reklama

Opowieści z porodówki

Temat na forum 'Archium styczeń 2010' rozpoczęty przez kacha_wawa, 15 Grudzień 2009.

  1. kacha_wawa

    kacha_wawa 12.2007/01.2010/09.2011

    Otwieram ten wątek, żebyśmy mogły się dzielić naszymi przeżyciami z porodówek.
    Zatem rozdwojone Mamuśki zapraszam do pisania :-) A nierozdwojone o niepanikowanie ;-) Wszystkie damy sobie super radę :-)
     
  2. BlackWizard

    BlackWizard Fanka BB :)

    A więc u mnie było tak.

    W piątek (11.12.09) położyliśmy się z mężem o 22.30 spać, włączyliśmy sobie jeszcze film. Następnego dnia chciałam być wypoczęta, bo moja szwagierka miała imieniny, na które wybieraliśmy się całą rodzinką. O 23.15 chciałam odwrócić się już na drugi boczek i pójść sobie pięknie spać. Odwracać się i czuję, że coś mi pociekło po nodze. Pierwsza myśl "cholera zesikałam się?! :eek:" :-D:-D:-D:-D. No to lecę pędem po łazienki, ale cały czas coś ze mnie kapie. Wtedy wiedziałam co jest grane. Posiedziałam chwilę w łazience, wzięłam szmatkę i wyruszyłam ścierać ślady pozostawione przez siebie :-D. Mój mąż wstawał akurat włączyć piec, patrzy na mnie z wielkim zdziwieniem i pyta co robię. To mu mówię, że nic szczególnego. On chwilkę dziwnie na mnie popatrzył i mówi, że idzie do pieca. Odpowiedziałam mu, że nie idzie do pieca tylko dzwoni do brata (nasz samochód był w warsztacie ;-)). Wtedy zrobił wielkie oczy i na cały dom : wody Ci odeszły????!!! :-D:-D:-D
    Dopakowałam torbę do końca i o 1 wyruszyliśmy do szpitala. Niestety na poród rodzinny nie mogliśmy liczyć ze względu na zakazy przez grypę. Położna mnie zbadała na izbie przyjęć, miałam 1.5 palca rozwarcia. Pożegnałam się z mężem i poszłam z położna na porodówkę. I tak sobie leżałam, chodziłam, krążyłam do 3.30 bez żadnych skurczów. Dopiero przed 4 zaczęły mnie łapać skurcze, ale kompletnie nie bolesne. Wszystkie babki z sal obok darły się w niebogłosy a ja co chwilę zagadywałam z nudów położną :-D. O 6.30 miałam już rozwarcie na 3.5 palca, skurcze zaczęły lekko boleć. Położna dała mi coś przeciwbólowego koło 7 rano, ale nie potrzebnie bo akurat dostałam skurczy partych. Trafiłam na wspaniałą położną. Początkowo myślałam, że ją zaraz zbluzgam, bo kazała mi nie przeć a ja po prostu musiałam przeć. Pokazywała mi jak oddychać i udało się nie przeć, ona wyciągnęła Aniulkę i dzięki temu nie byłam nacina. I tak na świat przyszła nasza Anna Maria, w 36 tyg ciąży o wadze 3170 i 56 cm długości. Przywitała mnie od razu krzykiem, ale położona u mnie na brzuchu od razu się uspokoiła. Dostała 10 pkt w skali Apgar mimo że jest wcześniaczkiem.
    Godzinę po porodzie mogłam normalnie chodzić, siadać. A wszystko dzięki wspaniałej położnej, która pokierowała porodem tak, żeby mnie nie nacinać.
    Pisząc w skrócie było szybko, bezboleśnie. W porównaniu z pierwszym porodem, ten poród był dla mnie wręcz przyjemny :-D
     
  3. reklama
  4. kazimiera1987

    kazimiera1987 Fanka BB :)

    Kochane nie mam za bardzo czasu na odp bo ciagle jest cos do zrobienia w domu nie było mnie troche wiec się nazbierało a wiadomo jak to facet sam. A wiec było to tak ze w srode o 9 rano odeszły mi wody wiec pojechalam do szpitala podlaczono mnie pod ktg a pozniej zrobiono mi usg lekarz stwierdzil iz gdybym mu nie powiedziala ze odeszly mi wody wogole nie sadzilby ze tak sie stalo poniewaz mam ich jeszcze bardzo duzo, po podludniu zrobilo sie miejsce na porodowce (trafilam na dzien narodzin bylo strasznie duzo porodow) podlaczono mi okscytocyne zaczelam miec skurcze ale byly one czasem regularne i czasem nie. meczylam sie 24 godziny pod ta okropna kroplowka dopiero lekarz mnie zbadal i stwierdzil ze musi przebic pecherz plodowy bo glowka malego nie chce wejsc w kanal rodny. Myslam naprawde ze juz nie dam rady dwie nocy nie przespalam poprzednia bo zgaga mnie meczyla i ta w szpitalu. Po przebiciu kazal zejsc mi z lozka i cwiczyc biodrami by maluszek mogl zejsc glowka, bardzo pomogla mi rowniez polozna, ktorej nic nie placilam a zajela sie mna rewelacyjnie gdyby nie ona i jej pomoc. W cigu moze trzech godzin synek byl juz ze mna. Poplakalam sie jak bobr gdy polozyli mi go na brzuch, cudowne uczucie do tej pory nie moge ochlonoc ze mam juz przy sobie taki cud zycia, lzy szczesia same naplywaja do oczu. Pozniej juz nie bylo ze mna tak wesolo zaczelam mdlec i to juz podczas zszywania robilo mi sie slabo, pozniej to juz calkiem odplywalam mdlama co chcwile i najgorsze nie moglam nad tym zapanowac. Zaraz wezwali lekarke podlaczyli mase kroplowek trzy jednostki krwi i surowicy. No poprostu tak fatalnie sie nigdy nie czulam. Opieka nademna byla wspaniala szczegolnie lekarz ktory odbieral moj porod byl bardzo mna zmartwiony bo podczas swojej praktyki lekarskiej nigdy nie mial takiego przypadku jak ja. Martwil sie o mnie bardzo i ochrzanial polozne ktore zamiast podac mi krew plotkowaly sobie majac mnie w dupie ze ja zdycham. Ach kochane wazne dla mnie teraz jest to zeby moj synek byl zdrowiutki bol nie wazny juz go nie pamietam, moj porod nie byl latwy bo trwal 30h. ale teraz jak patrze na synka ktory lerzy na moich kolanach warto cierpiec! takze odwagi bo bedzie wszytko dobrze!!! pozdrawiam
     
  5. sandrq

    sandrq Fanka BB :)

    no dobra mam chwile wiec napisze
    jak wiecie z 23 grudnia na 24 pisalam do was ze mnie brzuch boli i wogle
    chcialam o 6 rano jechac na IP ale nie wytrzymalam i pojechalam wczesniej o 4 bylam juz w szpitalu i wypelnialam papierki... wzieli mnie na porodowke przebrali w koszule i podlaczyli ktg no i nic jak lezalam nie pokazywalo nic ktg dostalam zastrzyk ktory mial albo ruszyc albo zatrzymac porod.... no i udalo mi sie przespac godzinke powoli wszystko sie uspakajalo szyjka tylko sie wygladzila...no i myslalam ze 25 pojde do domu ale po porannym ktg powiedzieli ze nie ma mozliwosci bo mala za malo sie rusza no wiec J kupil mi slodkie i przed popoludniowym ktg zjadlam cukierka i mala bardzo ruchliwa byla... wieczorem to samo... poszlam zjesc kolacje i polozylam sie spac po godzinie obudzilam sie i zaczelo mnie czyscic leciala ze mnie sama woda... chodzilam zgieta w pol i plakalam z bolu.... na ktg nie pokazywalo skurczy a jak tylko siadalam albo wstawalam brzuch jak kamien lekarka wziela mnie na fotel zaczela badac i mowi ze rozwarcie znikome... ale brzuch rzeczywiscie sie napina no to wziela mnie na usg na nim nic nie wykazalo wziela mnie na porodowke ale mowila ze wroce pewnie na patologie bo zanim urodze to potrfa... no ale na porodowce ktg i cos im nie gralo wiec przyszla i nagle oznajmila zse maja mnie przygotowac do CC bylam w totalnym szoku wypelnili szybko ze mna pytania....wzieli na sale zrobili zastrzyk ze znieczuleniem i zaczeli
    to bylo cos potwornego ciecia nie czulam ale jak zaczeli mi jak wyciagac i mna szarpac to zaczelam wymiotowac:-:)-( potem pozaszywali i zawiezli na sale pooperacynja jak zeszlo znieczulenie to na roming po 12 godzinach kazali wstac:baffled:
    masakra nie moglam bylo mi slabo ( nie jadlam od 2 dni) przez pierwsza dobe tylko siadalam ... potem powoli zaczynalam chodzic no i jak juz zaczelam chodzic to zaczely sie straszne bole glowy nie moglam do dzidzi wstac...no ale wczoraj zaczelo przechodzic i dzis juz jest super tylko szwy ciut ciagna
     
  6. ania98765

    ania98765 Fanka BB :)

    U mnie było spokojnie, planowane cc, więc jako tako bólu nie było...Wzięli mnie na tą salę, dali znieczulenie, położyli, dawali kroplówki, bo ciśnienie mi spadało...Nieciekawie było z moją macicą, same zrosty, lekarz chciał podwiązać mi jajowody, żebym już nie zaszła w ciążę, ale potem stwierdził, że mam dopiero 21 lat i jestem za młoda. Ale powiedział, żebym nie zachodziła w ciąże, bo różnie może się skończyć...

    Potem dopiero bolało, jak znieczulenie schodziło, brzuch niemiłosiernie bolał...a jeszcze przyszła taka kobieta, jak zeszło mi te znieczulenie z brzucha i z całej siły nacisnęła mi na ten brzuch. Dla mnie to był największy ból jaki w życiu przeszłam...Matko kochana! Jak ja wyłam! A jak ryczałam to też bolało, aż oddychać nie mogłam.

    Następnego dnia wstałam i było coraz lepiej :-)
     
  7. agagsm

    agagsm Mama Misi i Mikiego

    Mąż w pracy, Michalinka śpi, więc spróbuję opisac swój poród:tak:

    Wogóle to całe święta Michasia w brzuchu robiła harce i fikała okropnie. Mój M ciągle mówił - ona się pakuje i wybiera do nas, a ja się śmiałam i tłumaczyłam, że dzieci przed porodem to się uspokajają, a nie szaleją:cool2: Taka mądrala ze mnie;-)W niedzielę 27 grudnia pobolewała mnie calutka miednica i krzyż, ale skurczy żadnych to na spokojnie poszłam spać. W poniedziałek wstałam o 6 na siku i czuję taki nacisk na odbyt i na miednicę, że dostałam stracha, że się zaczyna. Poszłam do łóżka i mówię - aaa pośpię sobie, co by się przed porodem wyspać. Jeszcze Wam tu naskrobałam rano, że chyba mi się zaczyna i przytuliłam się do męża i próbuję zasnąć z myslą, że do stycznia to już tylko 3 dni i może przeleżę i dam radę. Zasypiam sobie i nagle obudziło mnie jakieś pyknięcie w środku. Patrzę na zegarek 8:05 no i czuję gorącą wodę na nogach, więc mówię do męża - Adam idź po ręczniki bo mi wody odchodza i zaleję łóżko. W sekundę był na nogach;-)Jak juz się zabezpieczyłam ręcznikami to zaaczęłam ryczeć, że ja chciałam rodzić w styczniu, że tylko 3 dni mi zabrakło, a teraz mi wody odeszły i musze rodzić, że to za szybko, że ja gotowa nie jestem, że moja psychika jeszcze się nie przygotowala na poród, że ja kocham mój brzuszek i skaczące nóżki i jeszcze nie chce się tego pozbywać itd.
    Po 15 minutach zaczęły się skurcze - cholernie często i z krzyża. Zadzwoniłam do położnej - kazała zrobic sobie kąpiel i liczyć skurcze przez godzinę. Mąz mi napuścił wody, przyniósl świeczki do łazienki, puścił mi Kennego G. i zegarek do liczenia;-) I tak sobie leże i wyrobić nie mogę, jak nie ma skurczu to luzik, ale jak skurcz to w tej wannie siadam i nie moge zapamiętać w której minucie był poprzedni skurcz:sorry2: Po 20 minutach opanowałam sytuację i doliczyłam sie - skurcze co 2 minuty - trwają 25-35 sekund. No i tak się zastanawiam co jest grane, bo regularnie jak w zegarku, co 2 minuty, a miała byc wolna amerykanka, a przy skurczach co 5 minut miałam jechac do szpitala:tak:No to znowu do położnej telefon i ta jak usłyszala, że co 2 minuty to mówi pakuj się szybko i w ciągu godziny spotykamy się na izbie przyjęć. Pakowanie to katorga - nie mogłam myśli skupic gdzie dokumenty leżą, a tu jeszcze miałam zjeśc śniadanie, ubrać się, ogolić i wlosy wymyć, bo przecież z tlustymi nie pojadę do szpitala. No i wylądowaliśmy na izbie przyjęć zamiast o 10 to o 11:30. Położna jak mnie zobaczyła to mówi, że już myslała, że w domu poród odbierzemy tak się grzebaliśmy:-D Badanie i zalałam ją i salę wodami, zdziwona, że od 8 ze mnie leci i ciągle tyle wód mam w sobie - nie ma to jak AFI 17 - zmoczyłam 2 duże ręczniki i jeszcze izbe przyjęć zalalam - ale było 5cm rozwarcia. Myk myk i na porodówkę. Ledwo doszłam -padłam na podłogę i mówię, nie wstaję, mój kręgosłup odmawia. Podłączyli mi na siedząco KTG, a mi skurcze coraz dłużej trwaly i ból nie przechodził wogóle - w krzyżu jak by mnie młotkiem walili. Więc myslę - Jezu gdzie to kryzys 7 cm, jak ja przy 5cm fotel chcę gryźć. Więc zaczęlam płakac, że chcę znieczulenie, bo mnie ten ból kręgosłupa wykończy, że ja od 8 mam ból ciągły i nie mam żadnego odpoczynku i ja nie pociągnę tego przez kolejne godziny. Polożna mówi, nie będziesz rodzila do wody jak damy znieczulenie, ale mi już to obojętne było jak urodzę, byle nie bolało. No ale znieczulenie to głębsza szkoła jazdy - najpierw morfologie pobrali, musiał byc zapis 15 minut KTG czy dzidzius czuje się dobrze, no i czekamy na anastazjolog. Babka rewelacja - niech jej Bozia wynagrodzi - wkłula sie idealnie między skurczami, ani drgnęłam, zero powikłań. Zaczęło działać po 10 minutach - no i odzyskalam humor:) Skakałam sobie po piłce, zdjęcia robiliśmy na porodówce - po godzinie znów zaczęłam czuc ból, więc dolożyli mi znieczulenia. Ale się nie nacieszyłam tym błogim stanem, bo o 15 już miałam pełne rozwarcie i się zaczęło parcie. Bóle parte po zejściu znieczulenia to jest jazda na beretach. Marudziłam coś, że ja ide do domu odpocząć, bo dziś jest grudzień, a ja rodze w styczniu i niech mi to powstrzymają jeszcze na 3 dni, albo zmienią kartki w kalendarzu :-D Położna z moim mężem cudowali jak mnie wnerwić żebym zaczęła przeć, a ja ciągle gadalam, że nie rodzę i koniec, nie dam sobie rady i ja sie do tego nie nadaję. Było mi gorąco,pot leciał strużkami, choć cala już rozebrana byłam. Najszybciej szło przy drabince, ale ja się uparłam na klęcząco, więc 2 razy dłużej, bo dziecko nie było w pionie. Jedyne 65 parcia i Michasia wylądowała na moim brzuszku. Cudo - cieplutka, owłosiona, krzycząca - dostałam ja do rączek i nie moglam uwierzyć, że ja to maleństwo urodziłam, że to moja kruszynka, która 9 miesięcy w brzuszku buszowała. Szok totalny. Leżałyśmy tak ok. 2h, bo jeszcze przystawienie do piersi było i jadła dłuugo. Potem zabrali małą z mężem do ważenia, mierzenia, a ja wstałam i się sama wykąpałam. 2h po porodzie już chodziłam, więc chyba tak źle nie było:-) Nie nacinali, położna krocze ochroniła - tylko leciutko pęklam.

    Ze śmieszniejszych rzeczy to maż dwa razy w czasie porodu miał mi ubrac majtki - raz po badaniu jak szlam na porodówkę i drugi raz przed znieczuleniem. Oczywiście cholera go wie jak to zrobił, ale patrze i źle zakłada, a ja skurcz za skurczem nie mogę i mówie do niego - Jezu człowieku ja tu cierpię, a ty nawet majtek dobrze założyć nie umiesz :-D Poza tym obecnośc męża przy porodzie byla dla mnie wazniejsza niż obecność położnej. Prawie mu koszulke podarlam na partych, leżał na łóżku porodowym, ja na nim klączałam i wbijałam w niego lokcie, ściskałam ręcę, a on dzielnie trwał i mobilizował z całej siły:tak:Widział wychodząca główkę - ja tylko czułam rączką. Powiedział mi juz po powrocie do domku, że każdy facet powinien doświadczyć porodu, bo on sobie nie zdawał sprawy jaki to ból i przeżycie i jakie emocje. No i ciągle chodzi mówi, że jeszcze bardziej mnie teraz kocha - całuje mnie i przytula ciągle, więc chyba jest poruszony tym porodem;-)
    Strasznie długa to historia moja, ale jakoś nie umiem streszczen pisać:-)

    Jeszcze jedno zdanie dopisze - że ja też kocham mojego męża bardziej, za to, że w największym bólu i cierpieniu, kiedy nasz mały cud miłości się rodził, był ze mną, trzymał, ocierał pot, mobilizował - po prostu był i ja czułam jego miłość całą sobą....
     
    Ostatnia edycja: 4 Styczeń 2010
  8. golanda

    golanda Fanka BB :)

    No to moze pora na kolejną opowiść z porodówki, bo wczoraj ok 15 udało nam sie wyjsc do domku, wiec dzis juz działam na bb:)
    U nas to było to tak: pierwsze bolesne skurcze zaczeły mi się od godz. 23 dn. 31.12.09, trwały sobie tak do 7 rano, juz wtedy byłam w kontakcie z polożną, choc skurcze były nieregularne. Po wzieciu nospy i kąpieli ustały, ale nie na długo, bo doslownie za 2-3h pojawiły sie ponownie ale nadal w odstepach 6-20min i trwały ok 15-30s.
    Tak sobie przechodziłam do godziny 20 az skurcze zaczeły byc duzo silniejsze i trwały ok 50s. wiec wzielam kąpiel, ktora niczego nie zmieniła, ani nie nasiliła ani nie osłabiła skurczów, zadzwonilam do połoznej, ktora jakos nie wierzyła ze to juz czas skoro było to tak nieregularne i po kąpieli nie przybrały na sile. Powiedziała zeby tym razem napic sie kieliszek wina dla relaksu i nie myslec o skurczach. Tak wlasnie zrobilam,a skurcze stały sie bardziej regularne co 8-10min, wiec do niej zadzwonilam ponownie o 23 ( juz w nowym roku 01.01.10) i stwierdziła, ze w takim razie trzeba bedzie sie szykowac, ale zeby zwiekszyc czestotliwosc skurczow, trzeba masowac brodawki. Tym sposobem doczekalam sie skurczow co 4-6min i umowilysmy sie na izbie przyjec na godz 1. Tam sie okazało ze rozwarcie jest jedynie na 2-3cm wiec niewiele, a szyjka ok 0,5cm, wiec czekalo nas skakanie na piłce, duzo chodzenia itp. Podlączyli nas pod ktg, puls Małej zaczał wzrastac do 180 i wyzej, przyszedł lekarz i powiedzial ze musza ustalic przyczyne takiego rozwoju sytuacji, zrobili mi badania, temperatury nie mialam a podejrzewali ze jest jakas infekcja wewnątrz maciczna. Puls Maluszka był bardzo skaczacy i wysoki, wiec lekarz podjął decyzje o przebiciu pecherza płodowego, zeby sprawdzic kolor wód. Okazało sie jednak ze wody czysciutki. Pozostało nam wiec jedynie byc ciagle podpietym do ktg.
    Uniemozliwiło to chodzenie, piłke itp, ale w sumie i tak nie było potrzeby bo po przebiciu pecherza zaczely sie takie skurcze ze myslałam ze skocze pod sufit!:szok: A wydawało mi sie wczesniej ze gorzej byc nie moze!:-(A jednak..!!!!!
    Rozwarcie było dopiero na 4cm, a szyjka nadal 0,5cm i ani drgnie! Skurcze co 2-3min. Zaczelam wiec blagac o znieczulenie, bo juz z bolu traciłam kontakt z rzeczywistoscia, w ogole nie slyszalam juz co sie do mnie mowi, nawet nie wiem co Maz do mnie mowil, wiem tylko ze bardzo mi pomógl zanim doszlam do takiego stanu:tak: Ciagle masował mi plecki ciepłym groszkiem, bo niestety miałam bóle krzyzowe:( Bez jego masazy bym tam chyba zeszła!
    Wspierał mnie, chwalił, podnosił na duchu:tak:
    Wreszcie ok 4 pojawił sie anestezjolog, zrobił wkłocie niestety w czasie skurczu a ja nie mogłam nawet drgnąc i to była katorga! Ale doslownie po 5min juz poczulam mega ulge!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Boze jakie to było ukojenie!
    Doslownie rozplywalam sie z błogosci! Moglam nawet isc spac, tak mi było dobrze:):-):-D Puls maluszka tez juz był lepszy, ale ktg nadal było podłączone, a ja oddychałam tlenem:)
    Niestety znieczulenie nie działa wiecznie i ok 5:15 zaczeło puszczac, ale wtedy to juz mialam pełne rozwarcie i zaczela sie faza parcia, na poczatku lajtowo i z kazda minutą coraz gorzej im nizej była Mała.
    Zgodze sie z Agagsm ze to była jazda na maksa! Ale dotykanie główki wychodzacej na swiat mobilizuje człowieka, zeby jak najbardziej przec zeby juz urodzic i przytulic malenstwo.
    Oczywiscie jesli by ktos sobie zyczył byc nacinanym to polozna od razu powiedziała ze poszloby o 30min krocej, ale ja sie uparłam na ochrone krocza, wiec do 6:05 sie meczyłam, az Kasiula przyszla na swiat.
    Co prawda zalozyli mi 3 szfy,na jakąś sluzówke ale tylko takie wewnątrz wiec same sie rozpuszcza.
    Podsumowując było bardzo ciezko, ale na prawde warto! Teraz sobie nie wyobrazam juz zycia bez tej Kuruszynki!!!!!
    Od razu dają Małą na brzuszek, potem tatus przecinał pępowine a Kasia zaczeła otwierac dziobek wiec było pierwsze karmienie:-)
    Chwila kiedy sie ją dostaje na brzuch jest mega bezcenna!!!!!!!!!!:tak:
    Porodu bez udziału Meza sobie nie wyobrazam!!
    Stanął na wysokosci zadania, przecinał pępowine i mysle ze to było dla Niego takze niesamowite przezycie. Oboje bylismy totalnie wypompowani, bo była to kolejna noc bezsenna. Ale za to jaka owocna i pieknie zakonczona:-)
    Po 2h od porodu zjadlam sniadanko i sie wykąpałam. Pojechalam na sale 2 osobową na oddział położnictwa i poszlam spac:-) Kasiulka takze spala smacznie dobrych pare godzin. Czekamy teraz jak bedzie jak sie juz zadomowi :tak:
     
    Ostatnia edycja: 5 Styczeń 2010
  9. anetrix

    anetrix Fanka BB :)

    no to ja wreszcie spróbuję napisać...
    26.12 caaały dzień było mi niedobrze...myślałam,że z przeżarcia,no bo święta przecież ledwie zaliczyłam :) Położyliśmy się do łóżka ok.1 ale moja bezsenność udzieliła się mężowi,więc postanowiliśmy obejrzeć parę odcinków dr Housa :) O 3 poszłam do łazienki i stwierdziłam różowy śluz...no to już zameldowałam mężowi,że do stycznia nie dotrwam...ale dla uspokojenia sytuacji ściemniłam mu,że pewnie jeszcze ze dwa dni i rodzę..Poszedł więc spac spokojnie ok.4.Po jakichś 20 jego chrapnięciach dorwał mnie taaaki skurcz,że zesztywniałam...poleciałam więc do łazienki nalac wody...skurcz kolejny...20 min od ostatniego...myślę,eee,to pewnie przepowiadające...ale ciepła woda nic nie dała.Kolejny skurcz po kolejnych 20 min a potem już co 5min...Ok.5 zaczęłam się pakowac..zebrałam wszystko do torby i obudziłam męża.No zestresował się na maxa :) Pojechaliśmy na oddział...kurcze,trafiła mi się na dyżurze najbardziej niemrawa położna...Miała mnie zbadac i odesłac karetką do Reykjaviku bo musiałam rodzic w osłonie sali cięciowej,pamiętacie?Przyszła po jakichś 10min i stwierdziła,że szyjka zgładzona a rozwarcie na 6 cm.Zadzwoniła po karetkę i o 6 z minutami wystartowaliśmy do stolicy.Przez tę drogę znam dokładnie każdy wybój na drodze i każdą nierównośc...leżałam przypięta na noszach...koszmar!!!Dojechaliśmy wreszcie,ufff.Na porodówce o godz.6:45 miałam juz 9cm rozwarcia!!!Ból nie do wytrzymania...prosiłam o znieczulenie...ok,nie ma problemu:) super,tyle,że anestezjolog chyba z domu do mnie jechał...Skurcze co chwila..ciężko usiedziec...a tu przyszedł młody szczyl i nie mógł się wkłuc...Wreszcie mu się udało...ale tak tylko mu się wydawało...znieczulenie poszło gdzieś indziej ale nikt mi nie wierzył,że nadal boli...zresztą było już 9cm,więc nie opłaca się wołac doktora jeszcze raz(no tak,jakby miał znowu tyle czasu do mnie jechac,to rzeczywiście nie opłacało się).Pełne rozwarcie miałam ok 10 ale główka nadal była wysoko i nie chciała za żadne skarby zejśc w dół.Pomęczyłam się więc jeszcze do 11,kiedy to położna stwierdziła,że czas przec.No to ja do męża mówię: idź sobie gdzieś...a tu położna go łap za fraki i nie wypuściła,kurcze,szlag trafił moją karę dla niego :)
    No i zaczęła się jazda na maxa!!!Mała rodziła się twarzyczką w górę,więc odczucia nie do opisania.Do dzisiaj nie mogę utrzymac moczu :)Gdzieś po 15 min zawodziłam,że nie dam rady ale tu mój mąż spisał się na medal!!!Tak mnie dopingował,pocieszał i jednocześnie żałował,że aż byłam szczęśliwa,że jest przy mnie...Położna potraktowała osłonnie krocze,więc pękłam tylko troszkę,za to w dwóch miejscach...na dole i na górze...(pewnie nosek nie chciał się zmieścic :).Wreszcie po 40 min parcia udało się!!! Mała od razu na brzuch i do cycka a ja z tej radości miałam już gdzieś ten ból szycia...Dotknąc i przytulic to malutkie,cieplutkie stworzenie,które kopało w brzuszku...hmmm,sama słodycz.Już wtedy zapomniałam,że bolało.
    2 godz. na porodówce...4godz. na oddziałe poporodowym i o 18 jechaliśmy już do domku :)
    Muszę to powiedziec otwarcie,że mimo iż sytuacja właściwie wróciła do "normy",to jestem mojemu mężowi wdzięczna za to,że był i tak mnie wspierał...Wtedy naprawdę czułam tę miłośc,która nas ze sobą połączyła.Teraz tatuś jest dumny i nawet czasem wstaje w nocy do małej :)
     
  10. reklama
  11. kruszynka0988

    kruszynka0988 Wdrożona(y)

    To może i ja napisze jak to po kolei było u mnie...
    25.12.2009 od rana strasznie bolał mnie kręgosłup od łopatek w dół, ale myślałam, że to z przemęczenia bo przygotowałam całą kolację wigilijna, dużo się nałaziłam i nastałam. Ok 12.00 poszliśmy z R. do sąsiadów na dół bo on chciał sobie pograć w szachy siedziałam tam dwie godziny i zachciało mi się siusiu wiec poszłam do ubikacji zrobiłam co należy podciągam majki a tam mokro, cała wkładka pełna. I myślę "kurcze raczej się nie zsikałam bo dopiero co skończyłam więc to wody. Zaczęło się." Poczułam taki dziwny ucisk w środku, a to mała napierała główką. Poszłam się przebrać i za chwile znów to samo chlupnięcie...i jeszcze kilka razy. Wody sączyły się partiami. Więc juz byłam pewna.
    R. skończył partyjkę, przyszedł na górę i mówię mu, że wody mi odchodzą. Biedny wystraszył się, zbladł i poleciał do sąsiadów się pochwalić, że się zaczęło. Chwile potem zrobiło się zbiegowisko chwila żartów, śmiechów i mój mężczyzna każe mi się zbierać do szpitala, więc zadzwoniłam i pytam co robić. Kazano mi przyjechać, żeby sprawdzić czy to rzeczywiście wody i posłuchać dzidziusia. Nie spiesząc się w ogóle poszłam wziąć kąpiel, przejrzałam torbę czy mam wszystko, zdążyłam pstryknąć fotkę i ruszyliśmy.
    W szpitalu ok 16.30 przyjęła nas miła Hinduska kazała standardowo nasiusiać do pojemniczka, podłączyła mnie pod ktg, tam pokazuje, że dzidzia ma się dobrze i sprawdziła rozwarcie a tam 1cm. Skurczy brak. Wzięła dokumenty wpisała mi wizyte na niedziele 27.12 gdyby nic się nie ruszyło to mam się stawić o 7 rano i beda wywoływać. Puściła mnie do domu i powiedziała, żebym połaziła, ugotowała coś, żeby się ruszyło.
    Sąsiad który nas zawiózł do szpitala pojechał do Kościoła i byliśmy bez transportu wiec wzięłam sobie do serca rade położnej i wróciliśmy do domu pieszo jakieś 5km… Po drodze zaczęły mi się skurcze. Śmiałam się do R., że dojdziemy do domu zjemy kolacje i ruszamy z powrotem, tak też było. Jak doszliśmy miałam już skurcze co 3-4min więc wracaliśmy do szpitala na sygnale.
    Tym razem ok. 21 przyjęła nas Chinka na początku była niezbyt miła. Jak się później okazało odbierała 5 porodów w 2 godz. ja byłam 6. Podłączyła mnie pod ktg skurcze były mocne na 10 min miałam 4 skurcze czyli co jakieś 2 min. Bolało coraz bardziej, a rozwarcie dalej 1cm… Chciałam po raz kolejny wrócić do domu ale ten ból był nie do zniesienia więc zostałam, a R. wrócił do domu ok. 22 bo mieli mnie przewieźć na inną sale, a tam on już nie mógł być. Po jakichś 20min musiałam siusiu więc zostałam uwolniona od ktg ulga niesamowita. Wróciłam z toalety i zaczęłam wyć z bólu i łazić wokół łóżka pomiędzy skurczami trochę pomogło, ale było coraz gorzej więc zadzwoniłam po położną. Po kolejnych 10 min. przyszła jakaś salowa, żeby sprawdzić co się dzieje, więc jej mówię, że nie daje rady i chcę coś przeciwbólowego to dała mi do wdychania gaz, skorzystałam i od razu dzwoniłam po R., że nie obchodzi mnie gdzie mnie przewiozą ma wracać natychmiast bo nie daje rady. Chwile później przyszła Chineczka, dostałam zastrzyk przeciwbólowy w tyłek i powiedziała, ze zostaje na tej sali. Znów uwięziła mnie pod ktg. Oczywiście zaraz znikła, a chwile później (przed 23) przybył R.
    Kiedy on już przyszedł ja na wciągałam się tego gazu i było mi bardzo dobrze nawet się uśmiechałam do niego co go zaskoczyło. Obecność jego była bezcenna podawał mi wodę, gaz, głaskał po głowie pomiędzy skurczami (bo w trakcie miał nawet na mnie nie patrzeć i się nie odzywać!), mówił, że dam radę i mam być dzielna, bólu z kręgosłupa już nie czułam. W pewnym momencie zaczęłam czuć, że musze przeć. Przybiegła położna sprawdza rozwarcie, a tam niespodzianka 9cm. Pyta czy chcę mieć świąteczne dziecko jeśli tak to muszę przeć kiedy ona mi powie. R. zabrał mi mój ukochany gaz bo przestawałam współpracować. Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Mówiłam jej, że idzie a ta się pyta co: skurcz? czy dziecko? Mieli ubaw na całego. Wreszcie mogłam przeć-4 parte godz. 23.57 i moja maleńka córeczka była przy mojej piersi, krzyczała (a co to był za krzyk przecudny dźwięk), nie mogłam się na nią napatrzeć. Urodziłam łożysko jednych parciem. R. przeciął pępowinę ( a zapierał się, że tego nie zrobi). Później położna wzięła mała do ważenia i mierzenia. A my się popłakaliśmy ze szczęścia.To był najwspanialszy wieczór w naszym życiu.:sorry2:
     
  12. Lariss

    Lariss Fanka BB :)

    Wiecie, że już w niedzielę miałam poważniejsze bóle i już nie spałam w nocy z niedzieli na poniedziałek... W poniedziałek miałam skurcze już regularne i wtedy dla mnie mocne :-pMiałam jechać na ktg do szpitala na badania, więc pojechaliśmy i w sumie, to wiedziałam, że cofną nas do domku... Przyjechaliśmy, wzięli mnie na ktg, zmierzyli ciśnienie 138/93 i po lekarza zadzwonili!! Przyszedł ktoś, kto się przestraszył ciśnienia, zdziwił się, że ostatnio jak miałam 140/90 nie zostałam w szpitalu...
    Dali mnie o dziwo na porodówkę!! Przyszedł lekarz na badania i akurat to był mój Pan doktor, dostałam jakiś zastrzyk na ciśnienie i dali mnie na patologię, bo rozwarcia, ani nic nie było...
    O 16 byłam na patologii, lekarz mój przyszedł do mnie o 20, zbadał, kazał leżeć, a ja leżeć nie mogłam, bo już coraz mocniej bolało... Nie spałam nic, a nic (drugą noc). O 24 miałam ktg, skurcze wyraźne, rozwarcia brak, dostałam relanium na zmiękczenie szyjki i żeby rozwarcie było...
    O 4 miałam już 3 cm rozwarcia. Zadzwoniłam po Sławka, przyjechał... O 6 razem byliśmy na porodówce.
    Później co było pamiętam jak przez mgłę!! Wiem, że byłam wyczerpana, chciało mi się okropnie spać, bolało jak cholera!! Podłączyli mnie do ktg, skurcze wyraźne, silne... Co dziwiło mnie - jak były na 80-90 to nie bolały!! Najgorzej było na poziomie 15-30!! Wtedy odlatywałam!! Między skurczami przysypiałam z wyczerpania!!
    O 7.45 był obchód i lekarz przebił mi pęcherz, żeby szybciej poród nastąpił. Skurcze były jeszcze silniejsze!

    Sławek siedział obok, trzymał mnie za rękę i chyba się modlił... Głaskał po główce, masował po plecach... Nie zostawił mnie nawet na minutę...
    Wpatrywałam się w ktg, wsłuchiwałam w bicie serduszka Adasia...
    Ja czułam się coraz gorzej, nie miałam sił na nic!! Nawet na to, żeby podnieść głowę, napić się... Cokolwiek...
    Od poniedziałku od 9 też nic nie jadłam, tak więc nie miałam skąd czerpać energii i do tego to niewyspanie..

    Jedna z położnych mi powiedziała, że do 14 się wyrobimy ze wszystkim, żebym była silna, spokojna i oddychała tak jak do teraz...
    Pamiętam, że o 10.00 spojrzałam na zegarek, akurat był skurcz, później zasnęłam... Wydawało mi się, że spałam z godzinę... Otworzyłam oczy, na zegarek, a tam 10.04 :confused2:
    Tak bardzo pragnęłam tej 14... :-(
    Tak mi zleciały prawie 2 godziny... Tuż przed 12 zapytałam lekarki czy wszystko w porządku z Adasiem, bo jakoś kiepsko się czuję... Było mi strasznie zimno, drżałam, pot ze mnie leciał jak głupi.. Sławek zaczął robić mi okłady. Pani doktor powiedziała, że jak coś zacznie się złego to zleci się 15 lekarzy z obchodu tutaj, mam się nie martwić i leżeć... I po minucie do gabinetu wpadło mi 15 lekarzy... Ciśnienie miałam 185/120, Adasiowi zanikało tętno... Odlatywałam... Słyszałam tylko jak Sławek pytał gdzie mnie zabierają, powiedzieli, że na salę operacyjną i lekarze go wyprowadzili... Zostałam sama!!
    O 12 byłam na Sali operacyjnej. Nie mogli wbić mi się w kręgosłup, bo byłam cała w obrzękach, ale jakoś się udało… Poczułam ulgę, przestało boleć, nie czułam skurczy, ale leżałam i płakałam, bo bałam się o Adasia… O 12.18 usłyszałam płacz Adasia, po chwili mi go pokazali i ja płakałam jak głupia!! Było po wszystkim!!

    Tak bardzo się bałam, że coś będzie nie tak jak chciałam…
    Po jakimś tam czasie usłyszałam jak Sławek krzyczy na kogoś… Chciał wejść do mnie, ale nie chcieli go wpuścić!! W końcu wszedł do mnie… Nie wiedział nic, a nic… Wyrzucili go z porodówki, poszedł zjeść coś, bo musiał, bo nie jadł nic, a nie mógł jeść z nerwów… W końcu go wpuścili do mnie!! I zaraz po Sławku mogłam ucałować mojego synka po raz pierwszy!!:tak:

    Mały mimo całej akcji dostał 10 punktów!!:-)

    Ale to nie koniec…:no:
    Okazało się, że miałam stan przedrzucawkowy, wykryto u mnie w moczu białko, miałam to cholerne zatrucie ciążowe… :-(
    Gdybym w ten poniedziałek została w domu... Tragedia by była :-(


    Ale to byłoby za mało na mnie…:-:)-(
    16 grudnia miałam robione badania na paciorkowca z wynikiem negatywnym.
    W momencie przyjęcia do szpitala miałam ponownie robione – wynik pozytywny :szok:(w czwartek dostałam wynik). Powiedzieli mi, że w piątek z rana biorą Adasia na badania, bo istnieje zagrożenie zarażeniem organizmu dzidzi… Całą noc spać nie mogłam.
    Wczoraj o 15 był wynik – negatywny!! :tak: :-D
    Ulga niesamowita :tak:


    O 15.45 wczoraj przyszła pani zbadać słuch :tak: Pierwsze uszko ok po 15 sekundach, a badanie drugiego trwało 5 minut:szok: Pani się denerwowała bardzo robiąc badanie, ja pytać nic nie chciałam, bo i tak już byłam przerażona, Sławek siedział jakiś taki struty... Okazało się, że sprzęt coś szwankować zaczął, a z uszkiem wszystko dobrze!!
    No, ale nerwów zjadłam przy tym tyle, że ojej...



    Po tym wszystkim wczoraj usiadłam i płakałam tuląc Adasia...


    Teraz pisząc co na porodówce się działo też płakałam... Nie dlatego bo bolało, ale strach o dzidzię był przeogromny!!
    Teraz już wiem jak to jest być mamą...
    Wiem jakie to nerwy, ale i jakie szczęście przeogromne!!


    Moment usłyszenia płaczu, pierwszy buziak, pierwsze przytulenie, karmienie - bezcenne!! Warto czekać na takie chwile!! :tak:
     

Poleć forum