nie przeć tylko je przetrzymywać, więc chyba to było najgorsze.

    Akcja rozwinęła się i teraz trzeba było przeć.. szło ciężko, mały od początku miał głowę bardzo nisko i chciał wyjść, ale jakoś tak klinował się i parcie nie było zbyt efektywne. Podjęli decyzję, że trzeba użyć vacum, ale coś nie szło.. Oczywiście zostało zrobione nacięcie w czasie skurczu.. No i ostateczna decyzja to kleszcze. Zbiegło się wiele osób, przyszedł lekarz ordynator i to on wyjął małego kleszczami. Co oczywiście nie było zbyt przyjemne.. O 12.50 na świat przyszedł Piotruś :)

    Położyli mi Piotrusia na chwilę na klatkę, szybko zabrali.. był taki malutki, zakwilił tylko.. A mnie przewieziono do sali zabiegowej i zdecydowano o pełnej narkozie do szycia, także odpłynęłam.. Raptem to było 20 minut, a mnie się wydawało jakby minęło kilka godzin. Czułam przez sen, że coś mną szarpie było to straszne.

    Powoli się wybudzałam i wracałam do żywych. Zostałam przewieziona na salę po porodową wreszcie.. No a małego dostałam dopiero po 16. Miał być ze mną cały czas, ale chcieli jeszcze powtórzyć gazometrię wieczorem no i jednak zdecydowali, że zostanie na oddziale noworodkowym. Do tego okazało się, że ma stan zapalny płuc, co się zdarza.. no więc antybiotyk i 7 albo 8 dni niestety w szpitalu..

    Tak oto wyglądał mój poród. W sumie rana się podobno ładnie goi, ale ja nawet wolę na to nie patrzeć żeby się nie przerazić. Boli mnie najbardziej kość ogonowa, tak jakbym przewróciła się z pełną prędkością na lód jadąc na nartach.. Mam nadzieję, że szybko minie :)
     
  9. agulqa_b

    agulqa_b Fanka BB :)

    Przyszedł czas na mnie.

    Jak każdy wie termin z OM to 07.01.2015r.
    19.12 pojechałam na KTG do szpitala, mały jak to on ruszał się niewiele. Jednak Pani doktor sprawdzająca zapis stwierdziła, że wszystko ok. Kolejne KTG 30.12
    22.12 miałam wizytę u swojego gina, a ordynatora szpitala w którym chciałam rodzić. Podczas USG padło stwierdzenie, że Robert jest mały, na co ja optymistycznie, że to fajnie bo chciałabym rodzić naturalnie. Ale mina gina nie była tak radosna jak moja. Wtedy skumałam, że moja radość chyba nie na miejscu jest. Gin zapytał czy byłam na KTG, kiedy kolejne i jak mój zapis. Oczywiście wkurzył się na maksa słysząc, że kolejne KTG po 11 dniach bo on zlecał raz w tygodniu. Kazał więc na drugi dzień o 8 rano być w szpitalu na KTG i wziąć ostatni wypis ze szpitala (na wizytę zapomniałam go zabrać). Gin jak to on powiedział, że jest wszystko ok, tylko chce coś sprawdzić.

    Oczywiście wróciliśmy do domu i zaczął się płacz i lament. Wiedziałam, że coś jest nie halo. Ł oczywiście, że przecież gin mówił, że wszystko ok i mam nie siać paniki. Ja jednak postanowiłam, że rano wezmę ze sobą torbę, dopakowałam resztę niezbędnych rzeczy i wykończona cała w nerwach poszłam spać.

    23.12 godz 7.00 pobudka, śniadanie, szykowanie, cała w nerwach o 7.50 stawiłam się w szpitalu u mojego gina. Poszliśmy od razu na KTG, gdzie powiedział położnej, że ma się dowiedzieć kto ustalił mi termin kolejnego KTG dopiero na 30.12. Po zapisie czekaliśmy z Ł na gina, okazało się, że wyskoczyła nagle jakaś operacja. Trochę czasu jednak musieliśmy bezczynnie posiedzieć cali w nerwach, bo mały znów przez ok godzinę ruszył się raptem 3 razy. W końcu pojawił się lekarz. Spojrzał na zapis i stwierdził, że jest brak akceleracji płodu, co oznacza tyle, że niezależnie od tego czy dziecko się rusza czy nie jego tętno jest stałe. Mój gin i jego zastępca wzięli mnie na USG. Tam okazało się, że przepływy są bardzo kiepskie, mały przez ostatnie 2tyg nie urósł praktycznie w ogóle, łożysko stare. Mi nikt nie powiedział nic wprost. Podpytywałam gina w trakcie USG czy to już ten etap, że w razie W lepiej "wyciągnąć" dziecko wcześniej niż czekać, on powiedział, że dobrze kombinuję. Oczywiście świeczki w oczach już były ;) Koniec USG. Wychodzę z gabinetu, Ł podchodzi i mówi: "dziś albo jutro musisz urodzić. Będziesz miała wywoływany poród, założą Ci balonik, żeby zrobiło się rozwarcie, które ma wywołać skurcze. Jak skurczy nie będzie dostaniesz oxy, jak to nic nie da jutro masz CC." Popatrzyłam na niego nie wierząc w to co mówi i poryczałam się jak małe dziecko. Poszliśmy na izbę przyjęć położniczą, Ł poszedł do samochodu po torbę. Na izbie oczywiście KTG, wszystko bez zmian. Trwało to wszystko z 40min. Jak wyszłam Ł już na mnie czekał na patologii ciąży. Ogarnęłam się, przebrałam, wzięłam prysznic i zawołał mnie mój gin. Założył mi ten cały balonik, wiem tyle, że normalnie wypełnia się go ok 60ml płynu, mi wlał 80ml żeby na pewno zadziałał. Samo montowanie nie należało do przyjemnych, ale najgorszy w tym wszystkim był dla mnie wziernik. Wróciłam do pokoju czekając sama nie wiedziałam na co. Bo niby skąd pierworódka ma wiedzieć co czekać ją będzie na porodówce. Przez cały dzień co chwilę podpinali mnie pod KTG, a w wolnych chwilach spacerowaliśmy z Ł po korytarzu by przyspieszyć całą akcje. Dopiero po południu zaczęły pojawiać się skurcze na ok 30-40 i to nieregularnie.

    24.12 godz 5.00 obudziły mnie skurcze. Może nie jakieś super mocne, ale już je czułam i były średnio co 5min regularnie. Napisałam smsa do Ł żeby przyjechał ok 7 jak mama będzie jechała do pracy bo pewnie dość szybko się zacznie. Ł był u mnie już o 7.10, wtedy skurcze były na tyle silne że idąc musiałam się zatrzymać. O 8.20 poszłam do WC w ważnej sprawie i poczułam, że balonik chce ze mnie wyjść. Nie było to takie proste bo zaklinował się na samym wyjściu i przez chwilę ból był ostry. Tzn musiała go z siebie 'wyprzeć'. Wtedy też odszedł mi czop- akcja na dobre się rozpoczęła. Poszłam oczywiście pod prysznic i chwilę później dyżurujący gin wołał mnie na badanie. Okazało się, że rozwarcie jest na 6cm, więc zaczęła się cała akcja. Ł przytachał na porodówkę torbę, resztę rzeczy zaniósł do pokoju, w którym przebywaliśmy po porodzie. Położna wzięła mnie na lewatywę (nie jest to nic przyjemnego, ale jak mam być szczera to myślałam, że będzie gorzej). W trakcie zrobiła mi masaż wiadomo czego ;). W tym czasie Ł na polecenie położnej poleciał do kiosku kupić marsa i dwa chupa chupsy o smaku coca-coli. Jak już się załatwiłam do końca to skorzystałam od razu z prysznica. Oczywiście Ł stał w razie czego zaraz obok, pomógł mi się wytrzeć i dojść na sale porodową bo skurcze były coraz silniejsze. Na sali oczywiście ciągle miałam podpięte KTG, skurcze pisały się na 80-100. W pewnym momencie położna poprosiła Ł by wyszedł bo chce mnie zbadać. Podczas badania stwierdziła, że rozwarcie jest na 7cm i zaproponowała wejście do wanny. Oczywiście znowu zaczęła mnie masować, co bolało cholernie. Wrócił Ł, położna przygotowała wanne i poszliśmy. Woda była cieplutka, jadłam sobie chupa chupsa, ale jak skurcze się pojawiały to bolało na maksa. Sama nie wiedziałam czy w tej wannie klękać, czy kłaść się, czy siadać. Położna poradziła abym uklęknęła tak jakby w poprzek i gdy nie ma skurczu kołysała się z góry na dół a gdy jest na boki. Sama nie wiem ile dokładnie czasu spędziłam w wannie, nie wiem też jakie byłyby skurcze bez wody, ale uważam że wanna była dobrym pomysłem. Po wyjściu było mi meeega zimno, więc kazałam Ł dać mi moje ciepłe skarpetki. Wielki uśmiech pojawił się na jego twarzy gdy je znalazł i to pytanie: „ skąd masz takie śmieszne skarpetki?” rozwaliło mnie na maksa. Czy faceci nie wiedzą, że podczas porodu nie zadaje się takich pytań?:p Oczywiście ból był cholerny, już w wodzie czułam, że główka małego jest coraz niżej, miałam wrażenie że jakbym chciała to mogłabym ją pogłaskać. Podczas tych bóli nie leżałam na łóżku tylko klęczałam aby młody szybciej się obniżał. Wiem, że byłam dosyć ciężką pacjentką dla położnej, a to dlatego że nie kazała przeć podczas skurczy, a jak tu nie przeć jak organizm sam to robi i w bólu się nad tym nie panuje? Krzyczałam pewnie też całkiem głośno i jestem tego świadoma, ale co z tego. Pomagało mi to znieść ból więc krzyczałam i tyle ;) Jak nie docierało do mnie to co położna mówiła to Ł przypominał, że nie robie tego dla siebie tylko dla naszego małego synka. Pamiętam, jak położna powiedziała, że widzi już główkę, ale muszę jeszcze chwilę wytrzymać bo jak przy tym skurczu będę przeć to mały się poddusi. Otrzeźwiło mnie to bardzo. Ł pomagał mi oddychać, na coś się chłopina przydał ;) Nie pamiętam już momentu w którym położna powiedziała, że mogę przeć, nie pamiętam też ile razy parłam. Pamiętam, że bolało cholernie, że w trakcie wykrzyczałam Ł, że nie chcę więcej dzieci, a położną wręcz błagałam żeby mnie nacięła. Oczywiście każdy miał głęboko w du.pie to co chciałam, teraz wiem, że warto było nie nacinać bo szybciej doszłam do siebie. W każdym razie kilka skurczy podczas których miałam przeć i co? 11.30 Pisk jakby małego kurczaczka, położna trzymała Robsona jak małego pieska, rękę miała pod brzuszkiem a jego rączki, nóżki i główka zwisały bezwładnie. Był taki malutki i bezbronny. Spojrzałam na Ł i pierwszy raz w życiu zobaczyłam u niego świeczki w oczach. Dumny tatuś przeciął pępowinę, mówił później, że łapy mu się strasznie trzęsły. Położna dała mi naszego synka, w trakcie gdy my się przytulaliśmy lekarz mnie szył. Znieczulenie bolało, samo szycie już nie. Założył mi 5 szwów, ale ponoć nie pękłam jakoś mocno. Po ok godziny leżenia z Robercikiem i zachwycania się jego noskiem, oczkami, uszkami, uśmieszkiem itp. Położna pomogła mu złapać pierś by troszkę pochlipał. Mały leżał tak ze mną ponad dwie godziny. W końcu przyszła pani doktor żeby go zabrać na ważenie, mierzenie itp. Oczywiście tatuś poszedł z synkiem. A ja wstałam sobie z łóżka i poszłam o własnych siłach do pokoju.

    Z mojego punktu widzenia warto skorzystać z porodu rodzinnego i z wanny ;)
     
  10. reklama
  11. Megami

    Megami Bóg jest szaleńcem ;)

    W niedzielę wieczorem, jak gdyby nigdy nic położyłam się przekonana, że do porodu jeszcze daleko. Oczywiście nie mogłam zasnąć przez okrutną zgagę. Oglądaliśmy z mężem coś w tv. Koło północy zaczęło mi towarzyszyć uczucie, że coś jest w środku nie tak... Zastanawiałam się jak to jest z tym odpływaniem wód :-D:-D
    Aż tu nagle o 1:00 w nocy chlup... Coś płynie... Ja szybko z łóżka wyskakuję, płynie jeszcze więcej, więc uciekam do łazienki :-D Myślę sobie "no super... akurat dziś..." I siedzę przerażona na kibelku :-)
    Po chwili przychodzi do mnie mąż i pyta co się dzieje. Powiedziałam co i jak, a on na to, że muszę jechać. Wytłumaczyłam mu, że to może potrwać i czekamy na skurcze. Poszłam pod prysznic i tam się zaczęło. Najpierw twardnienie brzucha co 2 minuty, potem coraz boleśniejsze twardnienia. Wyszłam i mój organizm stwierdził, że trzeba się oczyścić :-D:-D (mąż latał z mopem i wycierał wody). Ok, gdy stwierdziłam, że odwrotu nie ma, poszłam dopakować niezbędne rzeczy (jak się później okazało nie wszystko) i ubrać się. W międzyczasie mąż szukał numeru po taksówkę. Takim sposobem około 2:30 stwierdziłam "boli coraz bardziej, chyba trzeba jechać, dzwoń". Niestety nie było z kim zostawić śpiących dzieci, więc mąż odprowadził mnie do taksówki i wrócił.
    W szpitalu byłam około 3:00, na szczęście na IP nikogo nie było (ruch się zaczął za chwilę - położne śmiały się, że to noc odpływów, bo wszystkie po odpłynięciu wód rodziły) i położna przyjęła mnie, wypełniłyśmy dokumenty, wezwała panią dr by mnie zbadała. Cały czas skurcze były co 2 minuty, ale były coraz mocniejsze i dłuższe. Przyszła pani dr, zbadała rozwarcie - 3cm, usg - 4070g. Dokończyłyśmy szybko papiery, bo już się zwijałam i odprowadzono mnie na porodówkę.
    Tam o 3:30 położna - pani Agata :-) zbadała mnie i były już 4 cm. Podłączyła mnie do ktg - myślałam, że wyjdę z siebie leżąc na boku. Po 15 min przyszła sprawdzić zapis. Mówię jej "niech mnie pani odłączy albo sama to zrobię!" Uprosiła jeszcze 5 minut :no: O 3:50 odłączyła mnie od tego narzędzia tortur. Skurcze były już bardzo bolesne. Chodziłam, kucałam, szukałam ulgi, ale było ciężko. Zapytałam o prysznic i poszłam, ale wytrzymałam może dwa skurcze i stwierdziłam, że jest gorzej. Miałam wołać położną, gdyby zaczynało popierać. Nie byłam pewna, więc położna powiedziała, że zaraz przyjdzie. Zaczęła przygotowywać sobie sprzęt itd, a ja stałam przy łóżku. O 4.30 zaczęły się parte. Stałam przy tym łóżku jak wryta i wyłam niskimi tonami jak dziki zwierz ;-) Położna powiedziała, żebym usiadła na łóżku, bo zaraz będzie po porodzie :-D Nie mogłam się ruszyć więc mi pomogła. Gmerała przy główce sporo, a ja powtarzałam sobie "już za chwilę przestanie boleć, jeszcze kilka minut". Tak też się stało - o 4:40 urodził się nasz synek :-):-) Wszyscy dziwili się, jaki on wielki (wszyscy, bo w międzyczasie przyszła pediatra i ginekolog, ale stały cichutko z boku). Dali mi go na brzuch, powycierali a potem zajęli się dalszą częścią porodu. Myślałam, że je tam uduszę jak zaczęły wycierać moje obolałe krocze w poszukiwaniu źródła krwawienia, ale stwierdziły, że wszystko ok, bez obrażeń (chwała pani Agacie, przy takiej głowie małego...). Najgorsze co wspominam, to hemoroidy podczas parcia :-( Myślałam, że mnie rozsadzi :-p
    Urodziło się łożysko, poprosiłam o zimny okład na moje obolałe ciało :-D i kangurowaliśmy się do 7:00. Młody z dwie godziny cycał. Potem wzięli go na ważenie, a ja poszłam na salę. Byłam w ogromnym szoku, gdy go przywieźli i podali wagę i długość :szok:

    Ogólnie poród szybki i sprawny, ale bardzo męczący, skurcze cały czas co 2 min, nie było kiedy odpocząć. Ale nie wspominam źle ;-)
     
    Ostatnia edycja: 15 Styczeń 2015
  12. goferek

    goferek Fanka BB :)

    Podzielę się moją historią i ja :-)
    Ostrzegam nie jestem zbyt odporna na ból i jestem mega panikara, wiec opis jest z mojej perspektywy- panikary :-)

    Na oddział trafiłam 10 stycznia, tydzień po terminie z om.
    Niestety to była sobota, więc przesiedziałam weekend w szpitalu gdzie nic mi nie robili oprócz ktg 2 razy dziennie i ok 3 razy dziennie słuchanie tętna dziecka. A położna mi nagadała, że zrobią mi ktg, usg, sprawdzą jak się ma łożysko,zbadają wody bla bla.

    W poniedziałek 12.01 podpięli mnie na sali porodowej pod ktg i po 30 min podali oksytocynę w dawce 0,5. Ani drgnęło, nic a nic.Ordynator zarządził, że jeden dzień odpocznę i w środę podadzą większą dawkę, jak nie pomoże to w piątek pewnie cc. Na obchodzie wieczornym inny lekarz powiedział, że może jutro mi już zwiększą dawkę, ale jeszcze nie wiedzą. Umówiłam się z mężem, że na wszelki wypadek przyjedzie we wtorek rano.

    We wtorek 13.01. na obchodzie lekarz powiedział, że jednak odpoczywamy, w środę podpinamy końską dawkę oxy 5,0. Więc zadzwoniłam do męża, że nie ma się co śpieszyć, niech nie jedzie jeszcze, bo u mnie to się nic dziś nie będzie działo, ale już był pod szpitalem. Zjadłam śniadanko, siedzę z mężem na korytarzu, pije kawkę a przełożona położnych idzie uśmiechnięta i mówi, że jednak dziś mnie podepną, załatwiła mi :)

    Ok godz. 11:30 Wzięli mnie na salę porodową, położna zrobiła lewatywę (nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie ją dużo gorzej), dała mi koszulę do porodu w rozmiarze xs, na szczęście miałam swoją, przebrałam się i podpięła mi oxy. Mogłam chodzić na długość wężyka od pompy, więc po 2 kroki w każdą stronę, nudno było, nic się nie działo, więc mąż poszedł sobie na obiad, wrócił przed 14 a mnie w międzyczasie zaczął brzuch boleć, na co położna powiedziała, że to jeszcze nic nie znaczy.
    Jak wrócił mąż z obiadu to się rozkręciło, bolało, ale tylko sobie pojękiwałam, mąż pytał na ile w skali 1-5 mnie boli, to wtedy powiedziałam, że nie wiem jaki ból mnie czeka, ale na ten moment na ból jaki znam to ten jest tak na 2,5. Poskakałam na piłce, mąż mi masował plecy, albo kazałam mu mocniej, albo nie dotykać, bo aż mnie bolał jego dotyk jeszcze dodatkowo.
    Położyłam się na łóżku, żeby sprawdzić rozwarcie i poczułam, jak coś "pyknęło" miedzy nogami i coś wyciekło. Wody odeszły, moja myśl wtedy- o kur... zaczęło się, już nie ma odwrotu, byłam przerażona, ze to już się dzieje, niby byłam gotowa, ale jak to już teraz?
    Przyszedł lekarz, miałam rozwarcie na 2cm i skurcze co 5min, dość krótkie, ale mocne, krzyżowe. Następne miały być rzadziej, ale mocniejsze.
    Po badaniu odpięli mnie od kroplówki i poszliśmy pod prysznic, jak mi tam dobrze było, woda dawała mi super ulgę, mąż mi polewał na zmianę plecy, brzuch, plecy, piersi a w czasie skurczu albo łapałam go za nogę, albo łapałam się rączki pod prysznicem, myślałam, ze aż tak super działa na mnie woda a to okazało się,ze po odłączeniu oxy zaczęły mi skurcze zanikać, wiec położna przegoniła mnie spod prysznica i znów podpięła.
    Zawsze myślałam,ze w trakcie porodu będę cicho,bo ja w sumie wstydliwa jestem, jakoś tak mi głupio, ale wtedy to już było mi obojętne, darcie się dawało mi super ulgę i przeprosiłam położna ze się tak drę ale mi lepiej, a ona,ze jak mi lepiej to mam sobie krzyczeć, no to krzyczałam, darłam się, wyłam, wieczorem aż mnie gardło bolało :-)
    Znów badanie i rozwarcie na 5cm, było ok godz. 16-17, gaz rozweselający mogą podać od 6cm do 9cm żeby nie zatrzymywać akcji, wiec myślę, spoko, jeszcze kilka skurczy i gaz, ale ulga będzie.
    Skurcz za skurczem i zapomniałam o gazie, położna zagląda i mówi,ze rozwarcie na 9cm, wtedy przypomniałam sobie o gazie.
    Kuźwa jak bolało, darłam się ile sił w płucach, nie wiem co, mąż mi opowiadał po wszystkim,
    W ogóle plan był taki, że on jest ze mną na sali do bóli partych i wychodzi a w międzyczasie nie zagląda nigdzie, stoi kolo mojej głowy i mówi do mnie. Wyszło tak, ze został do końca, zajrzał jak wychodzi główka, jak wygląda pełne rozwarcie, potem przeciął pępowinę i zajrzał jak wisi ze mnie pępowina.
    Ale wracając do akcji :) w życiu nie byłam tam zmęczona, ból bólem, ale ja kompletnie siły nie miałam na parcie, przy rozwarciu 10cm kazała mi zejść z łóżka i poskakać na piłce, ja nie miałam siły zejść, prawie mnie mąż zniósł z położna, z wyczerpania cała się trzęsłam, powtarzałam,ze nie dam rady, nie mam siły, ze mam dość.
    Wróciłam na łóżko a położna swoje,ze jeszcze tylko troszkę i pójdzie, główka pojawiała się i znikała. W tym momencie byłam przeszczęśliwa ze mam męża obok trzymał mi głowę jak parłam, nie wyobrażam sobie jakby go nie było, nie słuchałam co do mnie mówił, ale to ze był,ze cały czas wierzył we mnie to było coś wielkiego.
    Położna obiecała mi,ze jeszcze 2-3parcia i po wszystkim, złapałam sie tej myśli i naprawdę starałam się, ale nie miałam siły, w końcu z wielkim wrzaskiem spięłam się i mała wyszła w dwóch skurczach.
    Boże jaka ulgaaaaaaaa.
    Była godzina 18:20.
    Mąż ze łzami w oczach przeciął pępowinę i zaczął mi dziękować. Mi małą położyli na goły brzuch, wycałowałam główkę i za moja zgoda wzięli ja obok na stolik na odsysanie płynów, badania a mąż już robił jej pierwsza sesje komórka :-)
    Nagle nie wiem skąd wróciła siła, moc, mogłabym wstać i iść do małej.Ale ja leżałam jak rozjechana żaba, nogi mi się trzęsły, byłam mega szczęśliwa, w pewnym momencie na sali naliczyłam chyba 6 osób, a ja leżę, czuje,ze coś mi dynda miedzy nogami, co jakiś czas położna sprawdza pępowinę, lekarz zaczął mi naciskać na brzuch a łożysko nie chciało się urodzić. W końcu zaczęli szarpać, poszło, ale nie całe, wiec jeszcze zrobili mi łyżeczkowanie. Potem lekarz mnie znieczulił, bolało i to nie wcale jak ukucie komara :) i zszył mnie. Nawet nie wiem kiedy położna mnie nacięła.
    Mała urodziła się z rączką na buzi a pępowina była tak krótka, że przez to mała się cofała jak nie parłam. Położna pomogła mi wstać i przeszłam do sali poporodowej, córeczkę zaraz nam przywieźli wiec mogliśmy się nią nacieszyć..

    Ból który na początku w skali 1-5 podałam 2,5 w porównaniu z porodem to miał -100000 :-)

    Bólu pewnie nie zapomnę nigdy,ale warto było, patrze na córeczkę i nie wierze ze jest moja, taka śliczna, kochana, dla niej warto było !!!
     
    Ostatnia edycja: 18 Styczeń 2015

Poleć forum