A ZZo owszem jest tam bezpłatne i to mnie skusiło aby tam rodzić...Pojechałam do szpitala ze skurczami co 4 minuty o 19.30 5 lutego 2010, zanim przyjeli mnie na oddział minęła godzina musiałam odczekac swoje. Badanie, usg wypełnianie papierków kolejna godzian, dopiero później sala przedporodowa - godz 22. Przy wypełnianiu dokumentów poprosiłam też o papiery do znieczulenia ZZO usłyszłam tylko "w swoim czasie" OK. Zaczęła się akcja porodowa bóle miałam z krzyża niesamowicie bolesne, wręcz gryzłam ściany połozna stwierdziła "pani kłamie ja na KTG nic nie widzę"....zarządałam znieczulenia, okazało się ze za wcześnie "nie ma 4 cm rozwarcia" po kolejnej godzienie skurczy bardzo bolesnych gdy zapytałam o znieczulenie położna zaczęła mnie i mojego męża przekonywać że to nie ma sensu bo nie będę wiedziała kiedy przeć i takie tam...a ja gryzłam ściany...gdzieś to miała wychodziła sobie i wracała po pół godzinie...gdy zajrzała po raz kolejny zarządałam znowu znieczulenia, argumentując że należy mi się w tym szpitalu(reklamowali się wszem i wobec). Dostałam łaskawie zgodę. Przyniesiono mi jakieś ankiety do wypełnienie...przy skurczach co chwię wyglądało to tak że mąż czytał a ja stałam przy ścianie i gryzłam rurkę od wózka KTG....i odpowiadałam na pytania między skurczami...Co tam ze chciałam wypełnić te wstrętne papierzyska przy przyjęciu mnie na oddział...miałam czas...Gdy pojawił się anestezjolog też przekonywał mnie ze nie ma sensu, po co? lepiej rodzić bez...cwaniak... okazało się ze nie potrafi mi się wbić w kręgosłup, próbował TRZY razy...Stwierdził ze to pierwszy taki przypadek w jego karierze zawodowej,dodam że facet wyglądał na jakieś 45-50 lat...Cóż miałam pecha....PODKREŚLAM MÓJ KRĘGOSŁUP JEST PROSTY. Nie mam z nim problemów...Urodziłam w końcu własnym siłami o 4.40 rano, mało brakowało a skończyłoby się cesarką bo małemu zaczęło zanikać tętno...Po porodzie dostałam krwotoku, było to w piątek. Przez weekend chodziłam po ścianach.W mojej karcie nie było ŻADNEJ adnotacji o przebytym krwotoku...W poniedziałek na obchodzie ordynator zauważył "że wygladam jakbym z młynu uciekła" miałam ciężką anemię...prysznic brałam na 3 tury bo nie potrafiłam ustać...zlecił badania...musieli mi przetoczyć 2 jednostki krwi...przez miesiąc po porodzie musiałam brac zelazo...To w skócie opis mojego porodu w tym wspaniałym szpitalu, na prawdę w skrócie...Później były jeszcze problemy z dzieckiem...w trzeciej dobie gdy mieliśmy wychodzić ze szpitala do domu pediatra usłyszał szmery na serduszku (umierałam z niepokoju)...zostawili nas na badania następnego dnia....Cały dzień czekałam, pielęgniarki nic nie wiedziały ciągle pytałam okazało się ze lakarz był i nas nie zbadali bo zapomnieli wpisać mojego synka na listę....Ile ja łez tej nocy wylałam....następnego dnia lekarz jechał na Ujstek z Prokocimia od godz. 15 dotarł szczęśliwie o 21 podobno korki były....Dziewczymy ja dwa lata po porodzie jak pomyślę o tym szpitalu to mnie ciarki przechodzą....NAPRAWDĘ ODRADZAM...